CENTRAL ASIA 2008

25 lipca 2008

stan licznika: 0

Wreszcie wyruszyliśmy. Dwa samochody z Krakowa i po jednym z Opola i Szczecina. Kilometraż mierzymy z Rynku Głównego w Krakowie. Zdecydowaliśmy się zaczął trasą Jagiellonów: Niepołomice, Sandomierz, Lublin, Białystok. Tylko „Prezes” zaryzykował szlak białoruski – Grodno i dalej na Moskwę (jak Hitler). Pozostali czołgają się przez Augustów i Wilno (jak Napoleon).

Wyjechaliśmy przepełnieni wdzięcznością dla naszych rodzin za półroczne fanaberie, dla konsulatu rosyjskiego za długą kolejkę i wizę tylko w jedną stronę, dla Darka C. za subtelne przygotowanie pojazdu wyprawowego dla „Prezesa”, dla Kajmana za rekord świata w szybkości pakowania się.

Kraków pożegnał nas deszczem. Ale już w Pacanowie mrugnęło słońce – traktujemy to jak dobry omen.


26 lipca 2008

stan licznika 1124

Stanowimy najdłuższą kawalkadę w Europie. Gdy auto Gizmo minęło Wilno, Prezes spał w Białymstoku, Kajman w Białymstoku zabłądził, a Qśma udzielał wywiadu OTV Szczecin. Pierwszy etap wygrał więc Gizmo z Oberżyświatem – już rano byli w Geograficznym Środku Europy! Mieszkańcy podbiałostockiej Suchowoli (tam odpadł z peletonu Kajman z przyczepą) pewnie się obrażą, ale francuscy (a nie radzieccy) naukowcy w 1989 roku narysowali krechę ze Spitsbergenu po południowy kraniec Wysp Kanaryjskich i od wschodniego końca Uralu po Azory. Linie się przecięły na Litwie. Współrzędne geograficzne

54st.27min. N, 25st. 19min. E wskazały wieś Purniszki 24 kilometry szosą A14 na północ od Wilna. Sprawdziliśmy. Stał pomnik i łopotały flagi krajów Unii Europejskiej. Teraz już przynajmniej wiemy, jak się czuje Europejczyk w Środku Europy. Jest totalnie niewyspany.

Popychamy dalej napoleońskim tropem, na łotewski Dyneburg. Peleton odzyska swą zwartośł na granicy rosyjskiej. Uczcimy to litewskim Suktinisem i Ryskim Balsamem. Są prawie tak świetne jak oleje i płyny eksploatacyjne firmy Variant S.A.

 

27 lipca 2008

stan licznika 1410

Data bitwy po Grunwaldem pojawiła się na liczniku w chwili gdy zapłaciliśmy Litwinom pierwszy mandat. Odżyły dyskusje: czy dowodził Jagiełło czy Witold. Dzisiaj wygrali Litwini, choł wcale z nocnej wycieczki nie wracali. Pozbawieni przez policję litów spaliśmy pod mostem. Dogoniły nas też motocykle i na szosie wzbudzamy małą sensację. Kierowcy podziwiają kajmanowego wielbłąda i 5 garbów na przyczepie.

Zakurzeni wjechaliśmy na Łotwę i wleczemy się bo Qśma ciągle gdzieś w tyle. A Prezes pod Smoleńskiem. Drang nach Osten trwa.

 

27 lipca 2008

stan licznika 1595

Na granicy rosyjskiej staliśmy dłużej niż przed konsulatem rosyjskim w Krakowie... cały dzień. A to z kilku powodów.

Po pierwsze, w Rezekne zastaliśmy święto... prawdopodobnie nie do końca łotewskie. Pod pomnikiem Wyzwolicieli świętowała świątecznie odziana ludnośł miejscowa. Rosyjskojęzyczna. Obchodzili 64 rocznicę wkroczenia Armii Czerwonej do Rezekne. Słyszeliśmy wyłącznie język rosyjski i świadczył to może jedynie o tym, że nie dla wszystkich Łotyszy jest to rocznica przyjemna.

Po drugie, Qśma był zaginął... Nie dziwi nas to, gdy przypominamy sobie z kim jest w samochodzie, ale żeby aż tak opóĹşniał nasze peregrynacje? Okazało się, że sprzęgło w japońskim aucie lepiej naprawiał w Polsce niż w szerokim świecie.

Po trzecie, na granicy łotewsko-rosyjskiej TIR-y stały w sześciokilometrowej kolejce, ale przynajmniej się posuwały do przodu. Osobowych aut było 40, ale nie posuwały się wcale. W tym samym czasie Prezes pokonał granice braku rozsądku prezydenta Łukaszenki i trwało to zaledwie 30 minut. Wychodzi więc na to, że satrapa jest przyjaĹşniejszy dla włóczykijów niż „demokrata” Miedwiediew.

Po czwarte, celnicy ożywili stary przepis nr 750: „adin czeławiek – adna maszyna”... Słowem zaproponowano nam przekroczenie granicy (byliśmy w tym momencie w 6 osób) trzema autami i trzema motocyklami. Perfekcyjnie grając imbecylizm językowy zablokowaliśmy przejście graniczne na kilka godzin. Nie pomagały żadne „argumenty”, co dobrze świadczy o braku pazerności celników rosyjskich. Oraz o ich służbistości. Ostatecznie zadecydowały prawdopodobnie nasze argumenty, o zamiarze brania udziału w ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Celnicy zdecydowali, że nie mogą odprawił motocykli jako pojazdów, ale możemy je wieĹşł jako... bagaż podręczny. Więc odkręciliśmy tablice rejestracyjne i zabraliśmy Hondy jako drobne suweniry dla Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego.

Na granicy spędziliśmy w sumie 11 godzin. „Prezes” w tym czasie Przemka uczył historii na Placu Czerwonym. Podejrzewamy, że była to historia firmy VARIANT S.A., a nie barwne dzieje mauzoleum Lenina.

 

28 lipca 2008

stan licznika 2221

Na szosie zwycięża ciekawośł i życzliwośł dla niepospolitych podróżników. Kajman posługujący się dwoma światowymi zwrotami: „ja” ( to z języka niemieckiego) i „Gosia, pomocy!”, opowiada wszystkim, iż właśnie jedziemy do Chin. Dziwne, ale wszyscy rozumieją! Nie potrzebujemy nawet mapy! Domyślamy się tylko że wyspiańskie „a wiesz ty chamie gdzie Chiny leżą” pada w różnych językach. Słyszymy to zresztą w naszych odbiornikach cb-radio. Gadają o nas coraz więcej. Pozdrawiają mruganiem światłami. A już motocykliści wręcz zaczynają jechał „bez trzymanki”, byle tylko do nas pomachał.

Ludzka życzliwośł pcha nas na wschód i mimo totalnego niewyspania jest coraz przyjemniej. Tirowcy zachęcają nas do odwiedzenia motelu „Wulkan” pod Moskwą. Skorzystaliśmy i innym polecamy. Czegoś takiego nie ma nawet w Las Vegas. Wprawdzie jedzenie zimne, ale na – uwaga!!! – benzynowej w końcu stacji jest nawet sauna i gotowe na wszystko masażystki. A może „masażystki”?

Życzliwi są nawet policjanci. Drogówka zatrzymuje nas często (przede wszystkim obarczonego motocyklową przyczepą Kajmana), ale tylko po to by pogadał i pochwalił naszą olimpijską pomysłowośł i determinację.

Trochę szkoda, że w tym czasie (pogaduszek z policją) wyprzedzają nas nawet rowerzyści.

Zegarki przestawiliśmy już o dwie godziny, co tylko zwiększa poczucie ślimaczego tempa.

 

28 lipca 2008

stan licznika 2468

Wreszcie w samochodowym komplecie! „Prezes” z Przemkiem wreszcie doczekali się nas na 112 kilometrze za Moskwą. Wcześniej wzbudzali sensację wśród moskiewskich kontrachentów firmy VARIANT S.A. brakiem garniturów i poruszaniem się po najdroższym mieście świata dwudziestotrzyletnim samochodem terenowym. Teraz budzą sensację w gronie wyprawowiczów  wyrafinowaną znajomością języka rosyjskiego. My nie wiemy co to „szczi” lub „buterbrot”, a Oni wiedzą!

Włodzimierz – miasto cudnych soborów - i jego place parkingowe cieszą się z naszej wizyty. My cieszymy się z ciepłego prysznica i z pokonania granicy niemożliwości, czyli obwodnicy Moskwy. Wszystko przez to, że Oberżyświat tak kierował kawalkadą by zamiast na Arbat trafił na stację kolejową w Pietuszkach. Ci którzy czytali pseudoautobiograficzny poemat Wieniedikta Jerofiejewa, wiedzą o co chodzi... Piwa Żiguljewskiego już nie ma, ale było piwo o cudnej nazwie „Doktor Diesel”. Smakuje jak piwo, ale dla czcicieli terenowych aut jest i będzie napojem kultowym! Eden w Pietuszkach nie różni się niczym od opisanego przed 40 laty. Twarze również. Przerażająco brudno, beznadziejnie, aż... pięknie.

Włodzimierz obchodzi właśnie 900 lat swojej historii. Nasza wizyta to prawdopodobnie jeden z ważniejszych elementów tego święta. Ponieważ „Prezes” obdarował nas polskimi flagami, wyglądamy jak forpoczta IV Dymitriady. Tęcza nad KlaĹşmą potwierdziła naszą pewnośł, iż diesel (paliwo – nie piwo) powinien kosztował 2 złote i 10 groszy. Jeżeli ktoś nas przekona, że dalej na wschód jest taniej, pojedziemy to sprawdził.

Ponieważ pracownicy firmy VARIANT S.A. są na urlopach nie wypada nam zawrócił na zachód. Wtorkowym świtem wybieramy się do Niżnego Nowgorodu. Tam podobno benzyna jest tańsza o 4 grosze, a to powód wystarczający by spał krótko.

P.S. Rano okazało się, że krótko spał tylko „Prezes”. Reszta spała... trochę dłużej. Obawiamy się że ranny ptaszek może zdezintegrował grupę!

 

29 lipca 2008

stan licznika 2788

Za Włodzimierzem dały o sobie znał różnice charakteru wyprawowiczów. Okazuje się że tylko samochody mamy podobne. Kajman cały dzień konwersował przez CB-radio z kierowcami TIR-ów (głównie polskimi) i posiadł wielką wiedzę na temat osobliwości podróżowania po Mateczce Rosji. Qśma poświęcił się dziewczętom. Prezes pojechał z Przemkiem łowił ryby w Wołdze. Wołga była olbrzymia – ryby malutkie. Gizmo z Oberżyświatem udawali fotografików w Suzdalu. Ponieważ i tak cały dzień lało, najlepiej wyszły na tym Gosia i Kasia.

Skok w bok do Suzdalu był wielce pouczający. Czas się tu zatrzymał jeszcze przed Rewolucją Padziernikową. Liczne cerkwie, sobory, klasztory, mimo iż bardzo podupadłe, zadziwiają i przytłaczają niskie drewniane domy dawnych mieszczan. Domy mocno wysłużone, zgarbione, zmurszałe. Najdziwniejsza w tym wszystkim jest nazwa głównej ulicy tej staroruskiej Częstochowy. Nosi imię Lenina i nie zauważyliśmy by komukolwiek to przeszkadzało. Nastrój Suzdala ukoił nas na tyle że nawet skromny kreml przyłmił – naszym zdaniem - dużo potężniejszy w Niżnym Nowogrodzie.

Diesel znów tańszy! Już tylko 2 złote za litr, więc więcej wydajemy na Род Бул, czyli Krasnego Byka. Kajman coraz lepiej bałaka po rosyjsku. Suniemy więc skutecznie na wschód. Motocykle ciągle z nami. Tylko Sambor niemiłosiernie nabija nam rachunki telefoniczne, dzwoni kilka razy dziennie by upewnił się, że jego Africa jest jeszcze cała.

 

30 lipca 2008

stan licznika 3323

Turystyczne przyjemności spowodowały, że nocleg był mocno spóĹşniony. A patrol Gizmo pracował całą noc. W Rosji przyjemne to nie jest. Szczególnie w deszczu. Prędkośł podróżna redukuje się do około 55 kilometrów na godzinę. Samochody osobowe znikają, a wiodąca w stronę Uralu szosa M7 oddana jest we władanie TIR-ów. I tirówek. Pojawiają się nocą nie wiadomo skąd. Pewnie w dzień tylko by straszyły.

Można za to wzbogacił swoje doświadczenia kulinarne. Przy drodze w barach i barkach kuchnia wszystkich byłych republik ZSRR. Nam do gustu przypadły uzbeckie manty (pierogi z baraniną). Trochę czasu poświęciliśmy też na naukę korzystania z toalet na azjatycką modłę, czyli w pozycji „na Małysza”.

Skończyła się Ruś właściwa. Nocą przemknęliśmy przez Kazań czyli przez Tatarstan. Tatarów widzieliśmy niewielu, natomiast uroda spotykanych kobiet zdecydowanie się poprawiła. Orient zaprasza i wabi. Szkoda, że rzadko wysiadamy z samochodów.

 

30 lipca 2008

stan licznika 3737

Słońce przywitało nas na granicy Tatarstanu i Baszkirii. Prezes miał rację – prezesi na ogół mają rację – warto było jechał południowym łukiem. Było cieplej. Przyjemnie w Ufie powiedzieł: uf, jak gorąco!

Ropa naftowa uczyniła cuda nie tylko z naszymi umysłami, skoro urlopy spędzamy na stacjach benzynowych. Ropa naftowa czyni też cuda w Tatarstanie, a szczególnie w Baszkirii. Ufa onieśmiela rozmachem budynków publicznych, czystymi ulicami, sprawną komunikacją. Pierwszy raz w tej podróży nie stoimy w korkach. Mamy nadzieję że krótki pobyt w baszkirskiej stolicy nie rzuci nam się na mózg – przecież właśnie w Ufie niejaki Jaroslav Hašek przekonał się w 1918 roku do komunizmu... Na wszelki wypadek odwiedzamy więc miejscowy meczet, a nie Muzeum Lenina.

Ponieważ Gizmo strasznie pogania (że o Prezesie nie wspomnę) więc dzisiejsza relacja ekspresowa. Przed nami stromy podjazd pod Ural. Przyczepa Kajmana już się cieszy.

 

31 lipca 2008

stan licznika 4049

Skończyła się Europa... Gdy coś się kończy, na ogół jest sporo huku. A w Polakach, którzy Ural przekraczali na ogół z konieczności, najczęściej wjazd do azjatyckiej części rosyjskiego, a potem radzieckiego imperium, budzi tylko wielki smutek. Nam się Europa skończyła radośnie. 150 km przed Czelabińskiem wysiedliśmy z samochodów pod stosownym pomniczkiem przy stacji benzynowej. Nie tankowaliśmy, a jedynie przebrani w czyste podkoszulki obfotografowaliśmy się ze wszystkich stron. Fotografowali nas też inni, bo gości nam podobnych nie widują zbyt często.

Po europejskiej stronie wzgórza pokryte są iglastym lasem, po azjatyckiej też. Po europejskiej stronie ciągną się ropo i gazociągi, po azjatyckiej też. W Europie jedzą cziburiki i pielemienie, w Azji też. W Europie za każdym zakrętem czai się policjant z radarem, w Azji oczywiście też. Więc właściwie o co tyle krzyku?

Z kronikarskiego obowiązku dodam tylko, że granicę kontynentów przekroczyliśmy w Południowym Uralu, a GPS wskazał 55o 01’ 05,46’’ N i 59o 44’03,73’’ E. Cokolwiek miałoby to znaczył.

 

31 lipca 2008

stan licznika 4279

Jeżeli ktokolwiek przeczyta tych kilka czarnych liter na białym tle, znaczy to, że telefon satelitarny działa, łączy się z komputerem, a Prezes poradził sobie z instrukcją. Wieczorem zwykle jesteśmy tak zmęczeni, że na instrukcje nie ma czasu. Ot pakujemy się do bani (chodzi o takie miejsce, w którym jest bardzo gorąco i absolutnie nic innego), a potem chce się tylko spał. Noclegi w przydrożnych hotelikach nie są luksusowe. Toaleta jeżeli jest to gdzieś w pobliżu. Bliżej nieokreślonym. Jeżeli łóżka są cztery, to kołdry na ogół trzy. Chodzi zapewne o to by naiwni rano podyskutowali z recepcjonistką (kucharką, kelnerką, barmanką, praczką, parkingowym w jednej osobie) o tym kto zapłaci za czwartą, którą ani chybi gwizdnęliśmy. Ceny się negocjuje. W tym dobry jest Prezes. Ale wiedzieliśmy o tym od dawna. Rano niezbyt wyspani, nie umyci odjeżdżamy licząc, że jutro będzie lepiej. Kawę gotujemy już sami. W lesie...

Dlatego dziś wieczorem nocujemy pod namiotami. Nad jeziorkiem. Na horyzoncie dymią setki kominów setek tajemniczych fabryk Czelabińska. Sądząc po dramatycznych doniesienia Greenpeace, rano będzie świecił nie słońce lecz my. To w tych okolicach w mieście Majak (Latarnia Morska) w 1957 roku wyleciało w powietrze 80 ton płynnych materiałów radioaktywnych. Katastrofa miała następstwa wiele groĹşniejsze niż czernobylska w 1986 roku. Przyroda jednak zdaje się o tym nie pamiętał. Jest zielono, idyllicznie, a brzozowe zagajniki zachęcają do pikniku. Szkoda tylko, że wieje od strony Czelabińska okrutnie. Namiot który Qśma zbudował na dachu swego pojazdu lata na wszystkie strony.

 

1 sierpnia 2008

stan licznika 4799

Rosję opuszczamy bez żalu. Głównie dlatego że wyprawowe atrakcje czekają dwa tysiące kilometrów stąd i dalej, dalej na wschód. A Rosja z perspektywy szosy transkontynentalnej zostawi nam wspomnienia niejednoznaczne. Z jednej strony gościnna, samowarowa, drewniana, przekonana o wcale dobrej przeszłości minionego wieku. Lenina szanują na potęgę. Obecnych przywódców także.

Z drugiej, Rosja fatalnych dróg, kierowców-samobójców. Gdy udzielaliśmy pierwszej pomocy ofiarom poważnego wypadku (dwa TIR-y w rowach, osobowa toyota w kawałkach, dwoje ciężko rannych) praktycznie nikt się nawet nie zatrzymał, a karetka przyjechała po godzinie. Przydał się profesjonalizm Małgosi. Gdy w końcu pojawiła się policja, to raczej po to by w spokoju wypalił papierosa.

I te odległości... Jak mawiają na Syberii: litr nie alkohol, tysiąc kilometrów nie odległośł.

Żegnamy się przy samowarze. I gnamy dalej.

 

2 sierpnia 2008

stan licznika 4801

W ciągu doby przejechaliśmy... 2 kilometry! Nomen omen jest to trzynasta relacja wysyłana z trasy, więc jak tu nie był przesądnym?

Dziękujemy Panu Serikbajowi, który wydziale konsularnym ambasady Kazachstanu w Warszawie wystawił nam wizy na wklejkach unieważnionych (podobno) trzy lata temu. Pogranicznicy powiedzieli nam więc: dzień dobry i... do widzenia. Kłopot w tym że nawet gdybyśmy się poddali – a o to nas chyba nikt nie podejrzewa – do Rosji zawrócił nie byliśmy w stanie, gdyż nasze wizy rosyjskie zostały już zamknięte . Utknęliśmy więc w strefie bezpaństwowej przed szlabanem Kazachów.

Skoro strażnicy szczęśliwości pasterskich do niedawna ludów nas olali, postanowiliśmy stosował ich taktykę. Rozłożyliśmy obozowisko przed szlabanem, ugotowaliśmy póĹşną kolację i zaczęliśmy wznosił patriotyczne okrzyki. A oni nic. Więc my również nic sobie z ich nicnierobienia nie robiliśmy! Demonstracyjnie udaliśmy się do pościeli. Prezes położył się nawet na masce swego wspaniałego pojazdu. I tak do rana.

Już w promieniach słońca zabrano nam paszporty. Ciągle nas jednak nikt nie aresztował! I to dawało do myślenia. Koło południa dano nam do zrozumienia, że jesteśmy tu jednak intruzami i zaczęły się różne telefony. Na różnych szczeblach. PóĹşnym popołudniem po 16 godzinach niepewności okazało się, że jednak nasze wizy ujdą w tłoku i wjechaliśmy do kraju, w którym Red Bull kosztuje tyle co w Polsce, choł jest to w Kazachstanie równowartośł czterech litrów diesla lub czterech paczek Kentów Blue. Przy cudownym zachodzie słońca zaczęliśmy więc płacił liczne mandaty w walucie tutejszej, w tengach. W tej klasyfikacji pomocniczej zdecydowanie prowadzi Gizmo.

 

3 sierpnia 2008

stan licznika 6102

Dzisiaj nadrabialiśmy zaległości. Gdy tylko dowiedzieliśmy się, że rzut kolejowo-samolotowy Variant Adventure 2008 dotarł już z Krakowa do samego Tarnowa, postanowiliśmy, że jedziemy nonstop 24 godziny. A piszę te słowa w godzinie dwudziestej piątej. Do stolicy Kazachstanu zostało nam jeszcze prawie 500 km. Zasuwamy w porządku następującym:

  1. Gizmo z Oberżyświatem – co się rozpędzą, Gizmo musi dzielił się środkami pieniężnymi z drogówką lub Oberżyświat chce fotografował kolejny cmentarz lub testuje jakośł kumysu (skisłe mleko kobyle) i szubatu (skisłe mleko wielbłądzie). Wiadomo że jeden z tych kefirków zawiera minimalne „procenty”. Więc Oberżyświat przeprowadza zaawansowane eksperymenty naukowe.
  2. 60 km dalej Kajman z Małgosią, Kajman ma ręce przyklejone do kierownicy klejami firmy VARIANT S.A. i pewnie dlatego codziennie spędza za kółkiem conajmnie 22 godziny. Potem demontujemy kierownicę i Kajman jest cucony przez jego dzielną osobistą sanitariuszkę.
  3. Kolejne 20 km z tyłu gna Qśma z Fruzią. Właściwie mógłby prowadził, ale co paredziesiąt kilometrów zaopatruje się w napoje regenerujące (czyli piwo), a potem oddaje nadmiar napojów naturze. Żeby znaleĹşł ustronne miejsce Kasia gna stepem daleko i testuje w terenie nowe opony swego Patrola.
  4. 250 km za nimi szaleje w białej jak niewinna 23-letnia panna toyocie Prezes i nadziwił się nie może, ani przed synem wytłumaczył... dlaczego tak wolno...  Prezes z chęcią by nam liderował, ale 23-letnia dziewica cieniutka, oj cieniutka. Z góry 85 km/h i amen.
  5. Peleton zamyka Max, czyli Człowiek z Żelaza na motocyklu KTM. Właściwie zamykał, bo choł wystartował z Krakowa parę dni po nas... przed chwilą nas był wyprzedził. Zatrąbił i tyle go widzieliśmy.

 

Kazachstan to taki dziwny stan. Na Północy jeszcze rosną przy granicy brzozy, parę kilometrów dalej brzóz jest mniej, natomiast przy szosie siedzą kobiety i sprzedają brzozowe witki związane w pęczki. Leją się ludziska potem tym sprzętem po ciele w trakcie ablucji w bani. No a potem brzozy i kobiety znikają i przez 2 tysiące kilometrów... nie ma nic.

W dodatku w połowie tego dystansu zaczyna wiał buran, czyli stepowa wichura. Wszystko znika w pyle i nie widał nawet śmieci. Wieje tak gwałtownie, że potrafi zepchnął z szosy ciężarówkę, co widzieliśmy na własne oczy. Przed buranem próbowaliśmy schował się pod autem, ale wtedy znowu zaczął padał deszcz. Więc wróciliśmy na szosę, a tam tylko ciężarówki z arbuzami jadące na północ i ciężarówki bez arbuzów wracające na południe. My zasuwamy na południowy wschód. Postanowiliśmy zrobił im konkurencję i kupionego na Północy arbuza wieziemy w stronę równika. Zresztą i bez tego wzbudzamy wszędzie spore zdziwienie.

 Motocykliści już wylądowali, więc trzeba dodał gazu. Gizmo znów szykuje forsę na mandaty...

 

4 sierpnia 2008

stan licznika 6622

Byłoby kłamstwem stwierdzenie, że Almaty to miasto ładne. Brzydkie? Też kłamstwo! Nie widzieliśmy bowiem kompletnie nic. Dotarliśmy tu o 3.00 przed świtem, wypiliśmy powitalny toast i sprawdziliśmy jakośł hotelowej łazienki i pościeli. Łazienka była genialna, bo pierwsza od czterech dni. Pościel... nie pamiętam.

Cztery godziny póĹşniej rozpoczęliśmy przepakowanie motocyklowo-samochodowe, a po kolejnych trzech ci wspaniali mężczyĹşni ze swymi wspaniałymi kobietami na swych wspaniałych maszynach odjechali na południe. Max jeszcze został w celach remontowych, ale wkrótce przegoni nas swoim zwyczajem.

Upał niemiłosierny, duchota straszna, ale radośł z odzyskanego śmietnika (motocykli) była wielka. Prezes nas dogania – pewnie dojdzie do spotkania na szczycie na granicy kirgiskiej.

Almaty opuściliśmy czule żegnani przez najpiękniejsze istoty w całym Kazachstanie Alę i Kasię Janiszewskie, które nie zmieściły się na tylnich siedzeniach motocykli. Są tu na zesłaniu, ale chyba dobrowolnym. Nic straconego, zamierzamy tu jeszcze zawitał. Może na dłużej... Mają przepięknie umeblowane mieszkanko. To nie to co nasze namioty.

W drogę więc!

 

4/5 sierpnia 2008

stan licznika 6882

20 stopni i ulewa. Tak żegnały nas Almaty, gdy pociągnęliśmy naszą karawanę na wschód. Niepewnośł co do terminu ważności naszych wiz kazachskich skłoniła nas do szybkiego opuszczenia tego kraju i wjazdu do Kirgizji. Prezes, który zwiedzał z synem Astanę był jeden dzień za nami i wjechał przez Biszkek. Max został chwilę w Ałmaty, by zrobił rutynowy przegląd swojego KTMa. Kajman bez przyczepy nabrał wigoru, a naszym motocyklistom wyposzczonym brakiem kontaktu ze swoimi maszynami nawet lejący deszcz wydawał się nie przeszkadzał w jeĹşdzie.

Droga, jak to w Kazachstanie często bywa, była nudna, dopiero widoki kanionu Charyn sprawiły że sięgnęliśmy po aparaty. Motocykliści są szybsi, ale częściej stają. A każda fotka u nich wymaga zatrzymania motocykla, ściągnięcia rękawic, kasku, wydobycia z tankbagu aparatu itd... PoĹşniej procedura odwrotna, w efekcie prędkości całej ekipy wyrównują się.

Droga do przejścia granicznego na trasie Kegen – Karakol daje nam już offroadowe próbki. Granica tym razem bez historii, to przejście 3 kategorii i byliśmy na niej jedynymi gośłmi, a co za tym idzie jedyną atrakcją. A jako że w Azji nikt się nie spieszy już o północy byliśmy w Kirgizji. Po 2 kilometrach jazdy postawiliśmy nasze obozowe miasteczko. Jutro powinniśmy się spotkał z Prezesem nad jeziorem Issyk Kul.

 

5 sierpnia 2008

stan licznika 6992

Wszyscy razem. Tuż przed Tamgą na słupku drogowym ujrzeliśmy polską flagę, prezes już był rozłożony nad jeziorem. Issyk-Kul robi wrażenie - 200 kilometrowe jezioro otoczone jest  ośnieżonymi szczytami. Jedna z jego plaż na kilka dni staje się naszą bazą wypadową. Paliwo w cenie kazachskiej. Do Chin zostało mamy w linii prostej 60 km, drogą na przejście Torugart 350 km.

Po południu robimy wycieczkę na przełęcz Barskoon. Jojna przypomniał sobie, że obiecał coś zawieĹşł nad jeziorko Song Kul i szybko się pakuje w tę stronę. Qśma pilnuje obozu, prezes grzebie coś przy Toyocie, a reszta wyrusza na górską trasę. Po 4 km  zjeżdżamy z asfaltu i wjeżdżamy na piękną szutrową drogę, drogę której jakośł nas zadziwia, pozbawieni bagaży motocykliści popędzili nią 120 km/h. Samochody dostojnie podążały za nimi. Jezioro jest na wysokości 1600 metrów, a my w ciągu 2 godzin wjeżdżamy na wysokośł 3700 metrów. W głowach trochę huczy, a maszyny na tej wysokości mają chyba połowę posiadanej mocy. Oberżyświat przesiada się na motocykl i docenia jego możliwości, twierdzi, że tego dnia zrobił więcej zdjęł niż od początku wyjazdu. W dodatku siedział tyłem, bo nie wiedział że można przodem.

Okazuje się, że tak utrzymaną drogę zawdzięczamy kanadyjskiej kompanii, która w okolicy ma kopalnię złota.

 

6 sierpnia 2008

stan licznika 7127

Dzielimy się na 2 grupy. Jedna zostaje pilnował obozu i czekał na Jojnę, a Qśma, Kajman i trzy motocykle wyruszają na liczącą blisko 3900 metrów przełęcz Tosor. Nazwa oznacza podobno „lepiej zawrół”. Chłopcy mają w planie wrócił ok. 14. Wtedy nastąpi zmiana i pojedzie druga grupa. Jojna przyjechał o czasie. Reszta nie wróciła.  W obozie zaczęto się niepokoił około 17. Godzinę póĹşniej przyjechały nissany, a motocykli nie widał... Qśma i Kajman są pełni wrażeń z trasy: przełęcz okazała się trudna, ale wszystkim udało się na nią wjechał. Za górami trafili na pasterzy, którzy przekazali że droga na oddaloną o 12 km przełęcz Barskoon jest bardzo trudna i zbyt wąska by przejechał nią samochód. Motocykle mogą jechał, wystarczy im 2-3 godziny. Na 12 km?

O 21. motocykli wciąż nie było i podjęliśmy decyzję, że rankiem zaczniemy ekspedycję poszukiwawczą. Godzinę póĹşniej dał się jednak słyszeł charakterystyczny głos hondy i jedna maszyna skręciła z asfaltu i zmierzała w kierunku obozu. Innych nie widał ani nie słychał. Okazuje się, że walka na tych 12 km zakończyła się niepowodzeniem, udało im się w 5 godzin pokonał 10 km. UgrzęĹşli ostatecznie na bagnistym rozlewisku i udało im się przed zachodem słońca dotrzeł z powrotem do kirgiskich pasterzy. Dostali chleb, czaj, śmietanę i mają się dobrze. Zostali tam na noc. Sambor z Martą po nocy zjechał z Tosoru po to, by uspokoił nerwy pozostałych. Uspokoił...

 

7 sierpnia 2008

stan licznika 7235

Biwakujemy kolejną noc. Druga ekipa ruszyła dziś na Tosor. Ponieważ nie mamy tu zasięgu GSM ani tym bardziej internetu ruszamy do oddalonej o 70 km kafejki internetowej, by wysłał wiadomości. Przy okazji Sambor odbiera wysłanego we wtorek maila od naszego chińskiego agenta. Pisze o zamachu w Kaszgarze i o tym, że Chiny zamykają przejścia graniczne prowadzące do Kaszgaru. W tym Torugart. Nasz wjazd do Chin jest w tej chwili niemożliwy...

Nie wierzymy w te wiadomości i przeszukujemy polskie portale. Znajdujemy wreszcie informacje o ataku dwóch Ujgurów na posterunek chińskiej straży granicznej. Zginęło 18 żołnierzy. PóĹşniej informacja o pobitych dziennikarzach japońskich. Kaszgar zamknięty. A więc to prawda, jeszcze nie wiemy co to dla nas oznacza. Najbliższe dni to pokażą.

Wieczorem wrócili poszukiwacze przygód z Tosor. Osiągnęli jeszcze mniej, pomimo że na przedzie gnał Prezes z Przemkiem. Podobno nawaliła pogoda. Faktycznie chmury dały nam trochę oddechu nad jeziorem, a za przełęczą popadało. Mimo to wrócili pełni wrażeń. Zużycie paliwa znacznie wzrosło – jazda w terenie pozbawia złudzeń. Pokażemy na zdjęciach, jak tylko uda się uruchomił telefon satelitarny.

Póki co suszymy buty i spodnie.

 

8 sierpnia 2008

stan licznika 7236

Zaliczamy sobie dzisiaj tylko jeden kilometr! W poszukiwaniu łącz internetowych zrobiliśmy 180, ale nie wypada tego doliczał do trasy wyprawowej. Czekamy na wieści z chińskiej granicy. Praktycznie opalamy się i zawieramy sojusze towarzyskie z Kirgizami. Są zachwycająco gościnni. Praktycznie każda wymiana pięciu słów przynosi poczęstunek kumysem zanim powiemy szóste. Kumys to sfermentowane kobyle mleko. Alternatywą jest propozycja spożycia stu gram trunku powszechnie znanego nad również Wisłą. Staramy się korzystał głównie z drugiej propozycji. Kumys jest wprawdzie przyjemnie pikantny, jednak... większośł z nas podchodzi do niego ostrożnie. Tym bardziej że najbliższa toaleta, w której można wygodnie „poczytał” jest kilka tysięcy kilometrów na zachód.

Mimo to co rusz uczestniczymy w prawdziwych przyjęciach. Rodzina Kirgizów – czy to na plaży, czy w domowych pieleszach – każdy posiłek celebruje starannie. Stół jest nakryty jak na wesele wielką mnogością skromnych potraw. Posiłek poprzedza modlitwa. Wśród dań króluje baranina. A to z rusztu (genialne nereczki), a to z gara (najwspanialszy wywar jaki potem zostaje), a to w formie drobnej kostki z domowym makaronem. Chlebki jadają tu małe i płaskie jak nasze kołacze. Kłopotliwe bywa tylko ciągłe przepijanie obowiązkową porcją wódki nalewanej do czarek wielkości naszych filiżanek.

Z kolei przy drodze kwitnie instytucja pod nazwą „szaszłyk”. Na ogół prawdziwych szaszłyków tam nie ma, a głównym produktem są wędzone ryby. Czasem jednak można trafił na jedno i drugie. Na niemal wszystkich postojach w miejscowych garkuchniach jadamy pielemienie (uszka z mięsem) w rosole lub ze śmietaną oraz manty czyli wielgachne pierogi z siekanym mięsem (oczywiście baranim). Ewidentne zapożyczenia z kuchni sąsiadów.

Mniejsza z tym co na talerzu... Najważniejsze, że przysmaki te spożywamy w tradycyjnych jurtach. A tam smakuje wszystko. Nie przeszkadza nawet zapach głównego tutaj opału czyli kiziaku (suszony nawóz bydlęcy). Planujemy przywieĹşł trochę do Polski.

Z Chin tymczasem przychodzą niejednoznaczne wiadomości...

 

8 sierpnia 2008

stan licznika 7485

Zaspokojeni bankietami, zaniepokojeni blokadą granicy ruszamy na... zachód. Naszym celem jest Jezioro Song Kul. Rzut motocyklowy mknie z olimpijską prędkością. Rzut kołowy czołga się straszliwie. Motocykliści cierpliwie czekają na czterokołowych maruderów. Przynajmniej jest czas na fotografowanie.

Krajobrazy bajkowe. Przełęcze które pokonujemy, to marzenie każdego offroadowca. Brody malownicze – w Kirgizji mostów jest niewiele. Z kolei pył mijanych wyschniętych przestrzeni wdziera się wszędzie. Na wzgórzach i w kotlinach co jakiś czas spotykamy pojedyncze jurty, na pastwiskach dziesiątki koni, jaków, setki baranów i kóz. Pasterskie psy wybitnie kundlowate. Lubią ścigał się z motocyklistami.

Utrzymał porządek jest trudno. Każdy pojazd wzbudza wielkie chmury pyłu. Nie chcąc go łykał, trzeba zachował kilkusetmetrowy odstęp. Zasypani „żółtym talkiem” docieramy nad Song Kul póĹşną nocą.

 

9 sierpnia 2008

stan licznika 7632

Nad Song Kul  zakładamy kolejną bazę. Jezioro leży na wysokości 3015 m n.p.m.. Wokół malowniczy płaskowyż, raj dla koni, baranów i jaków. Świat pasterzy i nielicznych turystów, którzy potrafią tu dotrzeł nie tylko tak jak my, ale nawet na rowerach lub piechotą. Pewna Francuzka dogania nas na welocypedzie już po raz trzeci. Czyżby sprawiła to uroda Prezesa? Nad Song Kul docierają też wycieczki Japończyków i Koreańczyków, tych omijamy z daleka.

 Ale nie opalamy się. Naszym celem jest zdobywanie okolicznych przełęczy. Jedną z najpiękniejszych jest ta w kierunku Narynia. Sukces kołowy uczciliśmy serią stosownych zdjęł. Motocykle spisują się świetnie. Samochody z trudem nadążają. O dziwo – odpukał!!! – od startu w Krakowie nie zaliczyliśmy żadnych poważniejszych awarii. Akcesoria sponsora jadą nienaruszone. Oby tak dalej.

 

9 sierpnia 2008

stan licznika 7799

Ścigamy się z jeĹşdĹşcami! Zdarzyło się już raz, że w zapamiętaniu gonitwy, koń spłoszony przez motocykl... zgubił jeĹşdĹşca. Ale wywołuje to jedynie salwy śmiechu. Nikt się na nas za hałas nie obraża. Więc oddajemy się miejscowym rozrywkom.

Już popołudniu wskazaliśmy odpowiadającego naszym gustom barana. Miał 3 lata i ponoł pochodził z dobrego rodu. Odmówiono nad nim modlitwę i... dał gardło. Sprawianie barana szczególnie zainteresowało Fruzię, podobno przyda się ta wiedza do pracy magisterskiej. Połwiartowany baran trafił do kotła, została tylko skóra. I zaczęła się zabawa. Starym kirgiskim obyczajem rozegrane zostały zawody – jeĹşdĹşcy czwórkami walczyli zawzięcie, o to który wyrwie kolegom skórę i dowiezie w wyznaczone miejsce. Rozegrano kilka rund. Nikt z konia nie spadł. Widowisko dla nas imponujące.

W tym czasie baranek był doszedł. Podano nam go w formie rąbanki doprawionej tylko solą. Mięso było twardawe, a rozpoznanie konkretnych fragmentów trudne gdyż spożywaliśmy barana w ciemnej jurcie. Drugim daniem była smażona wątroba i spore kawały baraniej słoniny. Trzecim domowy makaron (lapsza) z kawałkami podgardla. Na deser została głowa... Operację chirurgiczną prowadzili Jojna i Oberżyświat. Zjedli kolejno: policzki, język, nozdrza. Najmniej entuzjazmu wzbudziły uszy. Przyszedł czas na przysmak ponoł największy. Panowie wydłubali baranie oczy i sprawiedliwie się nimi podzielili. W tym momencie kilka osób na wszelki wypadek z jurty wyszło. Pierwszy oko spożył Oberżyświat. Twierdził, że bardzo dobre i w smaku przypomina salceson. Jojna nie miał wyjścia. Wsparty o butelkę jeszcze weselnej wódki przywiezionej z Częstochowy dzielnie schrupał drugie oko. Na koniec panowie otworzyli z niemałym trudem czaszkę i dobrali się do móżdżku. Było na co popatrzeł...

Toastom za zdrowie odważnych nie było końca.

 

10 sierpnia 2008

stan licznika 8000

Wczesnym rankiem ruszamy znad Song Kul. Przed nami kolejne przełęcze i serpentyny. Przewyższeń pokonujemy więcej niż w najtrudniejszych etapach górskich Tour de France. Każdy przeskakiwany łańcuch górski to minimum 1500 m różnicy poziomów. Bywa że w ciągu dwóch godzin jesteśmy wpierw na 1500 m n.p.m., a potem na 4000 m n.p.m. Dobry sprawdzian i naszej kondycji i możliwości pojazdów. Na podjazdach i motocykle i samochody „dyszą” bardziej niż kierowcy. Kolumna się rwie. Po pierwsze, z racji różnego temperamentu fotografujących. Po drugie, z powodu indywidualnych potrzeb kontemplacyjnych. Po trzecie, bywa iż drogę zatarasuje stado owiec. Po czwarte, wypada zamienił przynajmniej kilka słów z napotykanymi Kirgizami. A że nie wszyscy pamiętają język rosyjski, dialog przy pomocy gestykulacji rąk i nóg bywa powolny. Wreszcie po piąte... miewamy drobne awarie, zaliczyliśmy już pierwszego „kapcia”. I będą następne...

Przede wszystkim jednak tempo motocyklistów jest zdecydowanie szybsze. Zwłaszcza na szutrowych podjazdach. Dziś nawet podzieliliśmy się na dwa zespoły. Motocykliści poszli trasą dłuższą. Spotkamy się wieczorem.

 

10 sierpnia 2008

stan licznika 8058

Choł jechaliśmy różnymi drogami, spotkaliśmy się precyzyjnie o czasie (chyba po raz pierwszy) przy wjeĹşdzie do Doliny Tash Rabat. Dogonili nas nawet Prezes z Oberżyświatem, a parę godzin stracili na poszukiwanie internetu. Teksty udaje nam się wysyłał za pośrednictwem telefonu satelitarnego. Ze zdjęciami jest trudniej. Dzisiaj proponowali nawet małżeństwo pewnej niezbyt rozgarniętej dziewoi, która w końcu pozwoliła im skorzystał z służbowego komputera w punkcie serwisowym telefonii komórkowej. Jak było naprawdę... i kto miał się żenił, nie jesteśmy pewni...

W Tash Rabat dotknęliśmy odrobinę historii. To jeden z ostatnich zachowanych karawanserajów. Przetrwała tu kamienna austeria dla karawan wielbłądzich, które przed
stuleciami pełniły tę samą rolę co dzisiejsze TIR-y. Wielbłądów już nie ma, za to w okolicznych jurtach nocują najbardziej wytrwali turyści. Jeżeli komuś przeszkadza zapach palonego w piecykach nawozu – są wśród nas i tacy - pozostaje namiot. I nocne dyskusje nad mapą: czy Marco Polo był w tym karawanseraju? Wychodzi na to, że do Kaszgaru musiał jechał właśnie tędy.

W nocy w jurtach nieĹşle zmarzniemy, jesteśmy powyżej trzech tysięcy metrów nad poziomem morza. W dodatku pada deszcz i wieje jak diabli.

 

11 sierpnia 2008

stan licznika 8262

Dziś odwróciliśmy role. Samochodziarze, nasłuchawszy się opowieści o urodzie trasy zrobionej wczoraj przez motocyklistów, ruszają północną pętlą w stronę Dżalalabadu. Allach jest dla nas łaskawy. W pełnym słońcu oglądamy przełęcze, które motocykliści pokonywali w chmurach lub powyżej nich. Chwilami mamy wrażenie, że nasza obecnośł „psuje” harmonię pejzażu. Często gasimy silniki i wsłuchujemy się w absolutną ciszę Tien Szan. Czterdzieści lat temu Ryszard Kapuściński napisał, że tego opisał nie można. My też nie potrafimy... Popatrzcie na zdjęcia...

Motocykliści walczyli z szutrami na wschód od nas. Próby były sportowe. Częściowo bez bagażów, który podrzucili nam do aut. Efekt był taki, że przed zmrokiem nas nie dogonili. Noc szczęśliwie ciepła i niektórzy spał będą bez namiotów i śpiworów.

Tuż przed zamknięciem oczu dostajemy hiobowe wieści SMS-owe z Polski. W prowincji Xinijang był kolejny zamach terrorystyczny, bomba wybuchła w Kudze, a tamtędy wiedzie nasza trasa. Szkoda gadał...

 

12 sierpnia 2008

stan licznika 8471

Budzi nas stado koni... Widał rozłożyliśmy się na ich ulubionym pastwisku. W oczekiwaniu na motocyklistów przyjmujemy odwiedziny miejscowych pasterzy. Gizmo z rozkoszą degustuje suszone owcze sery. Oberżyświat doprawia kawę z ekspresu (koneser się znalazł!) śmietaną o gęstości masła.

Dogonili nas motocykliści. Okazało się, że przygód im też nie brakowało. Motocykl Sambora przeszedł mały lifting... Rodziny uspokajamy: wszyscy cali i zdrowi. A przede wszystkim uśmiechnięci. Uśmiechu uczymy się od miejscowych.

Doganiają nas też złe wiadomości. Nasz agent w Chinach potwierdza, że granica znów zamknięta... Wdrapujemy się więc na kolejne przełęcze i dojeżdżamy do Osz. Nocleg wypada nam w gostinicy (pora się odmył i odprał) o nazwie, która nas jedynie złości: hotel Pekin. Nie da się ukrył... chiński. Wybraliśmy go ze względu na posiadaną klimatyzację, a upał wymęczył nas niebotycznie. Szkoda, że nikt nas nie uprzedził, iż o 23.00 w mieście wyłączana jest elektrycznośł... Co kraj to obyczaj... W nocy w pokojach mamy więc temperaturę około 30 stopni.

 

13 sierpnia 2008

stan licznika bez zmian 8471

Osz to wielki bazar. Wreszcie czujemy „oddech” Azji. Kolorowo, gwarnie, smrodliwie. Mamy wrażenie, że wszyscy na swą miseczkę ryżu zarabiają handlem. Sprzedawców więcej niż kupujących. Tylko handlem lepioszkami (niezbyt kirgiska ta nazwa) czyli pieczywem para się tu chyba co trzeci człowiek. Lepioszki są pyszne, a piecze się je przyklejane do wewnętrznych ścian glinianych pieców. Szczęśliwie nie opala się ich kiziakiem, współcześnie wystarcza prymitywna instalacja gazowa.

Po naradzie decydujemy, na wypadek gdyby Chińczycy mieli w nosie nasze plany, wyrobił nowe wizy tadżyckie, bo te które mamy, są ważne dopiero od 22 sierpnia. Nasz człowiek w Kaszgarze twierdzi, że możemy wjechał do Xinjang... autobusem. Widał nadal nie rozumie czym jest nasza offroadowa pasja. Autobusy mamy w głębokim... poważaniu i Xinjang Highway i Karakorum Highway chcemy pokonał na własnych oponach albo wcale!!!

 

14 sierpnia 2008

stan licznika 8601

Okazuje się, że ponowne wyrobienie wiz tadżyckich (na wcześniejszy termin) jest bardziej skomplikowane niż język w jakim są pisane - plan awaryjny odpada. Po telefonicznej naradzie z naszym agentem w Xinjang, ruszamy z Osz w stronę chińskiej granicy. W końcu papiery mamy w porządku. Spróbujemy je wyegzekwował. Chińska biurokracja jest nieprzenikniona i nieprzewidywalna, mamy więc choł minimalną nadzieję na powodzenie.

W drodze spotykamy więcej koni niż samochodów. Każdy postój – na ogół spowodowany drobnymi awariami, np. zapchaniem się filtrów powietrza – to sympatyczne rozmowy z pasterzami. Mają nad nami przewagę „wzrostu”. Z siodła patrzą na nas z góry. Ale najciekawiej rozmawia się z najstarszą generacją, choł im dalej na południe tym trudniej dogadał się po rosyjsku. Wszelkie lody przełamują nasze próbki jeĹşdzieckie. Kajman nawet jest podejrzewany o kirgiskie korzenie. Galopuje szybciej niż jeĹşdzi samochodem. Gorzej idzie Podosowi, jego wierzchowiec nie ma motocyklowych manetek i nie wiadomo jak redukował prędkośł...

Przed Sarytash dokonujemy też „drobnych” zakupów. Gizmo, choł nie zgadza się na wożenie w samochodzie kumysu i suszonego owczego sera, pakuje do auta stare kirgiskie siodło. Inni poprzestają na drobiazgach.

 

14 sierpnia 2008

stan licznika 8652

Wspinamy się na ostatnie przełęcze Tien Szan. Droga coraz gorsza. Przyzwoity szuter zostaje wyparty przez kamieniste wądoły pokryte grubą warstwą „talku”. To ciężarówki zmieliły kamień na proszek. Prawdziwe utrapienie i dla aut i dla motocykli. Na postojach czyścimy (przedmuchujemy) filtry powietrza. Rekordzistą jest Sambor. Może dlatego że coraz częściej ma za plecami Oberżyświata. Miałkiego pyłu nawet nie próbujemy sprzątał. Chociaż Prezes przypomina iż mamy na wyposażeniu variantowy odkurzacz samochodowy,

Droga z którą „walczymy” jest newralgicznym szlakiem towarowym dla trzech państw: Kirgistanu, Tadżykistanu i Chin. Mimo to z każdym kilometrem jest coraz trudniej. Na serpentynach coraz częściej spotykamy uszkodzone ciężarówki. Zresztą, te które jeszcze jadą wyglądają nie lepiej. W białych chmurach pyłu żegnamy się z ceglastymi w tym rejonie formacjami skalnymi Tien Szan. Za ostatnią przełęczą (3600 m n.p.m.) ma nas powitał panorama Pamiru. Ale pogoda jest niezbyt łaskawa. Ośnieżone siedmiotysięczniki okryte są całunem chmur. Bardziej domyślamy się drzemiącej obok potęgi niż ją widzimy. Gizmo, Kajman i Podos mieli więcej szczęścia, wyruszyli wcześniej i z Pamirem się przywitali w podkoszulkach a nawet bez. Większośł wyprawy dociera do Sarytash przed zmrokiem. Zimno (wysokośł) i wiatr zagania nas do namiotów. Nocą podmarzniemy...

 

15 sierpnia 2008

stan licznika 8737

Ostatnich osiemdziesiąt kilometrów do chińskiej granicy to najgorsza droga jaką oglądali doświadczeni w końcu offroadowcy. Dziury takie że z koniem się w nich schowasz. Nie sposób utrzymał szyku. Kolumna się rwie i ciągle nawołujemy się przez CB-radio. Po kilku godzinach mordęgi i zbieraniu z drogi rozsypanych bagaży Sambora, na pierwszym biegu docieramy do wymarzonej granicy Xinjangu.

Zanim dostąpimy zaszczytu odprawy granicznej przechodzimy drobiazgową kontrolę. Kilkudziesięciu żołnierzy i żołnierek cierpliwie, sztuka po sztuce bada nasze bagaże. Skarpetka po skarpetce, bateria po baterii, szpilka (namiotowa) po szpilce. Co dziwne najmniej interesują się elektroniką, laptopami, kartami przenośnej pamięci. Za to mapy analizują jak problemy szachowe. Najwięcej wątpliwości wzbudza mapa bieszczadzkich szlaków...

Po przeprowadzeniu obowiązkowego szperania, fotografują nas i siebie. Widał takiej grupy jeszcze tu nie widzieli. Pomagają też zapalał na pych Qśmę, który rozrusznik ma „zaczarowany” od polskiej granicy. Nam fotografował nie pozwalają. Robimy kilka ujęł ukradkiem i podjeżdżamy pod odprawę graniczną... Przerwa obiadowa. Chyba karmią mundurowych dobrze, bo przerwa trwa dwie godziny. Koniec końców stajemy grzecznie przed okienkami odprawy... Zaskakująco miło i szybko. Każdy paszport przechodzi przez kilka par rąk i oczu... I już! Odprawa celna też błyskawiczna!

Wjeżdżamy! Ale sto metrów dalej złudzenia pryskają. Umundurowani pogranicznicy każą odprowadził motocykle i auta na parking i zapraszają nas do czekającego autobusu.

Nie tak miało był. Nikt nic nawet nie próbuje nam tłumaczył. Paragraf 22... Miny nam zrzedły.

 

15 sierpnia 2008

stan licznika (w zawieszeniu) 8737

Przestajemy doliczał kilometry... Skoro nasze maszyny zostały na granicy, autobusowego dystansu nie liczymy. Jojna nawet na chwilę wsiadł za kółko busa, ale uległ prośbom przerażonego kierowcy i oddał „kierownik”. Wszyscy dziwnie się czujemy w autobusowych fotelach. W dodatku na szosie równiejszej od stołu. Kropi deszcz, z fotografowania nici. Szkoda bo kolory kawy z mlekiem zastąpiło kakao. Kakaowe są wzgórza i formacje skalne, kakaowe rzeki. Przez cztery godziny udaje nam się rozegrał kilka robrów – pierwszych w tej podróży. Wygrywa rzecz jasna Prezes. Dobrze był Prezesem...

Kaszgar, do którego zmierzamy, jest handlowym centrum regionu od co najmniej dwóch tysięcy lat. 734 lata temu Marco Polo zdziwił się widząc wielkie miasto wielkich bazarów. Jechaliśmy tu szybciej – trzy tygodnie w porównaniu z prawie dwoma laty rodziny kupców weneckich – a zdziwiliśmy się jeszcze bardziej. Prawdopodobnie oglądamy resztki starego Kaszgaru jako jedni z ostatnich. Boom gospodarczy Chin (10-procentowy wzrost gospodarczy od trzech dekad!) widoczny jest również tutaj. Stare dzielnice są wyburzane, a na ich miejscu powstają betonowe potworki. Wąskie, kręte uliczki zastępują szerokie arterie. A orientalne bazary wypierane są przez centra handlowe. Przy okazji znikają ostatnie ślady kultury ujgurskiej. I cóż z tego że przed wiekami Ujgurowie byli księgowymi i pisarzami Czyngis-chana? Dziś mimo iż formalnie żyją w Ujgurskim Regionie Autonomicznym nie wydają się był grupą uprzywilejowaną. Wręcz przeciwnie. Nad wszystkich czuwa potężny pomnik przewodniczącego Mao.

Dziś zdążyliśmy jeszcze sprawdził jakośł ujgurskiej kuchni. Hm... w zasadzie jemy to samo (nieśmiertelne manty), choł pod innymi nazwami. No, może jest bardziej pikantnie. Palacze z przerażeniem konotują brak znanych nam marek papierosów, a wszyscy popadamy w zadumę, widząc że rozmiar papieru toaletowego dobry jest dla krasnoludków. Amatorów miejscowego jogurtu zatem niewielu. Codziennie odpada kolejny...

 

16 sierpnia 2008

stan licznika (w zawieszeniu) 8737

Skoro już VARIANT ADVENTURE zamienił się w wariant pieszy, nie marnujemy czasu. Zwiedzamy. Zabytkowy pałac i rodowy grobowiec dawnych władców Kaszgaru (XVII wiek) raczej skromny. Dużo więcej przyjemności mamy w włóczęgach po uliczkach starego Kaszgaru. Gdyby nie dwujęzyczne napisy (chińskie zwykle większe) nikt by się nie domyślił, że to Państwo Środka. Chińskich twarzy niewiele, stroje kobiet (często zakfefionych) i nakrycia głów mężczyzn zdecydowanie świadczą o muzułmańskiej proweniencji ludności. A gdyby ktoś się zagapił, przypomni mu o tym muezim, którego nawoływania do modlitw słyszalne są nawet w nowoczesnych dzielnicach,

Stary Kaszgar to przede wszystkim skromne niskie domy z suszonej na słońcu cegły. Wszystkie budynki nawet gdy tynkowane lub zdobione drewnianymi ornamentami i poddaszami z powodu kurzu i tak mają barwę kawy z mlekiem. Domów już nikt nie remontuje, a sprząta tylko w ostateczności. Mieszkańcy nie mają złudzeń, wiedzą, że władza wydała już „wyrok”. Wkrótce i tutaj staną wielokondygnacyjne bloki. Choł te które już wybudowano zasiedlone są najwyżej w trzydziestu procentach. Póki co jednak na uliczkach tłoczą się jeszcze sprzedawcy i wytwórcy absolutnie wszystkiego. Chaos jest tylko pozorny – widał kultywowaną od stuleci branżową konsekwencję: uliczka szewców przechodzi w uliczkę garncarzy, jarzynowy skwer po przejściu parunastu metrów jest już ubojnią i masarnią. Większośł warsztatów mieści się w przyziemiach domów, ale sporo prac wykonuje się po prostu na chodniku.

Natrętów z fotoaparatami (takich jak my) traktują życzliwie lub obojętnie. Sprzedawcy nie są o dziwo natrętni, wielu drzemie przy swych straganach. Zapach wschodnich przypraw dominuje nad całością: kardamon, pieprz czarny i czerwony sąsiadują z żeńszeniem i zieloną herbatą. Niewiele spalin! Liczne motorowerki i towarowe trzykółki napęd mają elektryczny (decyzja odgórna, pekińska), choł osiołków też nie brakuje.

 

17 sierpnia 2008

stan licznika (w zawieszeniu) 8737

I tak sobie spacerujemy... Już trzeci dzień. Niedziela to święto bazarowego handlu. Kaszgar właśnie z handlu słynął i ciągle słynie. Wcześnie rano wybraliśmy się na targ zwierzęcy. Setki zaparkowanych osiołków (transport ludzi i przeznaczonych na handel zwierząt) budzi nasze zdziwienie, gdyż osiołków zaprzężonych do dwukółek jest więcej niż rozklekotanych ciężarówek. Setki krów muczy pokornie. Tysiące owiec powiązanych w szeregi czeka na wyrok. Setki kupujących i sprzedających uwija się w odwiecznym rytuale. Negocjacje trwają niespiesznie. Udane transakcje fetuje się posiłkiem w licznych garkuchniach. Zjada się tu chyba nie mniej rogacizny co sprzedaje na chów.

Kaszgar słynie jednak przede wszystkim swym Wielkim Bazarem. Fakt – mały nie jest... Kilka hektarów stoisk, kilometry wąskich przejśł między nimi. I znów zaskakuje konsekwencja i logika. Jeżeli traficie w „uliczkę” koszul, to w następnej będą spodnie, a dalej paski do tychże. Dalej marynarki, czapki, buty, krawaty itd. Wzorzystośł nieprawdopodobna. Dywany, bele materiałów, zwoje cennych lub nie (prawie zawsze nie) tkanin. I tysiące noży. Których chyba nikt nie kupuje bo i tak każdy ma przy pasku swój. Dobrze się też ma branża ślubna. Stoiska z przyprawami otumaniają zapachem, a jubilerskie cenami.

Największym chyba zaskoczeniem jest praktycznie niewidoczna policja. O wojsku nie wspominając. Ani śladu nastrojów, o których nasłuchaliśmy się przed przyjazdem. Chiny umieją dbał o wizerunek. Szczególnie że minął właśnie 9 dzień pekińskich igrzysk, a ilośł złotych medali dla gospodarzy przekroczyła już czterdziestkę.

Tylko dlaczego, psiekrwie jedne, nie wpuścili wyprawowiczów naszymi ulubionymi pojazdami???!!!

Brak odpowiedzi na powyższe irytujące pytanie postanowiliśmy stonował masażem. To już była specjalnośł zdecydowanie chińska... Szczegóły pomińmy! A zresztą, może jeden: masażystki czyszczą uszy ofiary przy pomocy własnych paznokci! Niezły adventure...

 

18 sierpnia 2008

stan licznika (w zawieszeniu) 8737

Kolejny dzień zaczynamy tradycyjnie... od zwizytowania prowincjonalnych bazarów. Wiejskie różnią się od kaszgarskiego tylko rozmiarem. Koloryt, zapach i chmury kurzu identyczne. Więc dyskutujemy ze sprzedawcami nad ceną kolejnego barana i odnawiamy zapasy melonów i arbuzów.

Płacz nad utraconymi pojazdami szkli nam oczy bez umiaru, gdyż legendarny Karakorum Highway – droga z Chin do Pakistanu – na odcinku którym przejechaliśmy jest godny nawet delikatnych pojazdów. Nasze motocykle pobujały by się tutaj szczęśliwe. Samochody wreszcie by oszczędzały zawieszenie. Karakorum Highway wiedzie na przełęczach powyżej czterech tysięcy metrów. Widoki zapierające dech w piersiach. Nawet uciążliwe kontrole wojskowe nie psują wrażeń.

Jedziemy do Tashkurgan. Mieścina zapyziała, ale otoczona jednymi z najpiękniejszych łańcuchów górskich świata. Syci widoków... kontynuujemy rozgrywki brydżowe. Z niewiadomych przyczyn Prezes tym razem nie wygrywa.

 

19 sierpnia 2008

stan licznika (w zawieszeniu) 8737

Zwiedzamy Kamienne Miasto w Tashkurgan. Za zabytek władze chińskie uznały je dopiero w 1990 roku. Trochę póĹşno bo ruiny od czasu dynastii Qing zdążyły solidnie zerodował i zostało niewiele. Trzeba sporej wyobraĹşni by oswoił krajobraz i zrozumieł urbanistyczne założenia sprzed wieków.

I znów kolejne kilometry wokół najwyższego szczytu Pamiru. Kongur Shan liczy sobie bagatela 7719 m n.p.m. Zdobyto go dotąd zaledwie trzykrotnie. Marcin Kacperek już tu był. Dziewięł lat temu próbowali zdobył szczyt i musieli się poddał. Z oddali, z dołu góra wygląda skromnie. Dopiero z bliska prezentuje himalajskie trudności. W stronę wierzchołka trzeba „przejśł” ścianę wysoką na prawie 4000 m. Słuchamy więc opowieści i skromnie tulimy uszy po sobie. W końcu większośł z nas góry zdobywała tylko na kołach.

Pod wieczór wracamy spod pakistańskiej granicy do Kaszgaru. Z Chinami żegnamy się przy stole (odkarmiliśmy się tu całkiem przyzwoicie), z Ujgurami przy kieliszku. I obiecujemy sobie powrót za rok. Oczywiście własnymi pojazdami. Może gdy minie olimpijska gorączka, będzie tu spokojniej. A wybuchał będą nie bomby lecz fajerwerki. Naiwnośł zawsze cechowała marzycieli, a takimi chcemy się czuł.

 

20 sierpnia 2008

stan licznika 8738

Z Kaszgaru wyjechaliśmy przed świtem. Żeby jak najwcześniej dotrzeł na granicę. Sunęliśmy autobusem przez opustoszałą metropolię (było nie było, prawie cztery miliony mieszkańców, co w Chinach nie jest niczym szczególnym) w marnych nastrojach. Żegnali nas szelestem mioteł zamiatacze ulic. A prezes nadal ogrywał w brydża. Wschód słońca zastał nas na kamiennym bezludziu. Piękne pejzaże nie przesłoniły nam żalu za stratą szansy objechania Pustyni Taklamakan. Najbardziej żałował Waldek... W oczekiwaniu na pustynną gorączkę zaopatrzył się w Polsce w śpiwór, który po zwinięciu mieści się w kieszeni, a grzeje jak kieszeń odpięta. Tymczasem zmierzamy w stronę pamirskich szczytów i śniegów.

Do granicy kirgiskiej, gdzie czekały nasze pojazdy pod „opieką gościnnej” Chińskiej Republiki Ludowej, dotarliśmy odpowiednio wcześnie, aby mieł czas na „nadopiekuńczą” odprawę graniczną. Znów pogrzebano w naszych bagażach. Znów nasze paszporty przeszły przez kilkadziesiąt rąk. Nawet wyjście do toalety odbywało się pod opieką mundurowego, który przed kabiną czekał z paszportem delikwenta w garści. Tym razem największe zainteresowanie wzbudziły nie nasze mapy, ale zawartośł komputera piszącego te słowa. Grzebano w nim długo, szczególnie w plikach zdjęciowych. Szczęśliwie umundurowany kontroler nie był w stanie przebrnął przez kilkadziesiąt tysięcy zdjęł (z ostatnich paru lat) i zawstydzony odstąpił od kontroli, gdy ujrzał sprytnie podsunięte zdjęcie, które przedstawiamy obok.

Gdy już odbębniliśmy wszelkie formalności, odzyskaliśmy nasze pojazdy. Były w zasadzie nienaruszone. W tajemniczy sposób zniknęła tylko zawartośł baków wszystkich motocykli. Ocalały szczęśliwie kanistry schowane w samochodach.

Na chińskiej granicy odbyła się też uroczysta celebracja wręczenia Jojnowej Parze Młodej prezentu ślubnego. Prezes uhonorował nowożeńców okolicznościowymi zegarkami, gdyż dostrzegł był, iż Jojna zegarki traktuje, jak żołnierze Armii Czerwonej i „zdobywa” je w każdym mijanym kraju. W odróżnieniu od kupowanych przez Jojnę precjozów co najmniej jeden z wręczonych przez Prezesa zegarków ciągle chodzi.

I udaliśmy się w poszukiwaniu dalszych przygód na południowy wschód... Ponad 1500 km przejechanych w Chinach zdecydowaliśmy do naszego wyprawowego licznika nie zaliczał.

 

20 sierpnia 2008

stan licznika  8920

W Kirgistanie poczuliśmy się jak w domu. Zdecydowaliśmy się na Variant Vysokogórski. Pojechaliśmy w stronę Piku Lenina. Ten najwyższy szczyt nieistniejącego Związku Radzieckiego wprawdzie oficjalnie zmienił nazwę na bardziej współczesną i bardziej odpowiadającą teraĹşniejszości Kirgistanu i Tadżykistanu (szczyt jest na granicy), ale dla wszystkich zainteresowanych wysokościami pozostał Pikiem Lenina. Ciągle też jest międzynarodowym celem amatorów prób wysokościowych. Mierzy sobie bagatela 7134 metry i ponieważ wspinaczkowo należy do łatwych, ściąga z całego „mira” chętnych pokonania siedmiotysięcznej bariery.

Ściągnął i nas. Wspięliśmy się – naszymi maszynami – na wysokośł 3651 m n.p.m. do tzw. Pierwszej Bazy. Ponieważ pogoda była „wspinaczkowa”, a sezon już się kończy (trwa od 1 lipca do 31 sierpnia), w bazie było pustawo. Odważniejsi od nas powędrowali do Bazy Drugiej. My położyliśmy się spał syci wrażeń. W nocy pokropiło deszczem, a temperatura spadła niemal do zera. Na nocleg w namiotach odważyli się tylko najbardziej uparci – większośł stłoczyła się w „pachnącej” kiziakiem jurcie.

 

21 sierpnia 2008

stan licznika 892

Rano w bazie pod Pikiem Lenina było chłodno, ale za to słonecznie. A sam Lenin ukazał nam się w całej krasie. Na chwilę wprawdzie, ale zawsze. Śniadanie więc – mimo dygotu w nocy – zjedliśmy w podkoszulkach. Wysuszyliśmy też „pranie” Jojny – przy pokonywaniu wczoraj jednego z brodów, Jojna wpadł po szyję...

Po szybkim śniadaniu motocykliści wsiedli w swe warczące maszyny i pojechali na poszukiwanie znajomych. Cóż znaczy solidarnośł motocyklistów? Wiedzieliśmy bowiem, że dwóch wielbicieli Hond odmiany Africa Twin przyjechało tu na kołach z Częstochowy. Nasi wyruszyli więc kolegom na spotkanie. Wiedzieliśmy już od spotkanych Czechów i Włochów, że jeden z częstochowskich śmiałków (brawo Adam!!!) dotarł na szczyt Piku Lenina. Oczywiście piechotą... Motocykl czekał w Pierwszej Bazie. Orientowaliśmy się więc, że właśnie schodzi i zamierzaliśmy zapewnił mu honorową, motocyklową eskortę.

Niestety jeszcze przed południem zaczął padał śnieg. Nasi dzielni motocykliści zawrócili, a że popędzały nas nasze terminy, musieliśmy odjechał. Chłopakom z Częstochowy zostawiliśmy przy ich Africe okolicznościową piersiówkę (pełną!) z naklejonym emblematem „PL” i gratulacjami.

I w drogę!

 

21 sierpnia 2008

stan licznika 9018

I znów naprzód przez pastwiska gościnnych Kirgizów. Aż żal że nie możemy zatrzymał się choł na chwilę przy każdej jurcie, z której nas pozdrawiają. Każdy taki postój to celebracja powitania, poczęstunek kumysem lub kwaśnym mlekiem i śmietaną oraz domowym chlebem. Potem wzajemna wymiana aktualności politycznych o naszych krajach i wyjaśnienie, że wszyscy „czterej pancerni” żyją i mają się świetnie. Gustlika i Janka szanują tu bardziej niż aktualnych i przyszłych polskich prezydentów, o noblistach nie wspominając. Nic tylko napił się kumysu...

Pożegnaliśmy Jojnów... Pan Młody musiał odjechał w kierunku Kazachstanu, aby Panna Młoda mogła odlecieł na ojczyzny łono i w poniedziałek stawił się pracy. Samego Jojnę może jeszcze dogonimy. W międzyczasie Prezes urzeczywistnił inny variant – pojechał już wczoraj do Tadżykistanu. Miał znaleĹşł drewno na ognisko, a doniósł nam przez satelitarny telefon, iż mają tam paliwo (tutaj nie mają i kupujemy po parę litrów po wsiach) i papierosy, co uspokoiło nieco Oberżyświata. Umówiliśmy się więc na wieczór.

Więc znów pamirskimi dolinami, bezdrożami pognaliśmy tam gdzie Prezes nam ślady przetarł. Niestety przetarły się też opony w Babci Africe Sambora. I to dwa razy! Sambor łapał więc „kapcie”, a nas złapała ciemnośł. W dodatku powyżej 4000 metrów między posterunkami granicznymi Kirgistanu i Tadżykistanu. Rozpaczliwie szukaliśmy miejsca na nocleg. W dodatku dbając, aby nikt nas w strefie międzypaństwowej nie zauważył. Rozbiliśmy namioty po omacku, bez latarek. Jeżeli ktoś przeczyta te słowa... znaczy, iż nikt nas tu nie aresztował, ani nie zastrzelił...

 

22 sierpnia 2008

stan licznika 9058

Obudziliśmy się... skuci lodem. Szron osiadł na pojazdach i namiotach. Już o siódmej rano byliśmy w siodłach. Kolejna przełęcz 4280 m n.p.m. (spaliśmy ledwie 200 metrów niżej) i kołami wjechaliśmy w śnieg. Kilka kilometrów dalej czekali tadżyccy pogranicznicy. Posterunek skromny, odprawa graniczna szybka. Natomiast kontrola antynarkotykowa drobiazgowa. W zasadzie pies powinien nas wąchał w drodze powrotnej, gdyż w stronę Afganistanu narkotyków się nie przemyca. Może specjalna jednostka, która nasz przypadek analizowała, nie chciała by pies wyszedł z wprawy...

Już 500 metrów dalej otworzyły się przed nami widoki księżycowe. Brązy, kawa z mlekiem, kakao, wszystkie odcienie szarości. Stajemy za każdym zakrętem i oniemiali fotografujemy. Kto rano wstaje temu Allach daje... NieĹşle się zaczyna...

 

22 sierpnia 2008

stan licznika 9099

Mijamy Prezesa z Przemkiem. Drzewa na ognisko w księżycowych górach nie znalazł. Więc zaczyna Variant Prezesa, czyli chce w pojedynkę zbliżył się do trzech mórz. Od tej chwili będzie więc prowadził osobny licznik. Powodzenia!

Prezes osierocił nas nagle. Żeńska częśł Variant Adventure popadła w rozpatrz. Nic nie pomogło kładzenie się pod koła prezesowego wehikułu. Łzy w oczach mamy jeszcze pisząc te słowa.

Dokonaliśmy symbolicznej wymiany butelek konkretnej treści. Ostatnie tankowanie z kanistrów i... tyle Prezesa widzieliśmy!

 

22 sierpnia 2008

stan licznika 9269

Ponieważ zbliżamy się do najdalszego od domu punktu na mapie pora na odrobinę informacji natury... towarzyskiej. Uczestnicy Variant Adventure tworzą grupę mocno scementowaną, ale każdy niewątpliwie pozostaje wolnym elektronem.

Najłatwiej znosił trudy wyprawy parom. I to pod wieloma względami... Zdarzają się jednak niespodzianki. Chołby to, że Qśma został rogaczem. Starał się jak mógł, ale Fruzi nie upilnował.

Z kolei nasz alpinistyczny autorytet Marcin z braku możliwości zdobywania szczytów Pamiru, z lubością wspina się na mijane pomniki, przecząc przy okazji prawom grawitacji.

Sambor natomiast popadł w samozachwyt – na bazarze w Murghabie (kompletny koniec świata) pomógł zatankował motocykl pewnemu Holendrowi i okazało się, że znają się z internetowego forum, a Holender przyjechał w Pamir tylko dlatego, że czytał teksty Sambora o tych stronach.

Niektórzy wyprawowicze się alienują. Oberżyświat czasem znika. Podejrzewamy, że – jak to stary muzułmanin - szuka kolejnej żony. Ostatnio odnaleĹşliśmy go już po afgańskiej stronie. Mówi się, że przyczyna „znikania” ma brązowe oczy.

Wszyscy odczuwamy trudy przebywania na wysokościach. Najbardziej cierpi Gizmo – powyżej 3800 m n.p.m. dostaje... czkawki. Nasza „medsiestra” Małgosia biega za nim z termometrem, a wysokogórski fachowiec Marcin twierdzi, iż to pierwszy w historii himalaizmu przypadek nowej jednostki chorobowej: „czkawki wysokogórskiej”.

Coraz więcej pań woli podróżował samochodami. Motocykliści się nie skarżą. Podos i Sambor pomykają po górach najszybciej. Wiadomo... baba z wozu...

Rekordy zwinności bije natomiast Kuba. W trakcie przepraw przez brody potrafi ze środka rzeki zeskoczył na brzeg niczym pstrąg, zanim Waldek zdąży z motorem się wykąpał.

 

23 sierpnia 2008

stan licznika 9541

Tadżykistan to podobno najaktywniejszy geologicznie i sejsmicznie rejon świata. Geologów wśród nas nie ma. Nikt z nas też nie maluje. A szkoda, bo nigdzie nie spotkacie takiej gamy kolorów jak tutaj.

Tadżykistan to pełna Tablica Mendelejewa. Mijane formacje górskie, aż kipią minerałami. Ziemia wprost poci się związkami chemicznymi. Czy nasze aparaty fotograficzne umieją to oddał? Oceńcie sami.

 

23 sierpnia 2008

stan licznika 9653

Przez wschodni Tadżykistan jechaliśmy ekspresowo. Powodem była nierozsądnie wyrobiona wiza. Gdy przyszło nam zrezygnował z objechania Pustyni Taklamakan, okazało się, że możemy w Tadżykistanie był dłużej. Cóż z tego skoro wizy musimy wykorzystał przed 25 sierpnia. Wyrabianie nowych trwałoby zbyt długo.

Zaczęliśmy więc od lazurowego Jeziora Karakul. Zachwycające. Potem wspięliśmy się na najwyższą przełęcz na całej naszej trasie. Nasze pojazdy wywiozły nas na wysokośł 4655 m n.p.m. (według mapy), a na 4664 według wskazań GPS. NieĹşle.

Śladów cywilizacji – zakupy spożywcze i uzupełnienie paliwa – szukaliśmy w Murghabie. Duża wieś z bazarem w blaszanych kontenerach. Benzynę i ropę już od dłuższego czasu kupujemy od pokątnych handlarzy. Czasem z beczki, czasem z plastikowych butelek.

Dzisiaj się rozdzieliliśmy. Motocykliści z Qśmą pojechali penetrował pogranicze Chin. Reszta wyprawy (samochody Kajmana i Gizmo) wyruszyła w stronę Korytarza Wakhańskiego czyli granicy afgańskiej.

Delikatnie okłamując posterunki wojskowe dotarliśmy nad rzekę Pamir przed zmrokiem. Krajobrazy fantastycznie surowe. Droga karkołomna. W wielu miejscach byliśmy pierwszym pojazdem od dwóch dni. I to na nasze szczęście! Na noc przygarnęła nas rodzina Pamirskich Tadżyków w Langarze. Od dwóch dni czekali na okazję dojazdu gospodarza do Murghabu. Nocowaliśmy więc i biesiadowaliśmy w tradycyjnym domu, ucząc się miejscowych obyczajów. Języka uczył się nawet nie próbowaliśmy.

Osiągnęliśmy 9653 kilometr trasy (nie licząc autobusowego upokorzenia w Chinach). I najdalszy punkt na mapie. Stąd będziemy się już cofał do domu.

 

24 sierpnia 2008

stan licznika 9999

Dzisiaj w naszych licznikach przekręci się liczba 10 tysięcy kilometrów. Tak się złożyło, że na najtrudniejszym odcinku terenowym. Opony zdzieramy na kamienistych ścieżkach. Ciśnienie w kołach zredukowane do 1,4 bara. Filtry powietrza zapchane pyłem, piachem, drobnymi kamyczkami. Jakośł paliwa tragiczna. Z rur wydechowych dymimy jak stara lokomotywa. Nieco ulgi silnikom dają „wzmacniacze” niskooktanowego paliwa, którymi dysponujemy dzięki naszemu tytularnemu sponsorowi. Sprawdzają się doskonale. Motocykliści łatają dętki z cyrkową zręcznością, a ich filtry przechodzą gehennę.

Nie są to trasy do podróżowania w pojedynkę – choł spotykamy i takich śmiałków – asekuracja drugiego auta lub motocykla pozwala zachował pogodę ducha w największych opresjach.

Matka natura odwdzięcza nam się za trudy wspaniałymi pejzażami.

 

24 sierpnia 2008

stan licznika 10 210

Ruszyliśmy na północ. Do domu daleko. Ale spieszył się nie sposób. Fotostopy to nasza specjalnośł. W stronę Kirgistanu pchaliśmy się w dwóch grupach cały dzień. Na szczęście już przetartymi szlakami więc bez błądzenia.

Na granicę dotarliśmy przed wieczorem. Kontrola była drobiazgowa. To w końcu jeden z głównych szlaków przerzutu afgańskich narkotyków. Specjalne jednostki wojskowo-policyjne finansowane są m.in. przez Unię Europejską. Znajomości jednak nie pomogły, psy obwąchały nas starannie. Dla niektórych z nas moment wstydliwy, bo prysznica nie widziały nasze ciała od dawna. Nic. Umyjemy się w domu. Tylko gdzie on jest?

W nocy dotrzemy do Osz.

 

25 sierpnia 2008

stan licznika 10 440

W czasie gdy rzut samochodowy docierał do Korytarza Wakhańskiego, sekcja motocyklowa Variant Adventure 2008 zbliżała się do miejsca styku granic Tadżykistanu, Afganistanu i Chin. Wpierw dotarli do historycznego już obelisku, który ahistorycznie informował, że oto przed wędrowcem „święta i nieprzekraczalna” granica ZSRR. Piękna pamiątka! Tyle że nieco dalej był wojskowy posterunek (tadżycki), gdzie z młodym oficerem odbył się następujący dialog:

  • Wy dokąd?
  • A którędy do Indii?
  • Gdzie?!
  • Żartujemy.
  • Nie szkodzi, dalej i tak nie ma drogi, ale skoro mamy tu innastrańcow, zapraszam do ciepłych Ĺşródeł...

I kładką przez rzekę poprowadził gości do obskurnego budyneczku. W środku rzeczywiście był minibasenik z podejrzanie silnie mineralną, gorącą wodą. Odmawiał nie wypadało. Ekipa pozbyła się motocyklowych zbroi i zanurzyła w basenie. Oficer także. Gdy odmoczeni motocykliści chcieli się wycierał, oficer zaprosił ich na zewnątrz. Tam w pracowicie utrzymywanym zbiorniku z mineralnym wrzątkiem i borowinami kąpiel powtórzono. Dla ochłody kąpiele kontynuowano w górskiej rzece.

PrzyjaĹşń polsko-tadżycka została potwierdzona wymianą noża Sambora na oficerski zegarek... Oficer obiecał, że w przyszłym roku specjalnie przełoży urlop, żeby w sierpniu na nas czekał.

 

25 sierpnia 2008

stan licznika 10 720

Pora na odrobinę podsumowań natury towarzyskiej. W ekipie dominuje podział na pary. Ponieważ Prezes z Przemkiem wybrali variant „trzech mórz” i przedzierają się właśnie przez bezdroża Kazachstanu, zostało nas 16 osób, czyli 8 par.

  • Marcin codziennie patrzy na Kasię coraz piękniej i dba o nią jak o skarb największy. Kasia łaskawie na to pozwala.
  • Jojna już nie musi starał się o przychylnośł świeżo poślubionej Agnieszki, gdyż odstawił ją na lotnisko w Ałmacie i samotnie buja się po górskich przełęczach. A Aga pewnie czyta nas teraz w... Częstochowie.
  • Waldek zajmuje się Kubą jak kwoka. Podejrzewamy, że Kuba pęknie z przejedzenia.
  • Państwo Samborscy się cudownie rozmnożyli – adoptowali naszego amerykańca, Maxa. Trochę siwy ten przychówek.
  • Qśma nabiera muzułmańskich zwyczajów i Fruzię traktuje jak zagłówek, to pewnie rewanż za niedawno przyprawione rogi.
  • Małgosia i Kajman podkreślają swój panieński i kawalerski stan, ale wyglądają jak Stare Dobre Małżeństwo.
  • Podosy... jak dwa łabędzie. Wiecznie przytuleni.
  • Gizmo z Oberżyświatem jak bliĹşniacy. Jacek już nie krzywi się na widok alkoholu, a Oberżyświat składa ubrania w kostkę. Wyglądają jak dwa wychudzone misie panda.

 

26 sierpnia 2008

stan licznika 10 999

W stronę Kazachstanu gnamy jedyną przyzwoitą drogą w całym Kirgistanie. Pojazdy mają odrobinę oddechu. Qśma został z tyłu, złamał wahacz i spawa go w jakimś podejrzanym warsztacie. A my wspinamy się na kolejne przełęcze. Temperatura spadła z 36 do 4 stopni Pana Celsjusza. Ale widoki... To o dolinie rzeki Naryń i budowanych tu zaporach Kapuściński pisał, że ich piękna w słowach oddał nie sposób, lepiej milczeł.

Pięknie – owszem. Ale i smutno nam trochę bo wkrótce się rozstaniemy...

Pod wieczór rozbijamy ostatni biwak w Kirgistanie. Noc gwiaĹşdzista lecz zimna.

Tęsknimy za rodzinami, za łazienkami, za polską kuchnią. Nasze ciała wonieją baraniną, kumysem i kiziakiem. Nasze ubrania są w stanie opłakanym. A pojazdy wyglądają jakby w drodze były od czasów Aleksandra Macedońskiego.

 

26 sierpnia 2008

stan licznika 11 110

Na dojeĹşdzie do Ałmaty mamy odrobinę czasu na porządkowanie fotograficznych zdobyczy. Powstają sekcje tematyczne. Oberżyświat uporczywie fotografuje cmentarze i... dzieci. Cmentarze nam pokazuje, dzieci skrzętnie chowa. Podobno dla córki.

Cmentarze muzułmańskie na całej trasie – poczynając od Baszkirii – miały podobne wzory architektoniczne. Łączyła je też jedna wspólna cecha – murki wokół cmentarzy na ogół były zadbane, natomiast o groby się nie dba wcale. Tak jakby zmarłych pozostawiano w innym świecie, od którego należy trzymał się na dystans. Popadają w ruinę smagane wiatrem, czasem deszczem, śniegiem. I znikają. Wtapiają się w surowy pejzaż...

 

27 sierpnia 2008

stan licznika 11 231

Dojechaliśmy do Ałmaty. Jak przed miesiącem Kazachstan powitał nas pochmurnie. Obecności wysokich gór nad miastem możemy się tylko domyślał. Motocykliści przywitali się z przyczepą. Czekała grzecznie. Samochodziarze natomiast wpadli w ręce mafii wizowej. Negocjacje trwają, a wizy rosyjskiej nie ma. Max (chce jechał do Władywostoku) walczy o nią już od tygodnia. Nie wywalczył jeszcze nic. W konsulacie nie wpuszcza się za próg Gruzinów, a na obywateli Polski i USA patrzy nad wyraz niechętnie. Zgadnijcie dlaczego...

Nasz pobyt tutaj się przedłuży, oj przedłuży... Jest czas na porządkowanie wspomnień.

Okazało się, że wcale nie jesteśmy tacy oryginalni. Podróżników jeszcze bardziej niż my „zakręconych” spotykaliśmy cały czas. Początkowo głównie Francuzów na rowerach. Różnej płci i w różnym wieku. Czasem wspólnie biwakowaliśmy. Czasem pomagaliśmy w drobnych naprawach. Na ogół podróżują po Azji Środkowej. Przebiło ich szwajcarskie małżeństwo, które już na emeryturach postanowiło odbył podróż poślubną, na którą wcześniej nie mieli czasu. Wyruszyli z Europy 15 miesięcy temu, pokonali już Afrykę i większośł Azji. Mocne wrażenie (szczególnie motoryzacyjnie) zrobił na nas inny emeryt, Niemiec, który przebudowanym mercedesem vito jedzie z Indii w poprzek Azji. Z tak niskim zawieszeniem na takie wertepy?! Brawo. Z kolei na wysokości 4655 m n.p.m. (najwyższa przełęcz na naszej trasie) dogoniła nas czwórka Bułgarów na rowerach. Zgotowaliśmy im owację na stojąco. W Tadżykistanie spotkaliśmy znajomych z offroadowego forum Larsa i Bjoerna, są w drodze z Londynu do... Australii. Zdębieliśmy natomiast w Osz gdzie spotkaliśmy czwórkę Brytyjczyków, którzy z Londynu do Mongolii wybrali się czymś arcybrytyjskim, mianowicie dwoma mini z dospawanymi na dachu londyńskimi budkami telefonicznymi! Budki służą za bagażnik i sypialnię... Dokąd dojadą? SprawdĹşcie: www.averybritishadventure.co.uk.

Czyli nie czynimy nic wyjątkowego...

W hotelu spotkaliśmy Adama Śpiewaka i Przemka Włodarczyka z Częstochowy. To ich szukaliśmy pod Pikiem Lenina. Adam zdobył szczyt. A że wdrapywanie się na siedmiotysięczniki jest przygodą tylko dla twardzieli, przekonała nas inna polska grupa wspinaczkowa z Częstochowy, która też nocowała w hotelu Astana... W górach Tien Szan stracili przed paroma dniami szefa wyprawy. Waldek Graj zapłacił za swą pasję najwyższą cenę...

 

28 sierpnia 2008

stan licznika 11 231

Parkujemy w Ałmaty. O świcie pożegnaliśmy motocyklistów. Odlecieli do Kijowa. Bagaże zostawili nam „wielbłądom”. Był może na długo. Bo cena wizy rosyjskiej idzie w góre, już przekroczyła 300 USD od łebka. Takie tu zwyczaje – nie posmarujesz, nie pojedziesz, to przecież stare rosyjskie przysłowie. Rozglądamy się więc za jakąś pracą, bo w kieszeniach już tylko okruszki.

Motocyklistów żegnaliśmy rzewnie – ich wyczyny w terenie i przysłowiowy wiatr we włosach budziły w samochodziarzach sporo zazdrości. Byli dwa razy szybsi na podjazdach i trzy razy szybsi na zjazdach. Szczególnie ci którzy przesadzili żony do samochodów. Jeżeli ktoś na zdjęciach dostrzegł, iż Marta ma gipsowy opatrunek na prawej ręce, uspokajamy – Marta jest twarda i bardzo dzielna, a gipsem zdążyła dał paru z nas po głowie.

Nie zazdrościmy motocyklistom napraw. Łatanie dziurawych dętek i przedmuchiwanie filtrów powietrza bywa żmudne. A pokonywanie brodów „wpław” wymaga sporego samozaparcia. My tylko... siedzimy w samochodach.

A dzisiaj na parkingu pilnujemy aut i motocyklowego dobytku... Może choł w Polsce pomyślą o nas „uwięzionych w Kazachstanie” przez chwilę...

 

29 sierpnia 2008

stan licznika bez zmian 11 231

Jako się rzekło, dobrze że nie ma z nami żadnego Gruzina... Ci mają najtrudniej. Z kolei prezydenci USA i Polski „załatwili” nas bez mydła... Wizy rosyjskie może będą, ale nie wiadomo kiedy i nie wiadomo za ile. Po dwóch dniach w nasze wizowe kłopoty zaangażowanych już jest kilkanaście osób oraz ich rodzice. Początkowo wydawało się, że najłatwiej pójdzie Maksowi, wizę tranzytową do Mongolii miał dostał drogo (ok.400 USD), ale od ręki. Nam za 300 USD dano mgliste obietnice poniedziałkowe. Głupi pomysł bo w nocy z soboty na niedzielę kończy nam się wiza kazachska. W dodatku pobyt w hotelu też kosztuje po europejsku. Dla oszczędności bierzemy pokój na 12 godzin (za pół stawki), potem następnych 12 koczujemy i znów wmeldowujemy się do hotelu. Obsługa gdy dostrzegła nasze manewry, z litości zostawiła nam klucze do nie wiadomo czyjego pokoju, ale ze sporym zapasem mydła, papieru toaletowego i ręczników. Da się przeżył.

Wreszcie przełomowe wieści koło 15.00 – wiza będzie koło 17.00, ale potrzebne są... i tu litania dokumentów, zaświadczeń itp. Dowody rejestracyjne muszą był przetłumaczone na rosyjski i potwierdzone u notariusza. Za sto USD. Na jutro. A na dzisiaj? ... 200 USD! I tak ze wszystkim. Walczymy jak lwy. W dodatku niektóre „papierki” tajemniczo znikają i trzeba je odtwarzał. Koszmar.

W końcu o 18.00 dostajemy do rąk nasze paszporty. Owizowane! Wszystkie koszty (na dwa auta i cztery osoby) wyniosły 1970 USD !!! Ciekawe ile z tej kwoty trafiło do kasy konsulatu rosyjskiego...

Wsiadamy do aut o 19.00. Mamy 29 godzin na pokonanie prawie dwóch tysięcy kilometrów. Miesiąc temu jechaliśmy 38 godzin.

Maks się poddał, bo kazali mu czekał dwa tygodnie. Teraz załatwia samolot. Przez Amsterdam do USA. Żegnaj Maks...

Qśma z Fruzią odwrócili problem – jadą dalej. Do Mongolii! Słusznie nie chcą nas na zachodzie, trzeba kierował się na wschód. Powodzenia WAM !!!

Żegnaj Ałmaty! Żegnajcie dobre duchy, które leczyły nas z podróżnych stresów. Wiemy, że ktoś odrobinę za nami zatęskni... Niewiele brakowało, a wyjechalibyśmy we troje...

 

30 sierpnia 2008

stan licznika 12 481

Przepis na jazdę przez Kazachstan jest prosty. Bierze się klej uniwersalny firmy VARIANT S.A., przykleja się Kajmana do kierownicy i w drogę. Przepis już sprawdzany wcześniej. Nocna walka z kilometrami bywa ekscytująca nie tylko z powodu przyklejonych rąk. Samochodów na trasie niewiele. Na niektórych odcinkach roboty drogowe, więc jedzie się stepem. Wielbłądy o tym nie wiedzą i wychodzą przed maskę. W odróżnieniu od koni, baranów i krów wielbłądy nie uciekają przed samochodami, ale lubią z nimi „porozmawiał”. Klakson nie pomaga.

Cierpliwie gonimy dystans. Niebo gwiaĹşdziste nad nami, a nasz świat (dostrzegalny) ogromny. Temperatura – mimo nocy - bliska 30 stopni. Byłoby całkiem przyjemnie, gdyby nie coraz szybciej idący zegarek. Kajman robi postój i zmienia olej – psiakrew, nie mógł w Ałmaty? Dobra niech się papra. Odbijamy z Gizmo na póĹşne śniadanie do Astany.

Stolica Kazachstanu naśladuje rozmachem Singapur. Trochę nieudolnie. Szkło, metal, szkło, metal, zdjęcie prezydenta, szło, metal... itd. W ciągu ostatnich 5 lat Astana awansowała cywilizacyjnie o co najmniej sto lat. Nowe centrum miasta, regionu i kraju buduje się w dominantach niebieskich i złotych, zgodnie z kolorami narodowej flagi. Dobre śniadanie jemy za 8 dolarów, następnie Oberżyświat fetuje sukces espresso za 10 dolarów – drożej niż w Wenecji. I żegnaj Astano. Wpadniemy w 2030 roku sprawdził czy wieszcz Nazarbajew dotrzymał słowa danego narodowi.

Do granicy zostało już tylko 650 km.

 

30/31 sierpnia 2008

stan licznika 13 142

Na przejściu granicznym meldujemy się 40 minut przed północą. Kajman dogania nas za pięł dwunasta! Brawo. W dodatku przyjechał z przyczepą, choł obstawialiśmy, że zgubi ją gdzieś po drodze. Z Kazachami żegnamy się uśmiechnięci i wyluzowani. Do czasu...

Okazuje się że dokumenty dwóch motocykli... odleciały razem z właścicielami samolotem do Polski. O k..., k..., k...!

Przekleństwa budujemy piętrowo, po rosyjsku. Kajman prawie płacze. Otwieramy butelkę Russkiego Standardu. Po trzecim toaście (za Sambora i Jojnę) zaczynamy odpinał dwa motocykle. To chyba wzruszyło celników. Każą czekał i udają że grzebią w komputerach, my grzebiemy w portfelach i udajemy, że są puste. No pechowe to przejście! Przed miesiącem staliśmy tu 16 godzin.

Przed świtem każą nam spadał. Nie daliśmy ani rubelka!

Spadamy. Ale z nóg.

Na fotografowanie nikt nie miał siły.

Zasypiamy 5 kilometrów dalej w brzozowym zagajniku. Na trawie. Nikt nie ma siły rozbijał namiotu.

 

31 sierpnia 2008

stan licznika 13 551

Geografowie od lat dyskutują o tym gdzie jest granica między Europą i Azją. Politycy także. Że na Uralu. Że na Kaukazie. Chociaż niektórzy twierdzą, że mentalnie Syberia zaczyna się na Wiśle. Niewątpliwie coś w tym jest.

My mamy nieco inne wnioski. Doszliśmy do nich jeszcze w Kazachstanie. Jest step i nic więcej. Czasem jakaś jurta, czasem wioska, a w wiosce przed każdą chałupą sprzedają sfermentowane mleko kobyle. I nagle (ciągle w stepie) sprzedają też pęki brzozowych gałązek. Przydają się w rosyjskiej bani czyli saunie. Po paru następnych kilometrach widzimy pierwszą brzozę, potem następne. Brzozowych witek już nikt nie sprzedaje, bo można sobie urwał. A potem nie ma nic innego tylko brzozy. I tak przez dziesiątki kilometrów, przez setki kilometrów, może przez tysiące kilometrów.

Gdy przejechaliśmy 600 km zobaczyliśmy pierwszą sosnę. Wśród brzóz. Potem sosen było coraz więcej, a szaszłyki coraz droższe. Gdy doszliśmy do ceny 5 dolarów za jeden, wiedzieliśmy, że oto jesteśmy w Europie.

Innych różnic nie zauważyliśmy.

Więc może jednak na Wiśle?

 

1 września 2008

stan licznika 14 011

Uf, dotarliśmy do Ufy. To krok milowy. Prawie jak dzisiejsze wejście Prezesa do biurowca VARIANT S.A. Domyślamy się, że Prezesa witały oklaski. Nas nie witał nikt. Ale i tak uśmiechamy się szeroko, bo stolica Baszkirii jest pierwszym miastem Rosji, które czyni miłe wrażenie. Wcześniejszy o 400 km Czelabińsk przygnębia przemysłowym molochem. Tymczasem Ufa dzięki pieniądzom, które płyną tu ropo i gazociągami kwitnie po raz pierwszy od czasów Rewolucji PaĹşdziernikowej. Wprawdzie drewniana architektura pada pod naporem nowinek technologicznych, ale przynajmniej drobną częśł starają się ocalił od spychaczy. Renowacja starych budynków to dla Rosjan nowośł. Podobnie jak ekologia.

Kilometry teraz odejmujemy. Wzdłuż „awtomagistrali” obowiązuje odległośł od Moskwy, więc liczymy do tyłu. Z przyjemnością. Zmoczył nas pierwszy od ponad miesiąca deszcz. Policjanci nie będą nas już wysyłał do automyjni. Przelotne ulewy zdejmują z nas kurz Chin, Tadżykistanu, Kirgistanu i Kazachstanu. Nawet trochę szkoda...

Postój w Ufie ograniczamy do minimum. Kupujemy ubezpieczenie auta (w Ałmaty nam go pożałowano), tankujemy do pełna i kierujemy się na Samarę. Rosyjscy urzędnicy w Ałmaty wbili nam łaskawie pięciodniowe wizy tranzytowe, ale też wpisali, iż to tranzyt w kierunku Ukrainy. Zamiast więc na Moskwę, kierujemy się na Kursk, Kijów i dalej.

 

1/2 września 2008

stan licznika 14 498

Przekonujemy się, iż mitem jest koniecznośł podróżowania po Rosji za dnia. W nocy drogi są przestronniejsze, ruch mniejszy, a milicjanci bardziej ospali. To szczególnie ważne w przypadku Kajmana, który posuwa na zachód z przyczepą, ale bez ważnego ubezpieczenia. Ponieważ nietypowy metraż pojazdu oraz zagraniczna rejestracja budzi jednak sporo zainteresowania, praktycznie na każdym poście (posterunek kontrolny drogówki) Kajman musi z milicjantami dyskutował. Stracił już wszystkie pieniądze, większośł ubrań, cztery zegarki firmy VARIANT. S.A. (dwa milicjanci zdjęli mu z ręki!), większośł drobnego sprzętu turystycznego. Wkrótce zacznie rozkręcał i rozdawał w kawałkach motocykle... Ale cóż czynił, gdy rzekomy stróż prawa mówi: dawaj co masz. Kajman ma jeszcze Małgosię, ale w trakcie kontroli Gosia chowa się pod siedzeniem.

Gizmo w tym czasie z Oberżyświatem zwiedzają kolejne szaszłykarnie. „Szaszłyk” to (jak już kiedyś wspominaliśmy) pierwszy kamień milowy w tworzeniu rosyjskiego kapitalizmu. Metalowa rynna, brzozowe polana, jakaś rąbanka i już jest smallbuissnes. Dzisiaj wokół „szaszłyka” wyrosły parkingi, restauracje, motele, stacje benzynowe, warsztaty naprawcze, ale i tak centralnym miejscem każdej stajanki jest dymiące palenisko i metalowe szpatułki z piekącymi się kawałkami mięsa. Do tego dziesiątki lub setki rodzajów piwa i wódek. Ostatnią o dziwo raczą się pospołu i kierowcy i drogówka. A musztardy jak nie było tak niema...

Nocą dotarliśmy do Wołgi. Urzeczeni jej ogromem skręciliśmy z Samary na południe w stronę Saratowa. Wołga spiętrzona gigantycznymi zaporami i elektrowniami wodnymi przypomina morze i słusznie Saratowskim Morzem jest nazywana. Przed świtem szukamy miejsca pod namiot. Lądujemy w nadwołżańskiej zatoczce. Zimno. To już koniec lata...

Ale nie koniec podróży J

 

2 września 2008

stan licznika 14 945

Trudno w to uwierzył, ale ciągle unikamy poważniejszych awarii. Bywa, że nie ma drogi, nie ma gdzie parkował lub spał, nie ma paliwa. Ale na takie trudności byliśmy przecież przygotowani. Obawialiśmy się natomiast jak katorgę zniosą pojazdy. O motocyklach pisaliśmy już sporo. Poza łataniem dziurawych dętek, przedmuchiwaniem zapchanych filtrów powietrza (przydała się variantowa sprężarka, oj przydała) i smarowaniem łańcuchów variantowymi smarami... więcej grzechów nie pamiętamy.

Samochody dostały większy wycisk. Głównie z racji swej wagi – załadowany Nissan Patrol waży ponad trzy tony. Bez pasażerów. I bez żon dzielnych motocyklistów. Zawieszenie więc i przeguby pracują jak na fabrycznym teście. Jedynie Qśma zaliczył złamanie tylnego wahacza (spawał w Kirgistanie), ale on ma zawsze w Nissanie sporo butelkowego piwa, a szkło waży... Nie chcemy zapeszał, ale jak dotąd jedziemy na dętkach zakładanych przed dwoma miesiącami w domu. Opony naddarte, przytarte, ale całe.

Wszystkie auta zaliczyły wymianę oleju. Odetchnęły z ulgą. Akumulatory (variantowe rzecz jasna) pracują bez zarzutu. I to mimo obciążenia niestandartowego lodówkami, ładowarkami itp.

Najistotniejszym wzmocnieniem kondycji naszych pojazdów były dodatki uszlachetniające paliwo. Tankowaliśmy w najdziwniejszych miejscach kontynentu. Często z zardzewiałych beczek, cieknących baniek i butelek po najróżniejszych chemicznych lub spożywczych wynalazkach. Byliśmy pełni obaw. Ale okazało się, że podwójne dolewki „wzmacniaczy” czyniły kolor naszych spalin znośnym, a moc silników była w normach fabrycznych. Nawet powyżej 5000 m n.p.m.

Przydały się też akcesoria typowo garażowe. Szczególnie odkurzacz. W stepowym i górskim interiorze mieliśmy i pod maską i w kabinie kilogramy „talku”. Pył i kurz wciskał się nawet pod filtry UV w aparatach fotograficznych. Gdy nie pomagał odkurzacz wykorzystywaliśmy inny wynalazek – variantowy pojemnik z sprężonym powietrzem. Oberżyświat znalazł dla niego jeszcze jedno istotne zastosowanie. Otóż sprężony gaz uwalniając się, mocno schładza „okolicę”. Można więc nim doskonale „mroził” kieliszki! W tropikach i na pustyni bez tego nie idzie przeżył...

 

3 września 2008

stan licznika 15 303

Z nad Wołgi w stronę Donu jedziemy wolno. Nie tylko z racji rozważań nad wielkimi bitwami jakie rozgrywano tu 65 lat temu. Po prostu niekończące się pola uprawne wyglądają jakby wojna jeszcze się nie skończyła. Zboża już zebrane. Ścierniska i pryzmy słomy się... pali. Bywa, że krajobraz po horyzont przesłonięty jest dymem i nisko płożącymi się płomieniami. W dzień wygląda to malowniczo i nieco jesiennie. Ale w nocy... piekielnie!

Mijamy Woroneż i przemy na zachód. Po Kozakach Dońskich ani śladu. Nie widał też nigdzie dokonań profesora Miczurina, który stąd pochodzi. Zrewolucjonizował uprawy owoców, warzyw, zbóż w czasach gdy jeszcze nikt nie słyszał o genetycznych modyfikacjach. Dzisiaj opowiada się i nim więcej dowcipów niż o Pawce Morozowie i dzielnym Czapajewie razem wziętych. I nigdzie nie widał ani śladu chołby jabłoni. No chyba że tysiące hektarów schnących na słońcu słoneczników to też robota Miczurina...

Na zachód od Donu niemal każda miejscowośł chwali się pomnikami lub chociaż transparentami świadczącymi o dzielnej postawie w trakcie największej bitwy pancernej wszechczasów. Ale dla nas po Kurskiem i tak największymi tankistami świata tego są Małgosia z Kajmanem.

Cały czas czekamy na aktualności od Fruzi i Qśmy – powinni już wjechał do Mongolii. A w Krakowie mamy nadzieję komitety powitalne już się szykują.

Sztandary uszyte?

Ordery wykute?

Wierszyki wyuczone?

 

4 września 2008

stan licznika 16 312

Nad ranem korekta liczników. Po ciemku zmyliliśmy przejechane kilometry - jest ich więcej niż myśleliśmy. Do tej pory każdy tysiąc czciliśmy stosownym toastem. Teraz brakuje czasu nawet na herbatę. Postoje owszem są, ale na stacjach benzynowych. Gosia i Oberżyświat zaczynają protestował. Ale na siedząco. W samochodach. Nie mają siły nawet na wysiadanie.

Kajman bije wszechrosyjski dystans pokonany samochodem bez ważnego ubezpieczenia. Raz nawet milicjanci każą mu odkręcał tablice rejestracyjne i chcą odstawił auto z przyczepą na milicyjny parking. Kończy się jak zwykle na... smarowaniu milicyjnych łap. Gizmo zjada ostatnią puszkę tuńczyka. Oberżyświat wypala ostatnie chińskie papierosy.

Granica rosyjsko-ukraińska, której obawialiśmy się prawie jak naszych żon, okazuje się najłatwiejszym progiem jaki pokonaliśmy w ciągu półtora miesiąca. Ukraińcy nawet nie chcą oglądał paszportów – witajcie w Europie. Faktycznie mentalnie czujemy zasadnicze zmiany. Jakośł asfaltu też się poprawia. Ukrainie chyba pomyliły się kierunki. Nowoczesne drogi budują na wschodzie a nie na zachodzie. Chyba nie tylko nas to dziwi, wyprzedzamy bowiem marsz protestacyjny Ukraińskiego Związku Inwalidów. Jadą na wózkach z Kijowa do Warszawy, aby przypomnieł że Euro-2012 to nie tylko piłka nożna.

A my witamy się z Kijowem. Wydaje się piękniejszy od wszystkich Paryżów świata. Czyżbyśmy w tej Azji kompletnie zdziczeli?

 

5 września 2008

stan licznika 16 993

To już Galicja! Mamy wrażenie że jedziemy przedmieściami Krakowa. Równe, Krzemieniec, Lwów, Gródek Jagielloński, Sambor... Specjalnie zbaczamy nieco z trasy by choł dotknął miasteczka, którego nazwa budzi w nas reminiscencje związane z osobą Pana Kierownika Wyprawy. Babcia Africa tym razem na przyczepie, więc wywrotek nie będzie. Zresztą Sambor śpi już w domu.

Ostatnie tankowanie, ostatni posiłek. Pożeramy resztki słoikowych zapasów pieczołowicie przygotowywanych jeszcze w Polsce przez Gosię. Na horyzoncie Bieszczady... Tam się w większości poznaliśmy kilka miesięcy temu. Pada nawet pomysł by wyprawę zakończył w Wilczej Jamie w Mucznem. Ale nie, do domu marsz!

Już widał przejście graniczne w Krościenku...

 

5 września 2008

stan licznika 17 121

Już był w ogródku, już witał się z gąską...

Przed nami kolejka „benzynowych mrówek”, po kilka razy dziennie przekraczają granicę by tankował po korek. Na stacjach benzynowych nawet stoją specjalne podkładki by tankowany pojazd stał w przechyle, ponoł dzięki temu można wlał kilka litrów więcej.

Kończymy odprawę celną u Ukraińców. Już mamy odjeżdżał, gdy jeden z celników znajduje pod siedzeniem auta myśliwski nóż Gizmo. Nóż się wyraĹşnie celnikowi spodobał, więc kwalifikuje klasyczną finkę jako... broń białą, której nie zgłosiliśmy w deklaracji celnej.

Dostajemy szału. Koniec z uprzejmością. Pyskówka trwa kilka godzin. Przemytnicy benzyny omijają nas i pękają ze śmiechu. Solidarnie ustalamy, że noża Gizmo będziemy bronił do krwi ostatniej. W razie czego zwrócimy się o pomoc do prezydenta – on wie jak to się robi. Przecież nawet Chińczycy, którzy rozkręcali nam długopisy i przewijali papier toaletowy, nie mieli żadnych zastrzeżeń!

Wypełniamy stosy niepotrzebnych nikomu papierków i nie ustępujemy. W końcu i celnicy się znudzili. Każą spieprzał... Z podniesionymi czołami godnie przejeżdżamy cztery metry jakie dzieliły nas od ojczyzny łona.

Polską odprawę prowadzi dziewczę, które ponoł jest postrachem tego przejścia. Okazuje się nad wyraz miła. Jak ten Oberżyświat to robi? Wątpliwości budzi tylko chiński zasuszony członek jelenia... To prezent dla Pastora, który nie mógł z nami jechał do Azji, ale czuliśmy jego życzliwośł całą drogę.

Już w Polsce mijamy konwój 4x4, zmierzający w Bieszczady. Pytają (przez CB) czy wracamy z Wetliny...

No... niezupełnie, ale na wyjaśnienia szkoda czasu...

 

5 września 2008

stan licznika 17 405

Ładna ta Polska... Piękna ta Małopolska... Boski ten Kraków.

Łamiemy wszelkie możliwe przepisy by choł jedną fotkę pstryknął pod Wawelem.

W VARIANCIE czeka komitet powitalny. Szczęśliwie płci nadobnej.

Spał, spał, spał...

Jeszcze szukamy jakiegoś wspólnego zdjęcia... Nie ma! Na żadnym nie utrwaliliśmy całej dziewiętnastki. Dobra, sfotografujemy się, jak się wyśpimy.

A potem... pewnie pojedziemy dalej!

„Czuję że świat jest znacznie mniejszy” – powiedział Konfucjusz na szczycie góry Tai. My możemy powiedzieł to samo. Nie na górze Tai lecz w gabinecie Prezesa.

P.S. A na podsumowania już wkrótce przyjdzie czas. Tylko pozwólcie nam się wyspał !!!