NORDKAPP 2011

MORDKAP 2011 czyli o .................... skutecznym mordy odmrażaniu

  

23 lutego, pod Augustowem, 590 km, minus 20 stopni

Po perypetiach charakterystycznych dla dwóch podstarzałych tetryków, z dwudniowym opóĹşnieniem udało się wyjechał we środę o trzeciej (popołudniu) minut trzydzieści i trzy (Wojtek wierzy w magię trójek). Jak to w życiu – auto za małe, bagaży za dużo. Zapasów pewnie też (Wojtek głównie magazynuje cukierki i inne takie). W Krakowie temperatura była znośnie mroĹşna, -4 st. C. Ale im dalej na północ tym... lepiej, czyli niżej. Za Miechowem w restauracji tej co zawsze -9, w Warszawie na Racławickiej (jakoś było po drodze) -14. Na Mazurach chwilami nawet -22. W radiu coś tam rzekli, że to najzimniejsza doba tej zimy...

Wojtek gadał całą drogę, ale za Warszawą zasnął więc dociągnąłem za Augustów i zboczyłem w nadgryziony przez bobry las nad jeziorem bodaj Białym. Wojtek szczęśliwy, bo obok jest hotel-spa Wojciech i pewnie dlatego... śpimy w samochodzie. Ja szczęśliwy, bo mimo mrozu spaceruję sobie ścieżką, na której byłem pod koniec paĹşdziernika i do głowy mi nie przyszło, że tak szybko tu wrócę.

Wstałem przed ósmą, bo wyspał można się w domu. Poszedłem połaził i popstrykał po zamarzniętym jeziorze. Długo nie wytrzymałem, bo mróz zajebisty i kto wie czy nie będzie to najzimniejsza noc w całej podróży. Posiedziałem chwilkę na pomoście, powzdychałem. Morda mi w drodze do mordkapu spierzchła już pierwszego dnia... Wojtek przetestował "wygódkę" na mrozie i mówi, że zrobi sobie podgrzewane siedzisko – Newton jeden.

Ciekawostka. W Augustowie w bardzo miłym i czystym barze Albatros zjedliśmy obaj wypasione śniadanie za 10.90 pln. Trzeba chyba przeprowadził się na prowincję.

Słońce przyświeca więc łatwiej nie myśleł o tym co za plecami zostawiam i mam nadzieję... poczeka.

A Wojtek cały czas coś tam gada...


24 lutego, pod Jurmalą, km 1155, Celsjusz -13

Najgorzej z temperaturą, bo jest... niewiadoma. Czujnik w aucie zamocowany zbyt blisko karoserii i gdy parkujemy emanujące ciepło zniekształca wynik. Przed chwilą w ruchu było -24, stanęliśmy i po paru minutach termometr pokazuje -13. Co za ulga! Wojtek dużo o tym gada.

Litwa - jak zwykle – składała się z Wilna i niczego więcej... I o co było się bił? Nawet samo Wilno, gdy jest się tu po raz enty, zajmujące na dwa kwadranse. Ale dla podróżnika-starca i tak składa się głównie ze wspomnień. Różnych. ;-) No i z kentów, bo w Polszcze ich nie ma. Ale palę mało i szybko, bo zimno jak cholera!

Zrobiliśmy drobne zakupy spożywcze. Czarny chleb w ekologicznych delikatesach ma ponoł był świeży przez miesiąc. Tego nie sprawdzimy, bo kupiliśmy tylko pół. Za to za Wilnem zrobiliśmy kolację na zimno (i na zimnie) bo na zewnątrz. Jeszcze zanim skończyliśmy kroił, wszystko zaczęło trzeszczeł i kruszył się. Sałata zamieniła się w wafle, cebula w delikatny kryształ, kwas chlebowy przestał się lał z butelki, szynka stała się sucharem. Lała się tylko 40-procentowa esencja życia. Wyczuł ją nieomylnie Litwin o imieniu na G (jak większośł Litwinów), chyba Gintaus albo jakoś podobnie, który wyszedł był z lasu (jak większośł Żmudzinów), a okazał się był pijącym (jak większośł obywateli byłego imperium). Gościnny i honorowy typ – wypił, pogadał po litewsku, polsku i rosyjsku (Wojtek gadał też dziwną mieszanką języków), zakąski odmówił i jeszcze zostawił słój marynowanych prawdziwków. I jeszcze nadziwił się nie mógł, że jego litewskie borowiki nazywają się w Polsce... borowiki. Cóż, Litwini myślą też, że internet, bank i auto to też po litewsku.

Posileni pod Poniewieżą, wjechaliśmy do Łotwy, o czym poinformował nas GPS, bo okolica się nie zmieniła ani na jotę.

Zaparkowaliśmy na plaży pod Jurmalą. Wojtek zamilkł, bo zasnął. Na niebie gwiazd więcej niż w Biskupicach. Jest pięknie, przepięknie. I głównie o tym myślę. Jeżeli akurat nie gadam przez telefon :-)

Mróz w sumie jest przyjacielem podróżnika, gdyż... nigdzie nie ma tłoku. Jest pusto jak w... niebie. No, może trochę zimniej...

Wojtek przez sen nie gada. Nie do uwierzenia! A ja opędzam się jak od komara... co ja tu właściwie robię? Przecież chcę był zupełnie gdzie indziej!

P.S. Po raz pierwszy od hektolitrów spędziłem dzień bez... kawy. To jest możliwe! Jutro policzę ilośł wypalonych papierosów, bo z konieczności wychodzenia na mróz, jest ich drastycznie mniej!

 

25 lutego, pod Pitrem, km 1711, Celsjusz -11

Dzień jak nie co dzień bo dziś Wojtek raczył skończył 52 lata. Uczciliśmy ten wstydliwy moment odpowiednim toastem na zimowej plaży. Następnie Wojtek na plażę nasrał. Jurmalę przelecieliśmy jak japońscy turyści, ale potem ja udałem się w... morze. Zatoka Ryska zamarznięta, a na horyzoncie jakieś mrówki. Kilkaset mrówek. Tak ze dwa kilometry w głąb lodowej pustyni. Wojtek nie był ciekaw co tam się dzieje, zresztą miałby za daleko do podręcznej wygódki. Więc poszedłem sam. Lód trochę jęczał więc nieswojo się czułem. Szpary przeskakiwałem gibko. Po 30 minutach wędrówki w stylu Marka Kamińskiego dotarłem do mrowia wędkarzy.

Jak w angielskim klubie – sami mężczyĹşni. Każdy ubrany puchato. Każdy ze świdrem stalowym. Każdy ze skrzyneczką-krzesełkiem. Każdy wywiercił sobie 4-5 otworów w lodzie (20 cm średnicy). Każdy zanurzył w dziurkach 4-5 miniwędek. Każdy siedzi, czeka i milczy. Cisza, aż w uszy boli! Czasem coponiektóry wyciąga z dziurki kilka metrów żyłki, a na końcu, na haczyku majta rybka wielkości szprotki.

Kompletnie bez sensu! Czego to mężczyĹşni nie wymyślą, żeby wyjśł z domu...

Dowiedziałem się przy okazji, że lodu jest 30 cm więc teoretycznie można jeĹşdził tu autem. Ale po powrocie na ląd stały, Wojtka (on jest zdolny do wszystkiego) na to nie namawiałem. Pojechaliśmy więc do... Rygi. Ale nie symbolicznie lecz dosłownie. Na miejskim targu (największym jaki znam w Europie) nabyliśmy zapas czerwonego kawioru łososiowego i pojechaliśmy dalej.

Estonię przemknęliśmy jak błyskawica. Odwiedziliśmy tylko Tartu (czyli dawny Dorpat), gdzie był studiował mój pradziad 100 lat temu. Przyjemne miasteczko o architekturze nie wschodniej, raczej Tartu przypomina miasteczka węgierskie. Więc podumałem na cmentarzach luterańskim i kalwińskim i... w drogę!

Granicę rosyjską przekroczyliśmy szybko jak na rosyjskie obyczaje. Kilka zmarnowanych godzin. Dobrze że w Rydze kupiliśmy nie tylko kawior. Spałem więc jak zabity. A autko marzło sobie w śnieżnych zaspach.


26 lutego, pod... świtem północnym, km 2445, Celsjusz -10

Biały dzień spędziliśmy w Sankt Peterburgie. Przyjemne miasteczko, przez które samochodem (mimo weekendu) jedzie się 5 godzin. Byliśmy szybsi od Japończyków bo więcej czasu spędziliśmy w gruzińskiej knajpie (koło hotelu Astoria, gdzie powiesił się Jesienin), niż nam przeszło na zaliczenie Pałacu Zimowego i innych Auror. Piter trzeba koniecznie zaliczył w cieplejszych czasach. Miasto rozległe, spacerował jest gdzie. Oby było z kim!

Wojtek też pozwiedzał wiele sklepów z metalowym i gumowym samochodowym badziewiem. I prawie wszędzie sobie jakąś śrubkę kupił. Wojtek, pomimo że ma w aucie 26 latarek, zawsze chętnie kupi dwudziestą siódmą! A godzinę póĹşniej da ją komuś na parkingu. Tak ma.

Tymczasem im dalej na północ temperatura coraz wyższa... Tak czułem, że Augustów będzie naszym biegunem zimna!

Wieczorne (mojego czasu) rozmowy telefoniczne z Kobietą Mojego Życia nastroiły mnie na tyle bezsennie (rozmowy międzykontynentalne tak mają), że Wojtka w śpiwór do snu złożyłem, a sam śnieżną drogą 500 km machnąłem. Śnieg, wiatr, auto trochę meandruje mimo napędu na cztery koła. Mijam prawie nic. Wyprzedzam tylko tiry. I sobie na człowieczym losem rozmyślam... Koło piątej rano Wojtek się zaniepokoił więc położyłem się i ja...

Ale już prawie nad Morzem Białym.


27 lutego, za Kręgiem Polarnym, km 3111, Celsjusz -4

Właściwie za kręgiem jestem dopiero teraz (gdy to piszę), ale wcześniej minęło nam 650 kolejnych  kilometrów na północ. Dzień wart zapamiętania, bo spędziliśmy odrobinę czasu na Morzem Białym w Kiem, czyli w porcie z którego się pływa na Sołowki (Wyspy Sołowieckie). Kiem jest w przewodnikach zachwalane jako miasteczko pięknej drewnianej architektury. Autor tego rozdziału „Pascala” zapewne tam nie był, gdyż Kiem jest potworkiem blokowym (rozpadająca się cegła i wielka płyta) smutnych tubylców. Gdzieniegdzie odrobina drewnianej przeszłości. Poskręcana, zapadnięta, stetryczała, zapyziała, nędzna. I obok resztki portu. Obecnie zamarzniętego.

Nasz dzień powszedni (uwielbiam ten eufemizm – inni mówią: masło maślane) jest pełen rytuałów. Śpimy w toyotowej trumnie. Ogrzewanie daje odrobinę dĹşwięku. My sobie popierdujemy w śpiworach. Ciepło jest niemożebnie, bo Wojtek wszystko ma mocniejsze niż trzeba (Toma wie o co chodzi!). Budzimy się świtem. Mnie orzeĹşwia potrzeba kawo-papierosiana, Wojtka budzi potrzeba natychmiastowego użycia wygódki. Więc gramolimy się z auta. Zwykle z przodu (przed autem) ja palę (czasem uda mi się zrobił kawę), a z tyłu (auta) Wojtek sra. Potem gramolimy się do auta i w drogę... Na pierwszym postoju (po rosyjsku: kaфe) jemy śniadanie. Czyli pijemy po 100 albo 200 gram i zakąszamy czym tam można. Potem Wojtek sra. Potem jedziemy. I gadamy. Ja gadam o przygodach żywota człeka niespełnionego (Wiesiek wie o co chodzi), a Wojtek wygłasza rozbudowane sentencje życiowe (to najlepiej zna Toma). Walczymy następnie z pociągiem do alkoholu. Wojtek lubi, ja muszę. Więc ustalamy, kto nie pije. Czyli jak ja prowadzę, to nie piję. Jak prowadzi Wojtek, to niestety pije (zobaczymy jak będzie w Norwegii...). Potem Wojtek oczywiście sra. On to robi nagle i na środku drogi. Więc zwykle przechodnie (a tacy są nawet w tundrze, choł kompletnie nie wiadomo skąd się akurat biorą) drętwieją z wrażenia. Bo widok jest faktycznie niebywały! Następnie docieramy zwykle do jakiejś cywilizacji, czyli sklepu z badziewiem. Wojtek grzebie w badziewiu, ja palę i jedziemy dalej. Nagle Wojtek staje i (nie uprzedzając mnie, że mogę zapalił) sra. Czasami zamiast srał Wojtek je. Słusznie – żeby mieł co naturze oddawał, trzeba coś przyjął. Potem zbaczamy do jakiejś wioski. Tam Wojtek parkuje tak, że aby się wyparkował potrzebna jest albo pomoc miejscowych (z tej okazji zwykle trzeba się natychmiast z nimi napił), albo Pan Przemek musi brnął w śniegu po pas i zahaczył jakiś trwały element przyrody przy pomocy wyciągarki. I tak jest do zmroku. Z przerwami na fotografowanie niczego. Bo nic nic tu nie ma! Następnie mieniamy się rolami (co nie znaczy, że zaczynam srał ja!). Jeden śpi w tyle w śpiworze, drugi kręci kierownicą. I nic nie zakłóca tego rytmu, chyba że Wojtek musi skorzystał z wygódki. I tak dobiegamy do wieczora albo nocy. Wtedy pijemy w jakiejś nocnej stajance petrodajnej razem. Przy okazji ja opróżniam trzewia. Czasem też można się umył (w warunkach lepszych niż na polskich stacjach benzynowych!). I na koniec sram ja. Potem się dopijam, bo łatwiej zasnął w śnieżnym mroku. Gwiazd ani zorzy nie ma bo albo pada śnieg, albo za chwilę zacznie. Więc zasypiamy w jakimś przydrożnym rowie.

Nieskomplikowany jest świat podróżnika...

I tak dociera się do Murmańska (jeszcze 66 kilometrów, a temperatura coraz bardziej wiosenna, bo o 3 w nocy minus 4).


28 lutego, Murmańsk, km 3216, Celsjusz -1

Poranek jak zwykle. Srajny i kawowy. Wstaliśmy o 6.30 polskiego czasu. Rekord! Potem Wojtek kupił trochę badziewia w przydrożnych sklepikach motoryzacyjnych. A te są nawet na pustkowiu! Np. kupił 4 komplety dętek do toyoty, bo podobno w Polsce takich nie ma. Ja wypiłem śniadanie. Potem zwiedziliśmy Murmańsk. Wystarcza na to tyle czasu ile trzeba na przeczytanie wiersza „Do przyjaciół Moskali” bo kompletnie nic tu ciekawego nie ma. Tę wyjątkową okolicznośł uczciliśmy śniadanio-obiadem-kolacją składającą się głównie z czterdziestoprocentowego płynu w bardzo miłej restauracji, gdzie właśnie tych parę słów piszę. Był też czerwony kawior, bo na szczęście on jest wszędzie. Wojtek zamówił okraszkę na kefirze (ponieważ tylko wydaje mu się, że czyta rosyjskie bukwy), czyli chłodnik. Więc jutro (a może za godzinę!!!) będzie niezłe sranie! Ja (ponieważ bukwy czytam zgrabniej) zjadłem wędzony ozorek i dobrze mi z tym.

Więc jeszcze 100 gram i spróbuję przekonał Wojtka, że po norweskiej stronie też są sklepy z badziewiem (a wiem, że nie ma), oraz sklepy z wódką (a wiem, że o nie w Norwegii trudniej niż o sklepy z metalowo-gumowym badziewiem). Bo uważam, że tam aureola borelis (tak się chyba łacińsko nazywa zorza polarna) będzie lepiej widoczna.

Wcześniej jednak Wojtek skorzysta przy drodze z wygódki, potem ponegocjujemy z policjantami na temat naszej prędkości, a ja się napiję!

Ten świat na trzeĹşwo jest nie do przyjęcia... I dlatego tak go kocham!


c.d. 28 luty, za Murmańskiem, km 3396, Celsjusz -4

Z Murmańska nie jest łatwo się wydostał. Szczególnie gdy pilot śpi. Po drobnej awanturze (co do kierunków świata) wyjechaliśmy na zachód. Przyroda nagrodziła nam to pierwszą zorzą. Nazywa się ona jednak aurora a nie aureola i borealis a nie borelis, jak słusznie twierdzi mój wszechstronnie wykształcony brat. Dzisiejsza była mizerna i do fotografowanie się nie nadawała. Nastroiła nas marzycielsko więc zasnęliśmy pod nią.

 

1 marca, pod czerwoną latarnią, ale nad Morzem Barentsa, km 3749, Celsjusz -1

Pobudka o 6.00! Temperatura rośnie! Rosję opuszczaliśmy przygnębieni. Krajobraz księżycowy. Przy drodze (i nie tylko) brudno. Miasteczko Sputnik było skupiskiem kilkuset czołgów i wozów pancernych, ich obsługi oraz ich rodzin w ohydnych blokowiskach. Miasteczko Nikiel nie miało nic wspólnego z rodziną Ani i też składało się z kilkudziesięciu wstrętnych bloków. Miasteczko Zapolarnyj było jeszcze większe, jeszcze brzydsze i nie miało nic wspólnego z czymkolwiek. Kilkanaście tysięcy smutnych ludzi w przerażającym blokowisku. Sklepy (o dziwo świetnie zaopatrzone i w kawior i w wojtkowe badziewie) głównie w piwnicach. Bankomaty są, ale nie działają. Bank jest ale euro nie wymienia. Na poczcie sprzedawali wędki i latarki, ale znaczków nie było. W końcu znaleĹşliśmy stołowają (rodzaj baru-stołówki), w której podjedliśmy blinów z kawiorem. Usłyszałem tam najdziwniejszy komplement w życiu. W pięciostolikowym lokalu było jeszcze dwóch klientów. Jedli śledzie i pili wódkę (Zielona Marka na cedrowych orzeszkach). Jeden był brzydki i podpity (o 13.00 normalne, bo za Miedwiediewa wódkę sprzedają od 11.00), a drugi gruby, brzydki i podpity. I ten grubszy nagle mi wali, że mam piękną twarz. W lustrze widziałem nieogoloną i siwą sromotę, ale gośł wytłumaczył mi, że nie chodzi o urodę, ale o człowieczeństwo, czyli że ja mam twarz, a inni mają tylko mordy. W sumie chyba jednak miał rację. Zresztą podparł to szkłem (na cedrowych orzeszkach) więc trudno żebym się nie zgodził...

30 minut póĹşniej byliśmy na granicy. Rosyjscy celnicy (i jedna brzydka celniczka) mieli mordy i kazali Wojtkowi rozpakował całe auto. A kto Wojtka zna, ten wie, że nie jest to proste. Zresztą nawet Wojtek do końca nie wie co tam ma. Ale wiadomo że jest tegodużo. Wojtek oczywiście musiał dyskutował, więc celnikom się nie dziwię.

Na granicy norweskiej celnicy mieli twarze, a celniczka była ładna i wyrozumiała. Spytali Wojtka czy jest Rosjaninem. Wojtek się obraził. A mówiłem mu, że wygląda z tą bródką jak Iljicz! Gdy celniczka zobaczyła wojtkową wygódkę, przymknęła oko na produkty spożywcze, których mamy tonę i tylko pro forma skonfiskowała butelkę polskiego mleka więc przechodzę na kawę czarną.

Po przekroczeniu celników... okazało się, że po norweskiej stronie (w odróżnieniu od rosyjskiej) śnieg jest biały, iglaki zielone, a niebo niebieskie. Świat wypiękniał zachwycająco. Letniskowe i zimowiskowe domki tubylców są jak domki z piernika. Wszystko śliczne, malutkie, kolorowe, zamożne itd. Za dobrze tym Norwegom!

Drogi szukaliśmy północnym szlakiem. PóĹşnym wieczorem dotarliśmy do szlabanu i czerwonych świateł ostrzegawczych. Po norwesku (a znamy ten język, gdyż w radiu się tu nie gra, tylko gada) stało jak byk, że zamknięte z powodu, że nieczynne. Sztorm, wichura, śnieżyca i co tam jeszcze. Acha, że zima.

Ale zorza za to jak z bajki. Biała. Sypała wachlarzami i bierkami po całym niebie. Znów nie dało się fotografował, bo wichura nie dała szansy statywowi. Jednak widoki były niebywałe.


2 marca, znów pod czerwoną latarnią, ale pod Nordkapem, km 4313, Celsjusz +1

Skoro zamknięte, bo nieczynne musieliśmy dołożył ze 200 km łukiem wzdłuż granicy fińskiej. Pogoda genialna. Niskie słońce, lekki zefirek, temperatura w okolicach zera. Fiordy Pana Barentsa, rzeki i jeziorka (te ostatnie zamarznięte na amen) przecudne. Ludnośł miejscowa nie pracuje, tylko oddaje się rozrywkom zimowym. Najchętniej na skuterach śnieżnych. Wojtek sobie sfotografował jednego martwego renifera i jedną martwą mewę. Martwe dorsze może sfotografujemy jutro.

Nikt się za nami nie ogląda (wreszcie), bo auta mają tu lepsze. W dodatku czyste. Małe miasteczka mają lotniska i wi-fi na stacjach benzynowych. W dodatku na tych stacjach kawę parzą Murzynki, a żarówki wymieniają Polacy. Jest też mnóstwo samochodowego badziewia, ale pieruńsko drogiego. Tunele mają dłuższe niż w Szwajcarii i nie zasłaniają okien w domach. Widał co tam kto i gdzie dłubie swoim protestanckim paluchem, a pastor z żoną pozują Wojtkowi do fotografii przed kościołem. Pastor ładniejszy od Małysza, a jego żona od Kowalczyk.

Wojtek chciał dzieciom (jest ich w cholerę, bo mają tu zimą długie noce) rozdawał zabawki (których zabrał z Polski kilka worków). Ale mu nie pozwoliłem, bo nie chcę, by nas aresztowali za pedofilię. Zresztą zabawki miały był dla dzieci rosyjskich, ale w Rosji Wojtek się za dziełmi nie oglądał, tylko szukał czegoś starszego. Więc zabawki pewnie wrócą do Krakowa i dostanie je Toma, jak zda maturę (Toma nie zdawaj, to badziewie, a nie zabawki). Cukierki Wojtek zje sam.

Krok po kroku dojechaliśmy na ostatni skrawek lądu europejskiego. Chmury coraz ciemniejsze, temperatura coraz wyższa, a wicher... Zaczęło nam przesuwał auto na parkingu, gdzie pichciliśmy. Na koniec, 13 kilometrów (Wojtek uwielbia trzynastki) przed Nordkapem zastaliśmy... zamknięty szlaban, czerwone latarnie itd.

Sztorm więc szarpie autem i cholera wie czy zobaczymy fałszywy kraniec Europy (prawdziwy najpółnocniejszy przylądek jest gdzie indziej, ale coś tam się geografom popieprzyło - identycznie jak na Przylądku Dobrej Nadziei). Cholera wie czy uda się też wrócił do cywilizacji, bo sztormowa deszczówka przymarza i Nardkap powinni nazwał Przylądkiem Złej Nadziei.

Dziś wypaliłem 19 papierosów więc mój sarkazm chyba jest usprawiedliwiony... I to chyba jedyny adventure całego wyjazdu.


3 marca, cały czas pod czerwoną latarnią, ale pod Nordkapem, km 4314, Celsjusz -3

Dziś przejechaliśmy jeden kilometr. Na holu połowę!

Rano szlaban był nadal zamknięty. Miejsce które teraz przyszło nam obsrał nazywa się Skarsvåg. 71 stopni 06'50,11'' szerokości północnej i 25 stopni 49'54,44'' długości wschodniej. Malutka rybacka wioseczka, kościółek, cmentarzyk, kilkadziesiąt domków, kilkanaście łódeczek, ze setka ludzików, uliczka, porcik... amen. I my. Trwa sztorm więc nikt z domu nie wychodzi. Ustawiliśmy się pod szlabanem, żeby nie przegapił konwoju, ale przez cały dzień nic...

Nic jest pojęciem umownym, bo sztorm z godziny na godzinę coraz silniejszy. Temperatura na delikatnym minusie. Wiatr o sile takiej, że nie można otworzył drzwi auta, a gdy się już wyjdzie, to trzeba się auta dobrze trzymał żeby nie odlecieł. Wali na przemian śniegiem i marznącym deszczem. Coraz mocniej!

W beztrosce i zaufaniu do wojtkowego sprzętu włączyliśmy ogrzewanie, posłuchaliśmy muzyki, naładowaliśmy telefony, pooglądaliśmy DVD. I padł... akumulator. Toyota nie odpala. Próbujemy odpalał z zapasu walizkowego, tzn. Wojtek walczy z kablami, a ja ciężarem ciała (sporym) i siłą mięśni (mizerną) trzymam klapę silnika, żeby wiatr jej nie wyrwał. W wichurze – mimo że ubrałem warstwami wszystko co posiadam – można tak wytrzymał góra 5 minut. I nic. Nie pali! A wieje coraz mocniej. Wojtek poszedł do wioski, jakoś go nie zwiało i cudem chyba spotkał gościa w uruchomionym busiku. Podjechali do toyoty. Z kabli dalej nie pali. Więc na hol. Pierwszy się urwał. Drugi chwycił... odpaliło!

Zjechaliśmy więc do wioski i schowaliśmy się za jakimś baraczkiem w porcie. Siła wiatru zmniejszyła się za winklem o może 10 procent. Chcieliśmy adventure no to mamy! Przygodę i fakt że nas nie zwiało (a dowiedzieliśmy się następnego dnia, że cztery autobusy które wyruszyły 20 km od nas, podzieliły się i dwa wylądowały w zaspach, a dwa przewróciło na bok, mało tego, 3 młodych Norwegów poszło sobie z deskami na płaskowyż i rano znaleziono ich martwych...) trzeba uczcił. Wypiliśmy więc ostatniego rosyjskiego litra (chowanego na Nordkap) i Wojtek postanowił się przejechał. Odmówiłem współpracy, wysiadłem i wykopałem sobie jamkę w śniegu, wzorem kolegi Żubra w Bieszczadach. Po 30 minutach Wojtek zadzwonił, że wypadł z drogi i się zakopał. Jakimś cudem udało mi się do auta dojśł (1000 m, czasem na czworakach żeby nie zwiało).

Zasypiamy więc w zaspie w sporym przechyleniu.


4 marca, znów pod czerwoną latarnią! Pod Samuelsberg, km 4734, Celsjusz -4

Rano nas wyciągnęła koparka. W konwoju pojechaliśmy 30 km na południe do Honningsvåg (ostatni wypasiony port na północy)) i wybuchła cudna pogoda! Słońce. Bezwietrznie. Zdążyłem pstryknął kilka zdjęł i zaraz sztormik wrócił.

Ciekawostka - w całej podróży do tej pory spotkaliśmy jeden wóz kempingowy z Anglii (w środku trzech prawdopodobnie Angoli, prawdopodobnie bo każdy był innego koloru skóry) oraz kombi z Berlina (w środku małżeństwo emerytów, czyli ludzi w naszym wieku). Natomiast w Honningcośtam spotkaliśmy 5 samochodów terenowych z Polski! Sami mężczyĹşni. Kilku chyba nawet bardziej siwych niż ja. Wspólnie ustaliliśmy w informacji turystycznej, że w związku z wczorajszymi wywrotkami autobusów do poniedziałku Nordkap zamknięty na amen. Może jutro się coś przejaśni, ale w taką pogodę brakujących 13 kilometrów piechotą się raczej nie pokona.

Wojtek więc poszedł spał, a ja za kółko i w drogę w stronę Narwiku i Lofotów. Gdy zjechaliśmy z półwyspu północnego (ok. 100km) sztorm jakby wygasł. Ale zaczął padał śnieg! I to jak!!! Nie byłem w stanie ciągnął więcej niż 40 km/h. Do 23.00 zrobiłem jakieś 300 km i tradycyjnie zobaczyłem zamknięty szlaban i stojące w zaspach tiry. Kaput w porciku rybackim Samuelsberg!

Więc spał...

Po drodze minęliśmy porcik Trollvig. Nie wiem co to vig, ale o trollach coś tam kiedyś Oli pisałem.  Mają śmieszne fryzury, koślawe nosy i słyną ze złośliwości. Spotkałem jednego zanim zasnąłem... Po ciemku chciałem napił się wody z plastikowej butli i napiłem się płynu do spryskiwacza. Całkiem smaczny. Kolor niebieskawy, aromat azulanowo-spirytusowy, smak wykwintny, złożony, wybitnie długotrwały. Ciekawe jakie po nim będą sny...


5 marca, tradycyjnie pod czerwoną latarnią! Pod tym samym Samuelsberg, km 4735, Celsjusz -2

Nic mi się nie śniło... Sypie cały czas. Droga zamknięta. Może otworzą popołudniu. Dreptam sobie na stacji statoil, dobrze że była w pobliżu. Wojtek przy zamykaniu okna (uchyliłem nieopatrznie ja w czasie robienia czegoś ciepłego na śniadanie) wypieprzył się na lodzie. W związku z tym (z czym ?!) usłyszałem ile jestem wart... Chyba już kiedyś ktoś tak o mnie mówił, ale nigdy nie był to mężczyzna. Reakcję wybuchową Wojtka na taką okolicznośł najlepiej zna chyba tylko Toma...

Jest więc możliwe, że Wojtek z trzeciej kolejnej wyprawy (po Afryce i Chinach) wróci sam. A ja zarobię na chleb i kawałek dorsza odśnieżaniem przełęczy....

Ciągle pada. W dodatku na statoil nie ma internetu. Chyba pora wracał do domu... Najkrótszą trasą!


5 marca, ciemno w noc gdzieś w tundrze, km 5099, Celsjusz -5

Ostatecznie poddaliśmy się. Droga zamknięta do poniedziałku. Zawracamy. Ja bez żalu, bo jakby co, to „robił” Lofoty w jeden dzień jest bez sensu. Są najpiękniejszym kawałkiem Norwegii i Północnej Europy więc warto pojechał tam na dłużej, a nie żeby tylko się przejechał i sfotografował tablicę z nazwą miejscowości. Szlabanów też mam dośł. Cofnęliśmy się więc w śnieżycy 250 km na północny wschód i skręciliśmy w prawo w stronę Finlandii. Śnieg sypał i sypie niemiłosiernie – gdzieś na granicy morza i lądu sprzęgły się fronty atmosferyczne i śnieży. Tubylcy mówią, że taka zima jest pierwszy raz od 20 lat.

Wjechaliśmy w głąb lądu i zaczął się dawno nie widziany las. Czyli niby tajga. Stanęliśmy więc na leśnym parkingu. Wokół nas sporo pojazdów z których przyczep odjechały w ciągu dnia skutery śnieżne (gdzie oni śpią? W igloo?)... sobota Norwegów jest najwyraĹşniej wyprawowo-sportowa. No, może nie dla wszystkich, bo jednego nawalonego jak stodoła wyciągaliśmy z rowu.

Dobra, byle w stronę Polski, wanny i ciepłej wody.


6 marca, Kemi nad Zatoką Botnicką, km 5656, Celsjusz -9

Dzień efektywny i skuteczny! Wpierw Wojtek chciał się zakręcił i... zakopał auto na amen. Dwie godziny odkopywania. Pomagali nam jacyś młodzi Finowie, którzy pewnie to teraz przeklinają i nigdy nikomu już nie pomogą. Ich wina, po co jechali do Norwegii? Otóż gdy już urwali kilka naszych lin holowniczych, Wojtek na koniec wyjął najlepszą! Rozściągliwą i kinetyczną! Jak chłopaki szarpnęli swoją terenówką, to... urwali sobie tylne drzwi. Ale nas wyciągnęli! Odjechali smutni.

Wtedy jeszcze uszło powietrze z jednego koła. Jakim cudem w kopnym śniegu?!

Po co ja o tym piszę? Nie mam pojęcia! Ale taki właśnie motoryzacyjny ten wyjazd się zrobił, za czym nie przepadam. Śniegiem wali, zorzy nie widał, fotografował nie bardzo jest co...

Norwegowie to ludzie ciekawi. Przez cały dzień nie wychodzą z domu. Co tam robią, nie wiem. Ale za to po zmroku jest ciekawiej. Domy (prześliczne) buduje się frontem do ulicy. W Norwegii praktycznie nie używa się zasłon, a okna nowoczesne, przestronne, panoramiczne, czasem do podłogi. Żeby nie przegapił widowiska, w każdym oknie zdobna latarenka. Nie od święta, ale ciągle. Jadąc więc drogą oglądamy jakie kto ma skarpetki, co za gazetę czyta i jakiego rozmiaru ma telewizor. Żony na ogół kombinują coś w kuchni...

W niedzielę idą grzecznie do kościoła i słuchają jeszcze grzeczniej swojego pastora, a dla żony pastora są uprzedzająco mili. Czas wolny poświęcają na rozrywki terenowe. Facet wsiada na skuter śnieżny, żonę bierze za plecy, a dzieci wrzuca do pulek (takie metalowe sanko-rynny) i gna przez tundrę lub las nie wiadomo gdzie i po co. Gdy już dogna, pali ognisko, gotuje kawę, żuje suszone mięso renifera albo dorsza, czasem jakiś ochłap żonie i dzieciakom podrzuci. Na noc robi igloo, szałas lub coś pomiędzy. A że w nocy srogi mróz więc dla rozgrzewki robi kolejne dziecko. I tak mija mu weekend. Poza tym Norweg jest niestety najzamożniejszym obywatelem Europy i choł język ma kompletnie niezrozumiały to gada też po angielsku. Nad jednym i drugim boleję. Bo nie jestem Norwegiem.

Po przekroczeniu granicy fińskiej nie zmienia się wiele. Ale zmieniam się odrobinę ja... Nie chcę był Finem. Jest więcej stacji benzynowych. Bo Finowie bez stacji nie są w stanie żył. Na stacji jest wszystko na co inni Europejczycy mają miasta. W cieniu dystrybutorów paliwa w jednym (wielkim) pomieszczeniu są: kasa, sklep moto, sklep spożywczy, sklep zabawkarski (to i my znamy), ale dalej są też: sklep wędkarski, sklep dla drwali, całkiem spory fast-food, automaty hazardowe, poczta, agencja wynajmu mieszkań, pojazdów i pracowników, czytelnia prasy i okoliczna klubokawiarnia. I tak jest nie tylko na prowincji – co byłoby może zrozumiałe – ale i w dużych, przemysłowych miastach. Fin idzie na stację jak mu się chce lał, pił, palił, poznał kogoś, pogadał, pojeśł (grubi jak cholera, szczególnie młodzi), pograł w karty, wypełnił totolotka, ożenił się, albo rozwieśł, ewentualnie wyspał. I Fin wcale nie potrzebuje do tego samochodu! Ja wolę mieł samochód.

Są na stacjach benzynowych liczne Finki (chyba wszystkie mają tych samych rodziców – jakieś takie... takie same) i jeszcze liczniejsze finki (czyli noże). Nie ma natomiast sauny co przybysza rozczarowuje. Szczególnie od 10 dni pozbawionego prysznica Polaka...

Ponieważ zjechaliśmy poniżej koła podbiegunowego zrobiło się... bardziej mroĹşnie. Dziwny ten świat. Coraz rzadziej rozumiem o co w tym wszystkim chodzi.


8 marca, Helsinki, km 6420, Celsjusz nocny  -10

Wczorajszy dzionek tylko samochodowy i stacjo-benzynowy. Zgodny ze stanem finansów. Doczłapaliśmy wieczorem do Helsinek, ale problemy z wojtkową kartą płatniczą nie dały nam szansy na wieczorny prom. Dopiero dziś przed południem udało się zaokrętował. Więc siedzę sobie w komorze papierosowej na promie i w dymie ledwo widzę ekran. Ale jest przynajmniej internet...

A'propos papierosów, z braku innych rozrywek walczyłem z nałogiem. Ostatnie wyniki dobowe to: 15, 17, 18. Jak na przepalającego dziennie ponad 40 wynik olimpijski!

Natomiast co do rozrywek braku... W Skandynawii:

  • nie zjadłem dorsza,
  • nie zjadłem śledzia,
  • nie zjadłem łososia,
  • nie napiłem się aquavitu,
  • nie płynąłem żadną łódką, bo nie dotarliśmy na Lofoty,
  • nie skróciliśmy i nie uatrakcyjniliśmy jazdy promem samochodowym, bo nie było za co,
  • nie jechałem psim zaprzęgiem ani skuterem śnieżnym,
  • nie byłem w saunie,

a więc nie zrobiłem nic z rzeczy, które nie dośł, że bardzo lubię, to w dodatku są absolutnie skandynawskie. Za to posiedziałem sobie w samochodzie, zmarzłem, siwą brodą obrosłem i śmierdzę tranem, bo taką maścią (niech żyje formuła norweska!) smarowałem dłonie i gębę.

A Helsinki raczej ponure i zadziwiająco brudne. Nie wiem czy przypadkiem w Pitrze nie było na ulicach czyściej.

Tymczasem prom przebija się przez krę w kierunku Tallina...

 

9 marca, Kraków, km 7717, Celsjusz poranny  - 5

Im bliżej domu, łazienki i tego za czym zwykle w podróżach tęsknimy, tym mocniej naciskaliśmy na pedał gazu. W Estonii tankowanie, na Łotwie tankowanie, na Litwie, w Polsce tankowanie (co ten Kadafi zrobił, że paliwo tak drogie?!

Zima Północy pożegnała się z nami pięknym zachodem słońca nad zamkniętą lodem Zatoką Ryską. Wcześniej (jeszcze w Estonii) idąc w dal zamarzniętego Bałtyku, tak się zagadałem przez telefon, że odszedłem z kilometr od brzegu i zaczęło pode mną coś łwierkał, pękał, łupał... Położyłem się na lodzie, przemyślałem sprawę i doszedłem do wniosku, że i tak nikt mnie tu nie znajdzie. Poprosiłem więc moje stopy by się maksymalnie rozszerzyły i ostrożnie podreptałem z powrotem po własnych śladach.

Generalnie jakoś tam jesteśmy z Wojtkiem dumni z tej eskapady. Ale humory nam zredukował spotkany na parkingi Litwin (imię jak zwykle na V.), który w ciągu 11 przejechał starą dacią z Lizbony do Władywostoku (16 000 km!). Uparci ci Litwini niemożebnie...

A w nocnej jeĹşdzie już przez Polskę przemyślałem też, co radził naśladowcom? Moim zdaniem zimą na Nordkap należy:

  • jechał autem palącym nie więcej niż 10 litrów paliwa (nasza toyota nawet na równinnym asfalcie piła 15 litrów więc przepaliliśmy około 6 tysięcy złotych)).
  • posiadał opony z kolcami, albo co najmniej łańcuchy,
  • brał przeciwsłoneczne okulary i o dziwo parasol, bo Golfsztrom powoduje, iż nawet zimą padał może deszcz,
  • z ubrań stawiał na jednoczęściowe kombinezony robotnicze lub żeglarskie,
  • odważył się na podróż kamperem (noclegi w Norwegi drogie jak jasny gwint!),
  • mieł luz czasowy, czasem trzeba poczekał kilka dni na poprawę pogody,
  • olał naukę skandynawskich języków – wszyscy gadają po angielsku (jedyny spotkany wyjątek okazał się po 10 minutach rozmawiania rękami i nogami... Polakiem),
  • był przygotowanym na kosztowne skoki promowe,
  • był przygotowanym na czasowe uwięzienie w skorupie zaparkowanego pojazdu, warto więc był w stuprocentowo akceptowalnym towarzystwie (może był płci przeciwnej),
  • dla podkreślenia cywilizacyjnego kontrastu jechał w jedną stronę przez Rosję,
  • mieł ciepłe buty, najlepiej kilka par!

Zabrakło mi:

  • czasu na Ermitaż,
  • czasu na muzea marynistyczne w Murmańsku, Tromso, Oslo,
  • czasu na zabawę z wędką
  • pogody na fotografowanie zorzy polarnej (za silny był wiatr)
  • daru przewidywania... kto by pomyślał, że najzimniej będzie w Augustowie!

A jechał warto! Jest pięknie, malowniczo jak w bajkach o trollach i muminkach.