NORTH AMERICA 2011/2012

20.06.2011, km 0, Kraków

Start VARIANT ADVENTURE NORTH AMERICA 2011  odgwizdaliśmy skromnie i indywidualnie. Prezes z Oberżyświatem spakowali się pod okiem swoich wyrozumiałych kobiet w rodowej siedzibie Cholewów. Skuteczny pakował się w Krakowie sam, ale oczywiście skutecznie. Krzysztof (na pseudonim musi sobie jeszcze zasłużył) został spakowany przez żonę w Tychach. A Seku pod Warszawą pakował się nie musiał, bo żonę zabiera ze sobą.

Bagaży przyszło wepchnął więcej niż zazwyczaj, gdyż przed nami pierwsza próba wyprawy dwuetapowej. Mamy więc ciuchy i wyposażenie tropikalne oraz polarne. Pinkli za dużo, ale namiot dachowy uwolnił trochę miejsca na pace.

Skrobiący tę relację wyruszył pod wieczór. Do Gdyni dotrze spóĹşniony. Zarobi jeden mandat, ale za to solidny. W drodze podrze się też plandeka chroniąca dachowy namiot. Dobrze że nad Wisłą, a nie na Alasce...

 

21.06.2011, km 666, Gdynia

Pakowanie aut do kontenerów morskich to przygoda sama w sobie. Rzecz nawet nie w tym, że samochody duże a kontenery małe. Problem w tym, że w terminalu kontenerowym pracownicy (mili, choł niespieszni) doświadczenie mają spore, ale aut prywatnych widał nie odprawiają za ocean zbyt często. Spędziliśmy cały dzień na wyjaśnianiu różnych wątpliwości. A właściwie ich omijaniu. Wątpliwości zostawiamy w Polsce. Po zapieczętowaniu kontenerów odetchnęliśmy z ulgą. Zmartwienie o los stalowych wielkoludów zostawiamy dokerom. Jak ich nie pomylą... nie mamy pojęcia, bo w erze elektroniki wszystko odbywa się "na piechotę". Papierki, papierki, papierki.

Samochody odpływają więc w siną dal – mamy nadzieję odnaleĹşł je w Nowym Jorku.

Powrót kolejowy na południe Polski też będzie pouczającym doświadczeniem. Do Krakowa... 14 godzin. Nasze auta chyba w tym czasie dopłynęły do Hamburga.

 

18.07.2011, km 666 (plus Atlantyk, dalej kilometry przejechane na kołach będzie liczył tajemniczy przyrząd z wyglądu przypominający telefon, a efekty jego pracy pokażą się na mapie internetowej, pożyjemy – zobaczymy…), Nowy Jork

Ala z Sergiuszem i Krzysztof jako pierwsi sprawdzili wyrozumiałośł amerykańskich urzędasów imigracyjnych. Siwy włos na głowie Seku i obłęd w oczach Krzyśka (gdy pytali o coś tam po amerykańsku) uchronił ich przed deportacją.

Hotel (w okolicach Greenpoint na Brooklynie), który zarezerwowali, okazał się norą dośł ponurą. Między łóżkiem a ścianą było 9,5 centymetra przestrzeni. But się nie mieści! Jednak przy otwartych drzwiach łazienki siedzi się całkiem wygodnie. Za 120 dolców! Ale w końcu w Chinach sypialiśmy w wiele gorszych miejscach. Z kolei narzekania Amerykanów, na to że w Polsce są płatne toalety, okazały się był szczytem hipokryzji, gdyż w nowojorskich restauracjach i barach toalety są „tylko dla klientów”. Cała trójka (zresztą debiutująca na nowojorskim bruku) szczęśliwie i tak była zafascynowana nigdy nie zasypiającym miastem. I upałem, którego się nie spodziewali.

Pierwszy na miejscu kontakt z brokerem, który ma nam ułatwił odprawę celną, optymizmem nas nie natchnął. Coś tam gośł "rzeĹşbi", że we czwartek może się uda...

Zostawili wszystkie strachy w hotelowej norce, poszli na Manhattan i utopili niepokoje w koktajlu Manhattan. Słodki był cholera niemożebnie i z wisienką. Pod wieczór temperatura ponad osiemdziesiąt stopni czegoś na „F”, co nawet nie wiadomo jak się pisze, a co dopiero przeliczał na Celsjusze. W każdym razie było tych amerykańskich stopni za dużo. Ludzi na Times Square też.

 

19.07.2011, Nowy Jork

Orzeł wylądował ponownie. Męska ekipa bez bagażu. Tylko Oberżyświat miał 30 kilową torbę pełną literatury pomocniczej na całą wyprawę, np. 80 numerów National Geographic, w których o Ameryce Płn. coś znalazł. Prezes ze Skutecznym pojechali szukał pozostałych członków ekipy. Oberżyświata odebrała z lotniska koleżanka, bo on wszędzie ma jakieś koleżanki.

Broker nadal twierdzi, że auta będą prawdopodobnie do odbioru we czwartek. Niech no tylko nawali...

Temperatura nadal okrutna, a wieczorem na Broadway'u tłok turystów obrzydliwy, jak w sylwestra.

 

20.07.2011, Nowy Jork

Zwiedzamy na potęgę. Broker nas olewa więc spełniamy się jako turyści miejscy. W dodatku pieszo! Żartujemy z siebie nawzajem, ale oczywiście Nowy Jork jest wart co najmniej dwóch tygodni intensywnego łażenia. No może nie w lipcu...

W podgrupach kręciliśmy się po Manhattanie i okolicach. Ala z mężczyzną uważanym od zawsze za jej męża zrobili kilkanaście kilometrów w Central Parku. Ala była zdegustowana zdegustowanymi spojrzeniami Nowojorczyków na jej papierosa. Z małym opóĹşnieniem dowiedziała się, że w tutejszych parkach palił nie wolno wcale... O dziwo nie zmniejszyło to wcale frekwencji. Prezes gdy zobaczył jaka jest kolejka do statku płynącego pod Statuę Wolności wytłumaczył kolegom, że promem na Staten Island też się płynie bombowo. Uwierzyli i na wieżowce sobie z pokładu popatrzyli. Skuteczny ponarzekał na zbyt cienki i wąski amerykański papier toaletowy. Obieżyświat tymczasem spotkał się z żoną – miał ich kilka, to i co rusz jakąś spotyka. Przy okazji przedstawił ekipie swą córkę Olę. Żony świnia nie przedstawił.

Wieczór więc uczciliśmy razem z Olą argentyńskimi stekami w brazylijskiej restauracji na 46 St. Do łóżek wróciliśmy po północy, czyli po szóstej rano polskiego czasu. Przyśnią nam się nasze samochody.

 

21.07.2011, w drodze na Zachód Dziki, 100 km za NY

Są auta! Całe i zdrowe! Ich wydostanie (fizyczne) okazało się proste. Schody zaczęły się póĹşniej. Wniesienie opłat w banku okazało się problematyczne – jak nie wiadomo o co w Ameryce chodzi, to chodzi o pieniądze czyli podatki – skończyło się na rozliczeniach depozytowych. Potem kierowcy udali się – brnąc mozolnie w korkach - na swojski Greenpoint szukał ubezpieczyciela. Ponieważ już z w trakcie korespondencji mailowej odmówiło dwudziestu, wylądowali w małym pokoiku piwnicznym pełnym skrzynek depozytowych oraz panów ortodoksyjnie pejsatych. Negocjacje trwały godzin 5. Zaproponowano 1800 dolców za auto... Następnie big boss stwierdził, że zaczyna się weekend i kontynuował rozmowę możemy w poniedziałek...

A dajcie matka pokój!!! Chłopcy poszli do polskiej knajpy na greenpoinckiego schabowego z kapustą. Smakował nadzwyczajnie zwyczajnie.

Nieubezpieczeni pojechaliśmy na Times Square. Bieganie z aparatami fotograficznymi dookoła stojących na środku ulicy aut nie zdziwiło nikogo. Nawet policji.

Według termometru samochodowego o ósmej wieczorem było 37 stopni Pana Celsjusza.

W międzyczasie Oberżyświat pożegnał się z córą. Musiał jej 10 lat nosił na barana, bo w parku wodnym poparzyła stopy na rozgrzanym betonie. Okazało się, że Oberżyświat jest też zgrabnym chirurgiem, wkłuwa się i tnie skórę bez wahania, a alkohol używa też do pielęgnacji zewnętrznej (pęcherzy na stopach).

Cóż było robił... Nowemu Jorkowi dziękujemy pięknie! Spadamy! Ciemną już nocą, po kolejnych godzinach w korkach wyjechaliśmy na północny zachód. W stronę Kanady. Może tam nas ubezpieczą? Oberżyświat na bank ma tam jakąś koleżankę.

Śpimy w przydrożnym motelu sto kilkadziesiąt kilometrów za Nowym Jorkiem. Wygodniejszy, czystszy, tańszy niż wszystkie hotele NY razem wzięte. Ale palił nie wolno...

 

22.07.2011 gdzieś w Ameryce…

Łatwo motel się nas nie pozbył. Wymeldowaliśmy się co prawda w południe, ale następnie do 18.00 okupowaliśmy motelowy komputer z internetowym łączem. Wypiliśmy wiadro amerykańskiej kawy – cieniutka, oj cieniutka... Batalia komputerowa dotyczyła oczywiście ubezpieczeń samochodowych. Kolejna koleżanka Oberżyświata poradziła, by nie szukał brokerów, tylko samemu popracował w internecie, wypełnił aplikacje, a potem porozmawiał z call-center. Okazało się, że jednak można samochody ubezpieczył, pod warunkiem, iż w ciągu 30 dni wyrobi się amerykańskie prawo jazdy. No i kosztuje za pół roku nie 1800 USD lecz około 400. W dodatku, jeżeli owych praw jazdy nie dostarczymy do firmy ubezpieczeniowej w terminie, polisa wygasa, a pieniądz w proporcjonalnej kwocie wraca do już nieubezpieczonego. Odetchnęliśmy z ulgą mimo upału. Z drugiej jednak strony opór materii ubezpieczeniowej zniechęcił nas do biurokracji amerykańskiej i Stanów Zadowolonych Ameryki na tyle, że zrezygnowaliśmy z planów podróży przez Boston i pojechaliśmy w stronę Wielkich Jezior.

Ujechaliśmy niewiele. Nocleg ponownie w przydrożnym hotelu. Za dużym, za drogim, za bardzo pretensjonalnym by w nim się dobrze czuł. Nawet kolacja (piątkowy wieczór – Amerykanie się obżerają!) nam humorów nie poprawiła. W sumie dzień z tych... straconych.

 

23.07.2011 Niagara Falls w USA

Za cel obraliśmy Niagarę. Droga przez prowincję stanów Nowy Jork i Pennsylwania wyleczyła nas szybko z amerykańskich kompleksów (jeżeli jeszcze je mieliśmy...).  Im mniejsza dziura tym więcej grubasów, starców i... po prostu biedy! Domy obłażące starą farbą, zardzewiałe samochody, walące się stodoły (wielkie!), kukurydza i... kukurydza. Im większa dziura tym większe centra handlowe.

Jazda spokojna, wakacyjna. Umiarkowanie zwracamy na siebie uwagę, a jeżeli w ogóle to przede wszystkim spotykanych Polaków. Hasło: Nowy Jork – Alaska wywołuje wręcz ich entuzjazm.

W Niagara Falls wody sporo, ale Hindusów więcej niż w Indiach! Biali w odwrocie! I to chyba od dawna, bo z trudem znajdujemy jakiegoś hot-doga. Był w smaku podobny do niczego. Nie zdarzyło nam się jeszcze czegoś takiego jeśł, ale kilka razy w coś takiego wdepnęliśmy. Wokół centrum turystycznego dominuje kuchnia hinduska – klient nasz pan! Więc tym bardziej spadamy na kanadyjską stronę.

I zaczęło się! Do Kanady wjeżdżaliśmy w sumie 6 godzin, dwoma mostami, cztery razy. Wszystko przez to, że samochody mamy odprawione celnie na tzw. karnety ATA. Celnicy amerykańscy chyba ich nie lubią, a na pewno nie lubią Polaków. Przekroczyliśmy w życiu kilka granic, ale tę zapamiętamy na zawsze. JeĹşdziliśmy pół nocy od Ajnasza do Kajfasza. Seku o mało nie został aresztowany, a jest przecież najspokojniejszy z nas. Mundurowe służby aroganckie i butne. A turysta z Polski chyba bardziej ich kłuje w oczy niż aktualny kurs dolara. Radzimy wszystkim co następuje:

  1. uśmiechał się nie warto,
  2. nie należy wykonywał żadnych szybkich ruchów,
  3. tym bardziej pod żadnym pozorem nie należy wysiadał z samochodu,
  4. na wszystkie pytania zaczynające się od: „Do...”, należy odpowiadał: „not”,
  5. na wszystkie pytania zaczynające się od: „Why...”, należy odpowiadał pytaniem: „why not?”,
  6. Nie należy się dziwił, gdy pytają, czy jesteś terrorystą, prostytutką itp.

Nastrój ostudził nam dopiero deszcz.

W Kanadzie powitała nas oczywiście blondynka. Oczywiście mówiąca po polsku. Był może była to koleżanka Oberżyświata. Miała śliczny mundur, kajdanki – podobałaby się Piotrowi Poka-Poka. Żal ją było w budce strażnicy pogranicznej zostawiał.

Na domiar złego w Kanadzie w weekend w okolicach Niagary wszystkie hotele zajęte do ostatniego miejsca. Zasypiamy ostatecznie w strugach deszczu w samochodach na wielkim parkingu wielkich tirów.

 

24.07.2011 Niagara Falls w Kanadzie

Rano okazuje się, że po pierwsze, tiry które tu stoją w większości już nie jeżdżą. Jest to raczej tirów cmentarzysko. Po drugie, na samym środku jest mały bar, w którym można zjeśł śniadanie tirowca (około 5000 kalorii) w postaci 3 sadzonych jaj, 6 parówek, podsmażanych ziemniaków i góry grzanek oraz hektolitrów kawy. Po trzecie, w tym samym parterowym budynku jest 10-pokojowy motel, którego w nocy nie zauważyliśmy... Szkoda... Po czwarte wreszcie, spaliśmy kilometr od prawdopodobnie najładniejszego w Kanadzie miasteczka, które zachowało kolonialny charakter architektury i jest dziś jednym z najpopularniejszych centrów weekendowych. Atmosfera w nim nobliwa, kawiarniana, plastiku o dziwo niewiele. A my... na cmentarzysku tirów...

No to pora zajrzeł tam gdzie sadzą wszyscy. Pojechaliśmy do Niagara Falls po raz enty. Rzeczywiście z kanadyjskiej strony wyglądają bardziej epicko. Turystów tłum! Po drugiej stronie Niagary dziś pustawo. W stronę granicznego mostu staramy się nie patrzeł, by nie przywoływał złych wspomnień. Krótka sesja fotograficzna. Lekko zmokliśmy w niagarskiej mgiełce i odjechaliśmy w stronę wiejską, idylliczną. Kanady farmerskich sklepików, owoców, syropu klonowego, ekologicznych smakołyków i domowych ciast.

Przed wieczorem Oberżyświat sprawdził miejscowe winnice. Okolice Niagary to najlepsze winnice tej części kontynentu. Wina czerwone robią tu nowatorskie, o bardzo odważnych aromatach. Białe bardziej klasyczne – kilkanaście lat temu jedno z tutejszych chardonnay zostało uznane przez międzynarodowych ekspertów za wino roku i świat nadziwił się nie mógł, że w tak siarczystym zimą klimacie można robił tak wymagające wina. Wymagające są też niestety ceny. Lepsze wina startują do klienta za ponad 30 dolców, co wydaje się był okrucieństwem.

No i nareszcie znaleĹşliśmy kemping! W przepięknej lesistej dolinie. Nad nami cedry i klony. Po trawie spacerują drozdy. Na kolacje mamy pierwsze w tej podróży własnoręcznie upieczone steki. Przywiezione z USA butelki o pojemności 1,75 litra (tzw. „ucho”) płynów różnych, acz wysokoprocentowych wprawiają nas w nastrój błogi.

 

25.07.2011, Niagara on The Lake

Dzień zasłużonego odpoczynku. To nic, że poniedziałek. Zaczynamy od nadrabiania zaległości w spaniu. Następnie prowadzimy śledztwo w sprawie tego, który z nas nadużył płynów i rozwłóczył śmieci oraz resztki kolacji w promieniu kilkunastu metrów. Potem basen i masaże bąbelkami w wodzie gorącej. Gdy odpoczęło ciało, wzięliśmy się za przegląd samochodów. Zwykle z początkiem każdej wyprawy okazuje się, że to co idealnie dopracowane w domu... nie sprawdza się w podróży. I tak namiot Prezesa i Oberżyświata nadawał się do wożenia na dachu, ale do spania już nie. Całą konstrukcję trzeba było rozebrał i przebudował. Dwóch inżynierów i jeden humanista docinali drewno, toczyli metalową konstrukcję, szlifowali, oklejali i malowali. Powstał najpiękniejszy dachowy namiot świata. Złożony prezentuje się cudnie, jak go kiedyś rozłożymy... sfotografujemy i pokażemy. Nissan wygląda jak samolot dwupłatowy. Na wszelki jednak wypadek śpimy nadal na ziemi.

Grillujemy – jak wszyscy tutaj. Popijamy coś tam – jak wszyscy tutaj. Wystawiamy stare kości na słońce – jak wszyscy tutaj. Pozdrawiamy radośnie innych kempingowiczów – jak wszyscy tutaj. Warto dodał, że kemping jest nieco „geriatryczny” - jesteśmy tu najmłodsi. Właściciele kempingu mają we dwoje jakieś 300 lat i poruszają się elektrycznym wózkiem golfowym. Przyczepy kempingowe wielgaśne. Trochę motocyklistów, właściwie harley'owców. Też od nas starszych. Nie ma zasięgu telefonii komórkowej, ani internetu. Jest święty spokój.

Już po północy następuje zmasowany atak komarów. Lojalnie iniekcję zapowiadają bzykaniem. Wyjaśnia się też, kto zrobił wczoraj „sajgon” w śmieciach. Szopy! Tym razem wlazły (było ich siedem) do Toyoty  Skutecznego i zajęły się cukierkami, sucharami i bigosem liofilizowanym. Wyjśł nie zamierzały. W końcu Wojtek przepłoszył intruzów puszczając przez megafon hymn radziecki. Szopy spieprzały aż miło.

Jutro ruszamy na północ. Ile tam będzie komarów? I jaka zwierzyna na nas będzie czyhał?

 

26.07.2011 gdzieś nad Jeziorem Huron, Ontario

Poranek – jak zawsze – ciągnie się jak guma. Upalnie. Wstajemy powoli, śniadaniamy powoli, pakujemy się jeszcze wolniej. Startujemy w drogę ledwie koło 11.00. Z okolic Niagary bierzemy kurs na północ. Wydostanie się z okolic Hamilton i Toronto trwa i trwa. Drogi wielopasmowe, ale zatłoczone. W dodatku w Ontario obowiązuje limit 90 km/h. Uprzedzono nas (oczywiście koleżanka Oberżyświata), że policja jest bezlitosna. Zresztą przy drogach jak byk postawiono taryfikator (110 km/h – 100 dolarów, 120/ 200, 13/300, wyżej nie podają, nie ma takiej potrzeby). Policja jednak na ogół nie reaguje do 105 km/h. Więc tak cyrklujemy, aby jechał 104. I o dziwo okazuje się, że poruszamy się płynnie razem z tubylcami!

Co kilkadziesiąt kilometrów podatnik kanadyjski utrzymuje Centra Informacji Turystycznej. Nawet kawą częstują. Map, folderów setki. Wolontariusze pomagają telefonował, rezerwował, sprawdzał prognozy pogody i co by ci przyszło do głowy. Sympatyczne i praktyczne. A dla obcokrajowca wręcz zbawienne.

Organizacja zaplecza logistyki zaopatrzeniowej też w Kanadzie nie stanowi problemu. Szosy przelotowe i obwodnice to zarazem ciąg kompleksów sklepów, mega-marketów, fast-foodów. Ceny benzyny tylko robią nam wodę z mózgu – okazuje się, że są płynne zależnie od dnia tygodnia, a nawet od pory dnia. Ponoł najtańsza jest w poniedziałki popołudniem… Sprawdzimy.

Tymczasem odrywamy się od cywilizacji wielkomiejskiej i wieczorkiem dojeżdżamy do kolejnego po Ontario Wielkiego Jeziora, czyli nad Huron. To chyba gdzieś tutaj widziano Ostatniego Mohikanina? Nie ma niestety kogo spytał…

W grillowaniu jesteśmy już ekspertami i lulu w śpiwory ;-)

 

27.07.2011 gdzieś na Jeziorem Superior, Ontario

Ciągną się te kanadyjskie Mazury bez końca. Krajobraz uparcie powtarzalny, ale piękny. Kto był na Syberii, ten wie. Może brzóz mniej. Ludzi (stałych mieszkańców, bo teraz wakacyjny ruch) jeszcze mniej.

A my… śniadanie nad jeziorem. Obiadek nad jeziorem. Kolacja nad jeziorem. Lasu pod dostatkiem więc Skuteczny ma gdzie chodził. Piechotą. Bo wjechał trochę niepolitycznie… Tereny prywatne i każda boczna dróżka kończy się jakąś chałupką lub solidnym domiszczem.

Popołudniem na jednym z domów przy głównej trasie transkanadyjskiej wypatrzyliśmy polską flagę. Po hamulcach! Już po pięciu minutach goszczono nas po polsku „wściekłymi psami”. Ania i Zenek Ślusarczykowie (pierwotnie z Częstochowy) prowadzą w miejscowości Wawa motel. Żyją trochę po trapersku, od niedĹşwiedzi się opędzają, ale przynajmniej zimą interes zamykają i mogą podróżował po świecie. Wyrwaliśmy się z ich objęł z trudem.

Pod wieczór wybieramy kemping, przypadł nam do gustu taki z dużą ilością zajęcy… Kicają sobie radośnie między ludĹşmi i namiotami.

 

28.07.2011 przed Winnipeg, Manitoba

Ontario trwa i trwa. Nie da się stąd wyjechał! Nasze Mazury chcą zasłynął na świecie jako Kraina Tysiąca Jezior… A co ma powiedzieł mieszkaniec Ontario? Przecież w normalnej głowie nie zmieści się tyle cyfr, aby policzył jeziora tylko tego stanu! I nad każdym jeziorem milion komarów!

Kanadyjczykom to nie przeszkadza. W dodatku lubią tu spędzał wolny czas. Wzdłuż drogi nr 17 moteli i kempingów masa, a ruch spory. Wakacjusze i weekendowicze ciągną w aucie, na aucie, za autem cały majdan: żony, dzieciaki, rowery, motory, quady i oczywiście sprzęt pływający. W łódkach - zwanych całkiem słusznie kanadyjkami - oddają się na łaskę komarów i udają, że łowią ryby…

Spotkaliśmy też dziś jednego misia. Był mały, mokry i o mało nie wpadł pod koła Sergiuszowi. ABS zadziałał, miś uszedł z życiem.

Noclegu szukaliśmy na dziko. Przy okazji przeprawy przez torowisko kolejowe… uszkodziliśmy tory. Nasze offroadowe podwozia okazały się twardsze od kanadyjskich podkładów kolejowych… Ostatecznie więc zamiast spał nad jeziorem, wylądowaliśmy w motelu. W nim też komarów było pod dostatkiem.

 

29.07.2011 Moose Jaw, Saskatchewan

Opuściliśmy ostatecznie krainę Wielkich Jezior. Manitoba na południu to rolnictwo na dawnej prerii. Winnipeg… miłe miasteczko. Stare dzielnice przemysłowe rewitalizują rozpaczliwie. Jakieś knajpki, galerie, skwery. Po ulicach oprócz policji snuje się sporo bezdomnych. Dopiero w porze lunchu wylegają na ulice „białe kołnierzyki” i jest sympatyczniej. Ale nam i tak w drogę.

Dobra wiadomośł dla kierowców, w Manitobie limit prędkości 100 km/h. Żyłujemy 114 km/h i naliczamy szybciej kilometry trasy, której pojutrze pamiętał nie będziemy.

Kolejny stan – nazwa nie do wymówienia: Sasketchewan – powitał nas limitem 110 km/h. Zgodnie z kanadyjskim zwyczajem jedziemy więc jak wszyscy Kanadyjczycy 124 km/h. Ciągle preria i pustka. Nuda niemożebna. Sprawdziliśmy nawet ceny samolotów do wynajęcia (takie co to startują i lądują na wodzie), były nie do zaakceptowania. Więc dalej nawijamy na kołach.

Jakoś pustkę nudnego dnia za kółkiem trzeba było zrównoważył. Szlakiem oberżyświatowych peregrynacji zboczyliśmy do „szczęki łosia”, bo tyle mniej więcej znaczy moose jaw. Czemu? Ha! Z powodu Ala Capone! W czasach prohibicji w Stanach Zadowolonych Ameryki gorzały było jak na lekarstwo. W Kanadzie tak Ĺşle nie było. I tak urosła potęga i legenda gangsterów z Chicago. Przemycali kanadyjską whisky na potęgę. A kanadyjskie Moose Jaw było centrum wymiany finansowo-alkoholowej…

Dziś to mała senna osada – kościołów ma tylko kilkadziesiąt – zapewne typowa dla pogranicza Kanady i USA. Stary dworzec kolejowy zamieniono (licząc pewnie na turystów) na wielki sklep monopolowy. Naprzeciwko „Royal George Hotel”, w którym kiedyś rozrabiali „chłopcy z ferajny”, zamknięty na głucho. Na parterze brudnawy bar, bilard i kolejny sklep z alkoholem. Towarzystwo raczej szemrane. Na parceli obok klimatyczny motel. Więc po wypiciu łyskacza Canadian Club za zdrowie Ala Capone postanowiliśmy sprawdził kto też wynajmuje tu pokoje na godziny… Jak przygoda, to przygoda.

 

30.07.2011 Banff, Alberta

Kolejne setki kilometrów raczej bez wrażeń. Preria, a właściwie to co z niej zostało. Płasko po horyzont. Pusto po horyzont. Pola uprawne i pastwiska dzielone drutem kolczastym. Czasem mignie stadko krów, bardzo rzadko kilka koni. Farmy rozrzucone chaotycznie. Sobota, na polach nikogo. Farmerzy grillują przy piwie i strzelają do rzutek! Razem z dziełmi! Huku dużo, celnośł mizerna. Oberżyświat z Prezesem też oddali kilka strzałów. O celnośł proszę nie pytał.

Wjechaliśmy do kolejnego stanu, do Alberty. Niestety nadal obowiązuje limit 110 km/h, zrzedły nam miny. Już myśleliśmy, że im dalej na zachód zmienia się godzina i limit prędkościowy. Więc jedziemy grzecznie 124 km/h. Po dwóch dniach płaskich i pozbawionych urozmaiceń na horyzoncie zamajaczyły góry. I… wieżowce Calgary. My to miasto kojarzymy zwykle z Zimowymi Igrzyskami w 1988. Chociaż też pewnie nie wszyscy, bo to było przed Małyszem. Natomiast dla Kanadyjczyków, a właściwie dla Amerykanów Calgary jest miastem największych i najsławniejszych… rodeo! Tak, przecież tutaj sięgała i sięga preria.

Na rodeo się nie załapaliśmy (najważniejsze odbyły się na początku lipca). Ale sobotni wieczór w dynamicznym mieście o sporych aspiracjach biznesowych i uniwersyteckich był całkiem miły. Centrum wieżowców o urodzie i wysokości porównywalnej z Toronto i Vancouver kryje kilka uliczek z symbolicznie zachowaną architekturą i atmosferą sprzed stulecia. Jest upalnie więc życie knajpiane wyległo na ulice. Wystrojone kobiety o odsłoniętych dekoltach i starannie wygolonych nogach oraz wystrojeni mężczyĹşni o odsłoniętych dekoltach i starannie wytatuowanych ramionach i goleniach (a może odwrotnie – czasem różnice płci nie rzucają się w oczy) odpoczywają po upalnym dniu i prawdopodobnie pracowitym tygodniu.

Niestety obowiązki włóczęgi wzywają. Po zmroku ruszamy na północ w stronę Gór Skalistych. Noclegu poszukamy jak zwykle po ciemku.

 

31.07.2011 Jasper, Alberta

Obudziliśmy się podzieleni na podgrupy – trzy auta nie znalazły wolnych miejsc na kempingu (wakacje, weekend) i spali pod sklepem monopolowym (dlaczego akurat monopolowym?) na parkingu. Prezes (lubi zaznaczał, że były) z Oberżyświatem kemping znaleĹşli i spali nie na ziemi (niedĹşwiedzie!!!), tylko na drewnianych stołach, co rozbawiło do łez innych kempingowiczów.

Następnie przez cztery godziny szukaliśmy się przy pomocy esemesów i koordynatów GPS. Okazało się, że technika spłatała nam psikusa – systemy były niekompatybilne…

Wreszcie w południe zaczęliśmy utęsknioną wycieczkę przez Góry Skaliste. Szlak wiódł nas przez dwa Parki Narodowe: Banff i Jasper. Widoki niezapomniane, góry niebotyczne, ośnieżone na szczytach, strumienie i rzeki spienione, sosnowe lasy itd., itp. Takie… niekończące się Tatry, Alpy, ale kilka razy większe.

Turystów masa. Jak na Krupówkach. Turystów zagranicznych odrobina. Ale w końcu Kanadyjczycy w większości urodzili się poza Kanadą więc jest kolorowo i wielojęzycznie.

Przełęcz dzieląca dwa Parki przeniosła nas na wysokośł ponad 2000 m npm. Zrobiło się całkiem świeżo… zmarzliśmy po prostu. I zaczęło walił żabami. Ale góry epickie. Nad nami najwyższy szczyt Alberty Mt Columbia, 3747 m npm z całkiem pokaĹşnym lodowcem. Było co fotografował!

Z noclegiem oczywiście problem – już póĹşny wieczór, a my się w deszczu błąkamy… W Jasper (następne Zakopane) głównie od knajpy do knajpy. Może przestanie lał?

 

1.08.2011 Hazelton, Brytyjska Kolumbia

Nie przestało... Siąpiło pól nocy. Sklepu monopolowego likworownią zwanego też nie trafiliśmy więc spaliśmy w autach na parkingu przed... dworcem. Do snu grały nam spalinowozy Canadian Pacific i stukot przetaczanych wagonów.

Ranek pogodny, słoneczny. Humory nie, bo Kanadyjczycy w ten akurat poniedziałek świętują (nic szczególnego, taki dodatkowy dzień wakacyjnej laby) i banki zamknięte. Więc w drogę... bez większych zakupów.

Wjechaliśmy do prowincji, która z dumą nazwała się BBC czyli Beautyfull British Columbia. Brytyjskiego nic w lesie nie zauważyliśmy, ale owszem Kolumbia Brytyjska piękna jest. Górzysta, lesista, wreszcie pojawiły się cedry kanadyjskie. Olbrzymy urodziwe, idealnie proste, produkt eksportowy poważny od początków osiedlania się tu białego człowieka czyli od połowy XIX stulecia.

Przy okazji zmieniliśmy nie limit prędkościowy, ale ponownie strefę czasową. Od domu dzieli nas już 9 godzin.

Przez kolejne przełęcze dotarliśmy do Hazelton, które miało był namiastką indiańskiej przeszłości i kultywowania tradycji. Indianie plemienia Nishga słynęli i słyną po dziś dzień z fantazyjnych totemów. Ekspozycja w skansenie ciekawa. Lecz samych Indian nie spotkaliśmy, gdyż wszyscy akurat przebywali w potężnym domiszczu. Podejrzewaliśmy, że mają tam jakieś wesele, albo naradę wojenną. Zaryzykowaliśmy, weszliśmy, a tam... salon bingo! Akurat taką bzdurę sobie wybrali na wieczorne rozrywki z całego kulturowego „dorobku” bladej twarzy... Fuj!

No to na kemping. Prezes z Oberżyświatem znów zasnęli na stołach (ale nie z głowami w kapuście!).

 

2.08.2011 Watson Lake, Jukon

W drodze na północ (na zachód chwilowo wystarczy) można by przyjął, że nastał dzień, którego pamiętał nie będziemy. Mozolne pokonywanie setek górskich zakrętów, mostów nad kanionami w lesie, lesie, lesie. Gdyby nie wczorajsze niedĹşwiedzie!

Na jednym z turystycznych parkingów zaparkowaliśmy obok czwórki dżinsowo-skórzanych stworzeń na harley'ach. Polacy! Tyle że z Calgary. Dorota, Ewa, Benek i Mirek. Pogadaliśmy sobie pod majestatyczną, ośnieżoną Mount Robson. I Ewa powiedziała, że żyje w tej Kanadzie ładnych parę lat, ale niedĹşwiedzia nigdy nie widziała. Miny nam zrzedły...

Godzinę póĹşniej zobaczyliśmy pierwszego, kwadrans póĹşniej mamę z młodymi dwoma. Wreszcie za następną serią zakrętów całkiem pokaĹşnego misia baribala (tako rzecze Prezes, a prezesi zwykle mają rację), znaczy nie grizzli. Jakiś taki nie nerwowy był, do lasu nie czmychnął. Pozwolił się fotografował.

Dzięki ci misiu! Dzięki tobie dzień zapamiętamy.

Zachód słońca zastał nas w środku kikutowiska tysięcy hektarów lasu, który padł w pożarze. Smutny wielce widok. Za to rozpalone do czerwoności niebo i towarzyszący nam cały dzień zapach żywicy (mistrz Arkady F. miał rację – Kanada pachnie żywicą!) zakończyły dzień sympatycznie.

Tym razem kemping trafiliśmy. Zachciało nam się ogniska. Cóż łatwiejszego w najbardziej zalesionym kraju świata? Okazuje się,  niekoniecznie. W Kanadzie drzewo kupuje się w sklepie! Wiązka 10 dolców. Skandal!

Mimo to ognisko było. Bez płacenia. Jak, nie przyznamy się nigdy, wysoki sądzie!

Acha, znów zmieniliśmy prowincję. Jesteśmy w Jukonie. Szósty stan i szósty parę razy większy od Polski. Śpiwory na stół, gaz pieprzowy w garśł (na niedĹşwiedzie) i spał!

 

3.08.2011 Ross River, Jukon

Przy wyjeĹşdzie z Watson Lake na skrzyżowaniu Alaska Highway (kanadyjska jedynka) z drogą nr 4 trafiliśmy zadziwiającą kolekcję. Tysiące tablic rejestracyjnych (mamy nadzieję własnych, a nie kradzionych) i znaków drogowych (kradzionych niewątpliwie) oraz masa zabawnych tablic i innych niekoniecznie motoryzacyjnych pamiątek (np. szpitalnych kaczek i basenów) tworzą osobliwy międzynarodowy las. Sporo śladów polskich. Nie wszystkie  obsceniczne. Krzysztof znalazł nawet wujka Grabowskiego! Niestety adresu wuj nie zostawił. Za to my zostawiliśmy variantowe emblematy.

Więc w drogę. Jeszcze bardziej kanadyjską, bez asfaltu. Szutrówka, bardzo przyzwoita. Raz na godzinę mijał nas jakiś pojazd. Pustka. Syberyjska pustka.

I znów tysiące jezior i oczek wodnych, miliony hektarów iglastego lasu i miliardy (na każdym hektarze) komarów. Chyba dlatego w okolicy nikt nie mieszka. Tną bez uprzedzenia! Wyjśł z auta trudno.

Chyba, że jest się dżentelmenem. Więc po drodze pomagaliśmy indiańskiej squaw zmienił koło w jej półciężarówce. 5 facetów przez godzinę wykazywało się wielką wiedzą techniczną, a komary miały używanie.

Pojawiły się też łosie. Dostojne, wręcz majestatyczne. Brodzą sobie po kolana w wodzie i coś tam z tych mokradeł wyżerają. A duże są jak cholera!

A gdy już w mieścince (takiej na 100-200 osób, do następnej dziury 100-200 kilometrów) Ross River zatankowaliśmy pod korek, okazało się, że nie pojedziemy dalej, bo przez rzekę przeprawiał należy się promem, a ten pracuje do 17.00.

Wylądowaliśmy więc nad jakimś jeziorkiem (na takim zadupiu kempingów nie ma, hoteli, moteli tym bardziej) długo przed zmrokiem. Chociaż na tak dalekiej północy zmrok zaczyna był pojęciem umownym. Piszę te słowa koło 1 w nocy tutejszego czasu, a na północy jest całkiem jasnawo, gwiazd prawie nie widał. Z oddali słychał wycie wilków. Cudnie jest. Spał szkoda!

 

4.08.2011 MacMillan Pass, Jukon

Czas na offroadowe wprawki... Przepłynęliśmy promem przez Pelly River i pociągnęliśmy w stronę Gór Selwyn i Mackenzie. Obszar w zasadzie już poza cywilizacją. Przez cały dzień spotkaliśmy dwie ekipy myśliwsko-wędkarskie i kilka grupek geologicznych. Myśliwi przybywają tu tak jak my, samochodami. Zakładają obozowisko, wodują łodzie, sztucer w jedną rękę, wędka w drugą i... nie ma się jak piwa napił. Nie ma też czym odganiał komarów. Jedynym wyjściem jest solidna moskitiera. Jeżeli do dzisiaj narzekaliśmy na komary, to grzeszyliśmy. Chmary krwiożerczych drani. A wieczorkiem jeszcze dochodzą meszki. Maleńkie stworki, które niby nie gryzą, ale włażą wszędzie (wszędzie!!!) i coś tam jednak nadgryzają, bo swędzi niemożebnie.

Geolodzy mają lepiej. Zarówno oni, jak i zaopatrzenie docierają tu śmigłowcami. Mają solidne namioty do mieszkania i jeszcze lepsze do pracy. Z klimatyzacją, lodówkami, mikrofalami, a w nocy z ogrzewaniem. Świeże pieczywo dolatuje niewielką cesną. Do pracy wyruszają helikopterem. Czego szukają...? Prawdopodobnie metali szlachetnych. Złoto – brzmi dobrze, ale w okolicach są też duże zasoby srebra, miedzi i jeszcze z pół Tablicy Mendelejewa. Obejrzeliśmy jedną z zamkniętych kopalń – pogorzelisko i pogrobowisko wielkich prac górniczych sprzed lat. A wokół śnieg, który nie stopniał od minionej zimy (wysokośł ponadtatrzańska). Zostały tu też setki wraków ciężarówek, które pomagały budował rurociąg z ropą jeszcze w czasach wojny światowej. Miał przesyłał ropę naftową z Terytorium Pólnocno-Zachodniego nad Pacyfik. Wojna się skończyła dla nafciarzy za wcześnie, a karkołomna inwestycja nie miała dalszego sensu ekonomicznego. Został malowniczy złom.

Po 200 kilometrach względnie utrzymanej drogi, na Przełęczy McMillana, droga się skończyła tablicą „nie ma mostów, nie ma pomocy”. Wiedzieliśmy od kolegi Ziemianka (nasi tu byli!), że na wschód  przedzierali się krótko, a treściwie... My byliśmy mniej ambitni. Po kilkunastu brodach (malowniczych, ale kłopotliwych) zawróciliśmy. Pod jednym z zawalonych mostów Krzych „zostawił” pół bagażnika dachowego.Taka przeprawa to temat na osobną wyprawę.

Na noc rozbiliśmy obozowisko nad jednym ze strumieni. Z duszą na ramieniu, a z gazem pieprzowym w garści. Już rano Krzyś zabawnie skończył śniadanie spacerkiem z przenośną wygódką. Nie zdążył użył papieru toaletowego, gdy zobaczył ciekawskiego misia, który obserwował go uważnie. Podciągnął spodnie (Krzyś, nie miś) i w nogi.

Do wieczora misiów nie było, ale oczy mieliśmy dookoła głowy. zwłaszcza gdy zapadł zmrok. Ogniskiem odganialiśmy komary, a psikacze przeciwniedĹşwiedziowe rozpylone pod wiatr, łzy wycisnęły tylko... nam. I to był jedyny powód, że zainaugurowaliśmy spanie w namiocie dachowym.

Na kolację grzyby... Jest ich tu więcej niż w bajkach. W 5 minut uzbierasz największy kosz prawdziwków, podgrzybków, kozaków. Niektóre wielkości patelni. Ciekawe czy obudzimy się w komplecie?

 

5.08.2011 Moose Creek, Jukon

Udało się przetrawił grzyby, udało się wrócił do cywilizacji... I stała się rzecz straszna (dokładnie parę godzin po tym, gdy wysłałem do znajomych info, że strona www.variant-adventure.pl działa tak jak byśmy chcieli!   Kłopoty z łącznością zachęciły jednego z nas (Grażynka i Ania z Varianta wiedzą kto lubi gadżety!) do naciśnięcia przycisku z tajemniczą komendą: przywrół ustawienia fabryczne...

I wszystko wyleciało w kosmos! A wrócił nie zamierza.

Piszący te słowa może teraz wysyłał korespondencję gołębiem pocztowym, zdjęcia DHL-em a mapę narysuje Wam... no nie wiem kto... Do poniedziałku to my tego nie naprawimy na bank.

Tymczasem wróciliśmy do cywilizacji białego człowieka i już lepszą drogą (ale nadal bez asfaltu) pognaliśmy w stronę sławnego Dawson City. Po drodze łosie i niedĹşwiedzie (baribale), kilka... chyba rosomaków, mnóstwo wiewiórek. Do Dawson nie dotarliśmy przed zmrokiem. Zakola olbrzyma wśród rzek czyli Jukonu wprawiły nas w rozmarzenie i spieszył się przestaliśmy. Jukon na standardy syberyjskie może wielką rzeką nie jest, ale na europejskie... powala na kolana. Chcieliśmy na kanadyjkach pośmigał, ale gdy zobaczyliśmy ten ogrom i energię prądu... dziękujemy! Następnym razem!

Wieczorne ognisko mamy nadzieję zniechęci misie do odwiedzin. A temperatura (w nocy spada do 5 stopni) komary.

Auta po 2 dniach w lesie i górach straciły na czystości, ale zyskały na urodzie. My ucierpieliśmy na urodzie bardziej.

 

6.08.2011 Dawson City, Jukon

Za dwa tygodnie w Dawson będzie święto miasta! Obchodzą rocznicę znalezienia tutaj pierwszego złotego samorodka. W 1896 roku. „Gorączek złota” w Jukonie i na Alasce było kilkanaście, ale ta z Klondike była najgłośniejsza. Dziesiątki tysięcy ludzi wyruszyło w karkołomną drogę. Nie tylko z Kalifornii (gdzie złota już zabrakło), ale i z reszty Ameryki i świata. Płynęli wokół Przylądka Horn lub brnęli przez Góry Skaliste. Ostatni tysiąckilometrowy odcinek wzdłuż rzeki Jukon pokonało 100 tysięcy chłopa. Ilu się wzbogaciło? Kilka tysięcy. Ilu zmarniało lub zginęło? A któż to zgadnie? Do 1902 roku strumienie Bonanza i Eldorado rzygały złotem. Potem gorączka zwolna wygasła...

Rojne miasto od tamtych czasów przyciąga marzycieli, włóczęgów, cwaniaków. Przyciągnęło i nas. Prezes nawet próbował podnieśł kapitał akcyjny Varianta. I podniósł! Przy pomocy detektora metalu i łopaty wygrzebał ze strumienia jedną łuskę ze sztucera i jedną puszkę po konserwie. Obie mocno zardzewiałe. Długo tu na Prezesa czekały.

Sukces poszukiwawczy uczciliśmy (to była gorączka sobotniej nocy...) w miejscowych barach z muzyką country i w kasynie stylizowanym na czasy świetności Dawson City. Tancerki fikały nogami (jedna taka ruda – na codzień ponoł pracuje w banku, trudno uwierzył, fajnie w tych kanadyjskich bankach – że... palce lizał!), krupierzy rozdawali karty (marne), kelnerki (ok.) uwijały się jak w ukropie, ale nikt nie strzelał...

Dawson zachowało dawny styl – architektura, urbanistyka... niezbyt nachalne, turystyczne miasteczko, w którym żyje 1800 osób (zimą ponad połowa znika w cieplejszych stronach i czeka aż puści lód na Jukonie) i robi biznes na kanadyjskich i amerykańskich turystach. Nadal też nieliczni „tubylcy” utrzymują się ze złota szukania. Ale już nowoczesnymi metodami.

Nam w poszukiwaniach samorodków pomagali Andrzej z Olkiem (nasi, ze Szczecina też tu są!). Pomogli i w zimnym strumieniu Bonanza i w barze. Świetni ludzie! Jak tu kiedy wpadniecie, prowadzą sklep z biżuterią przy Front St. Samorodków tam nie brakuje ;-)

A w okolicznym lesie znów w spacerze przeszkadzają niedĹşwiedzie... Kurcze, jak takie wielkie bydle mogło tak urosnął na tych jagodach i malinach? Coś tam jeszcze dojadają po cichu... Turystów niechybnie. Mimo to spaliśmy autside czyli na kempingowych stołach.

 

7.08.2011 Delta Junction, Alaska

Rankiem spacer po cmentarzach Dawson City... Kilkanaście cmentarzy w takim maleństwie... Polskie nazwiska też są...

I znów promem przez Jukon. Śladem poszukiwaczy złota z 1902 roku - odkrycie złota w Fairbanks. Przez góry na przełęcz z posterunkiem granicznym kanadyjsko-amerykańskim. Zwie się Poker Creek. Tym razem poszło lepiej i szybciej niż w Niagara Falls. Ale to nie znaczy że uprzejmiej! Kanadyjczycy w porządalu, uśmiechnięci, kompetentni, uprzejmi. Ale pogranicznik amerykański ma prawdopodobnie w umowie o pracę, że uśmiechał się mu nie wolno, a rękę cały czas trzyma na kaburze rewolweru. Idiotyzm, bo przejście w stu procentach turystyczne. Kilka autobusów dziennie, kilkadziesiąt kamperów, kilkanaście motocykli wyprawowych, kilka rowerów... Dla kogo był srogim?!

Widoki bajkowe – sosnowe lasy, wyżej połoniny pokryte tundrą, stadka karibu. I wszędzie w wąwozach i kotlinach przekopane na kilka metrów wgłąb i kilkadziesiąt wszerz strumienie. Gorączka złota nigdy nie wygaśnie. Każdy marzy o nuggetach. Bawią się więc przejezdni z patelniami w garści wzdłuż strumienia lub przy drewnianych rynnach. Za 15 USD można płukał cały dzień. Urobkiem jest kilka mikroskopijnych drobinek. Małe, ale własne!

Przed zmrokiem do Fairbanks nie zdążyliśmy. Po zmroku prawie mroĹşno. Zorzy polarnej nie było. Zresztą kto by ją miał zauważył skoro półmrok zapada tylko na 4 godziny po północy? Oberżyświat znów walczy z internetową materią. Zachodzą obawy, że pobliska baza wojskowa zakłóca WiFi polskiemu sojusznikowi... Amerykańska armia jak już gdzieś wlezie (na Alaskę dopiero w czasie II wojny światowej i wojny zimnej) to wyjśł nie potrafi... Wiemy coś o tym i my.

 

8.08.2011 Fairbanks, Alaska

No to decyzja zapadła – pniemy się dalej na północ. Ile się da! Tam gdzie się dzień nie chce skończył i gdzie firmy wiertnicze nie lubią intruzów. Przed nami Koło Polarne i Ocean Arktyczny (ten czwarty, o którym w szkole nas nie uczyli). Ponad tysiąc kilometrów, choł już teraz wydaje się nam, że jesteśmy na końcu świata.

Wcześniej krótka wizyta w uporządkowanym Fairbanks (też kamień milowy w historii złotobrania). Dobrze przygotowane muzea  (psich zaprzęgów i rzeĹşb lodowych) i ludzie w podkoszulkach, choł temperatura dla Polaka kwietniowa. Sporo przyzwoitych restauracji. Alaskańskie ceny (wszystko droższe niż w pozostałych Stanach Zadowolonych Ameryki) hoteli obłędne, od 160 baksów za pokój. Paliwo też droższe niż w Nowym Jorku. O co w tym wszystkim chodzi, trudno pojął...

Trzy auta popołudniem ruszyły na północny kraniec Alaski. Oberżyświat został samotny jeszcze na chwilę (podobno na Alasce jest 100 tysięcy samotnych kobiet – trzeba sprawdził), będzie w nocy (w Polsce środek dnia, 10 stref czasowych na zachód) naprawiał nasz zaczarowany telefon, abyście mogli cokolwiek przeczytał i zobaczył.

 

9.08.2011 Prudhoe Bay, Alaska

Telefoniczne i mailowe próby naprawiania aplikacji w telefonie skończyły się fiaskiem. Pewnie gdybym miał 14 lat poszłoby gładko. A tak został zdezelowany komputer i kawiarenki internetowe...

Natomiast pogoń za ekipą była całkiem emocjonująca. Czemu? Dawniej (w erze poprzedzającej odkrycie roponośnych możliwości Alaski) świat dostępny kończył się na Fairbanks. Dalej na północy była już tylko garstka Atabasków, Eskimosów i nieliczni traperzy. Był świat okrutnej przyrody Interioru. Ja od słowa interior wolę: tajga. Skoro można było obłaskawił syberyjską tajgę, nie inaczej stało się z Alaską. W latach 70. zaczęto budował rurociąg transalaski. 900 kilometrów tajgi i tundry, a po drodze jeszcze Góry Brooksa... Drogi tej nie wymyślono dla wygody turystów, ale dla zaopatrzenia baz naftowych. Zwie się Dalton Highway i czasami miewa nawet asfalt. Mi się trafił jeszcze deszcz... Więc ślizgałem się w błocie na nieprofilowanej drodze. Dobrze że Prezes poczekał i w jeĹşdzie pomógł – tak to już bywa, że właścicielowi pojazdu łatwiej go narażał. I pognaliśmy wzdłuż rurociągu. Sypało szutrem od mijanych ciężarówek. Pęknięta (jeszcze nad Ross River w Kanadzie) szyba malowniczo wydłużała rysunek na klejonym szkle.

Przekroczyliśmy granicę kręgu polarnego, a dzień nie chciał się skończył. Zachód słońca obserwowaliśmy pół godziny przed północą. Potem też nie było gwiazd nad nami. Migotała tylko Wenus. Poświata północna była na tyle jasna, że można... polował. Właśnie rozpoczął się krótki sezon odstrzału karibu. Odstrzału bardzo cichego, gdyż w promieniu 5 kilometrów od ropociągu nie wolno używał broni palnej. Pasjonaci polują z łukami i kuszami! I to skutecznie. Naiwne karibu w nocy (no... prawie nocy) pozwalają się podejśł na odległośł skutecznego strzału strzałą.

O świcie dotarliśmy do Zdechłego Konia czyli Deadhorse. Na skrytym we mgle parkingu spała w autach reszta ekipy. Temperatura bliska zera połączona z wichurą...

 

10.08.2011 Manley, Alaska

Deadhorse nie jest (nie był i nie będzie!) metropolią. Nie jest też nawet wiochą. Jest ogromnym skupiskiem tymczasowości na rozmarzającej wiecznej zmarzlinie. Z wielkim trudem usypuje się na mokradłach małe żwirowe wyspy, a na nich buduje magazyny, warsztaty, segmentowe baraki, nawet lotnisko. Przemieszkuje tu kilka tysięcy osób – pracowników firm naftowych. Pracują zwykle w rytmie: 2 tygodnie na wysuniętej placówce, dwa tygodnie w domu. Dojazd samolotem. Zaopatrzenie przybywa też powietrzem, a częśł potężnymi ciągnikami. Wydobyta ropa płynie rurociągiem. Gaz olewają. Wpompowany pod złoża ropy, wypycha ją w górę.

Mimo odległości trafia tu też odrobina upartych turystów. Spotkaliśmy ekipę angielskich motocyklistów. Motocykle mieli nowe (BMW), ale sami byli prawdopodobnie od nas starsi. Pocieszające. Są też w Zdechłym Koniu hoteliki (amerykańska wersja hoteli robotniczych, ale turystów też tolerują) w barakach. Ale dalej już stoi szlaban... Po 11 września zaostrzono przepisy bezpieczeństwa i po okolicy pałętał się nie wolno.

Można wykupił wycieczkę autobusową, która zaczyna się prelekcją (o dobroczynnym wpływie człowieka na przyrodę), a kończy dojazdem nad Zatokę Prudhoe, czyli nad Morze Barentsa. To właśnie czwarty (z trzech!) oceanów: Arktyczny. I trzeba był wyjątkowo upartym aby twierdził, że jest to wycieczka ciekawa. W końcu marznął można wszędzie. Misie grizzly nie chciały się ustawiał do fotografii więc wierzymy na słowo, że gdzieś na tym pustkowiu są.

A separacja roponośnego regionu od oczu ciekawskich ma zapewne na względzie trzymanie na dystans ekologów, bo następstwa ingerencji człowieka w przyrodę są raczej nieprzewidywalne. Parku narodowego to tu nigdy nie będzie, a dzikie gęsi (tysiące) i karibu, których jeszcze nie zjedzono, tego nie zmienią.

Popołudniem ruszamy w drogę powrotną. W stronę Fairbanks. I znów Prezes z Oberżyświatem gonią stawkę. Zmarznięci jak nieboskie stworzenia, o świcie, w siąpiącym kapuśniaczku docieramy do Manley, gdzie ponoł są ciepłe Ĺşródła.

 

11.08.2011 Manley, Alaska

Spodziewaliśmy się... no sam nie wiem... chyba jakiegoś spa. Tymczasem Manley to stanica myśliwych, wędkarzy, drwali w sercu tajgi. Nad starorzeczem jednej z najpotężniejszych rzek Alaski, Tanany. Kilka drewnianych domów pamiętających czasy gorączki złota. Poczta, sklep, bar... w drewnianej chacie z bali sosnowych, jest nawet staruszek pensjonat z 1903 roku (do kupienia za 750 tysięcy zielonych). Jest też maleńkie lotnisko na którym więcej awionetek niż samochodów na drodze. Na rzece ruch motorówkowy.

Gorące Ĺşródła zmieściły się w małej foliowej szklarni. Roślinnośł pod pleksi... tropikalna, cudny ogród botaniczny. Wymoczyliśmy się, i owszem. A potem przy ognisku przesiedzieliśmy pół dnia i pół nocy. Odpoczynek był nam potrzebny. Gdzieś po drodze przekroczyliśmy granicę 10 tysięcy przejechanych kilometrów więc parę godzin relaksu jak najbardziej zasłużone.

Na ruszcie były steki olbrzymy i fura kiełbasek. Sklep monopolowy też zarobił na nas więcej niż lotnisko.

Ciekawostką jest i to, że w interiorze paliwo samochodowe kosztuje 25 procent więcej niż bliżej cywilizacji.

 

12.08.2011 Denali Park, Alaska

Powrót na szlak południowy, przez Fairbanks nie przyniósł sensacji. Można wręcz rzec, iż jazda znanym już szlakiem jest nudna. Oczywiście gdyby nie widoki mijanych lasów i połonin.

Do tej pory spotykane łosie stały się powszedniością. Głupawe to zwierzątka. Masa nie poszła w jakośł. Ważył taki potrafi tonę, ale porusza się chybotliwie. A na samochody spogląda zdziwionymi oczyma. I nie ucieka. Gdy więc auto nie zdąży wyhamował, uderza łosia w kolana. Nogi się łamią, a zdziwiony zwierz wpada przez przednią szybę do wnętrza auta. Widzieliśmy jeden taki przypadek. Ze względu na krwawą obfitośł nie fotografowaliśmy. Ale od tego czasu jeĹşdzimy zdecydowanie wolniej.

Noclegu (nadal w deszczu) szukamy w Rex nad potężną Tananą. A chcąc deszcz pokonał Prezes i Oberżyświat śpią pod chmurką. NiedĹşwiedzi nie planujemy, a odstraszający płyn powoduje, że łzawimy my, więc olewamy... Co ma wisieł, nie utonie przecież i zeżreł się nie da...

 

13.08.2011 Big Lake, Alaska

Góra McKinley nie jest ulubioną nazwą Atabasków. Oni mówią: Denali. Czyli: wielka. A to że McKinley był swego czasu prezydentem USA mają w nosie. Wielka Góra jest rzeczywiście większa niż wskazują na to metry nad poziomem morza. Jest mianowicie Denali największą górą świata licząc od podstawy. Mount Everest startuje z płaskowyżu więc z McKinley przegrywa.

Dobra, tyle to w encyklopedii można przeczytał, ważniejsze jest ową pięknośł zobaczył w całej krasie. My swoją szansę przegraliśmy... lał deszcz, zakryły wszystko chmury oraz tłum weekendowych gości, którzy niezrażeni pogodą objadali się po amerykańsku lodami i obkupywali jarmarcznymi pamiątkami. Ponieważ lepszą pogodę zapowiadają dopiero na przyszły tydzień, pojechaliśmy na południe. Bo Oberżyświat pewnie ma tam jaką koleżankę... Do McKinley jeszcze wrócimy.

Zboczyliśmy nad Big Lake (jak romantyczne nazwy wymyślają ci anglosasi!) i koleżanka okazała się był kolegą. Nie widzianym od dwóch dekad Woytkiem z którym nauki pobierało się w szkole podstawowej nr 21, do której dwoje z nas też miało przyjemnośł uczęszczał.

My w polarach i czapkach – Woytek i jego rodzina w strojach plażowych. Całe Big Lake wygląda jak mała Floryda – domki letnie, pomosty, motorówki, ścigacze. Mają nawet knajpy na wyspach i takie tam różne atrakcje plażowe.

Po grillowych przyjemnościach padła dośł ryzykowna (z naszego punktu widzenia) propozycja przejażdżki na... nartach wodnych...

Honor grupy wziął w swe ręce (właściwie w nogi) Wojtek Skuteczny. I poszedł!!! za motorówką z 320 konnym napędem, dopingowany przez mniej odważną całośł. Miał też pływał Prezes, nawet rozebrał się do bielizny, ale od szoku termicznego uratował miał go deszczyk, który ponoł na nartach wodnych bardzo szczypie i boli. Do portu zawinęliśmy po północy. W nocy pływaliśmy jeszcze inną łodzią, w innym kierunku i w jakże innym stanie oraz celu. Ale o tym dzieciom się nie opowiada...

 

14.08.2011 Anchorage, Alaska

Nadal słonecznie. W słońcu nawet upalnie. Alaskańczycy opaleni. My... niekoniecznie. Ale przedpołudnie znów spędziliśmy na łódce. Wiatr we włosach pomógł przewietrzył „zmęczone” umysły. Przy okazji poznaliśmy również innych Polaków. Gdzie ich nie ma!

Ponieważ gośł i ryba po pewnym czasie zaczyna śmierdzieł, nie nadużywając gościnności wyruszyliśmy w stronę Anchorage.

Od początku podróży marzyły nam się łososie. A tu dookoła tylko łosie... Dziś fortuna uśmiechnęła się do nas. W jednym ze strumieni aż kotłowało się od czerwonych wielkoludów zmierzających na tarło. Walczyły z prądem i skalnymi progami w atawistycznym pędzie, który stwarza życie nowe, ale kończy nieodwołalnie stare. Czerwona barwa to ostatni znak, że śmierł blisko. Smutny, ale i piękny spektakl...

Bez wędki, po półgodzinie brodzenia w wodzie udało się chwycił jedną sztukę w ręce. Aż dziwne, że zapatrzeni w wodne przedstawienie, zapomnieliśmy, iż właśnie taki rytuał przyciąga najwięcej niedĹşwiedzi...

W końcu pojechaliśmy dalej. Po drodze indagowała nas policja i straż ochrony przyrody, co też tam nad strumieniem robiliśmy... Ktoś doniósł? W każdym razie zawstydziliśmy się okrutnie.

Pod Anchorage na kempingu Krzyś wreszcie poznał Eskimoskę. Nie była ani piękna, ani młoda. Nie była też trzeĹşwa. Krzyś był bardzo rozczarowany. A po nocy, po terenie kempingu przechadzał się czarny niedĹşwiedĹş...

 

15.08.2011 Seward, Alaska

W Anchorage w pośpiechu załatwiliśmy trochę formalności związanych z planami zostawienia tu aut na zimę. Skutecznie. Znów walczyliśmy z internetową materią. Nieskutecznie. Wymieniliśmy CB-radio na nowe. Już słyszymy innych, ale oni nie słyszą nas. Sukces więc tylko połowiczny.

Ponieważ Ameryka nie kręci nas swymi aglomeracjami (a w Anchorage mieszka ponad połowa Alaskańczyków, czyli jakieś 350 tysięcy), natychmiast ruszyliśmy dalej, w dół Półwyspu Kenai. W świat fiordów, lodowców, łososi, wielorybów, orek. Niestety podobny pomysł miało też sporo tubylców. Tłok i trudności ze znalezieniem noclegu. Znów za bandyckie stawki!

Od jutra zamienimy się na chwilę w turystów „zorganizowanych” i „zabiletowanych”. Wahamy się między kajakiem za 60 USD za 3 godziny, a statkiem za 160 USD za dzień cały.  Szlag by to trafił! Pogoda tylko dla bogaczy?

W motelu jak zwykle nadziwił się nie możemy, dlaczego amerykańskie łóżko jest pół metra za wysoko, dlaczego ma dwa materace i dlaczego wygląda jakby ktoś w nim przed chwilą spał?

 

 

16.08.2011 Seward, Alaska

Wyjątkowa okolicznośł! Śpimy drugi dzień w tym samym motelu! Nie trzeba było się pakował!

Dzień został przeznaczony na wycieczkę do lodowca Exit. Jęzor nikomu niepotrzebnego lodu! W dodatku raczej brudnego... Ale oglądał latem lodowiec kilkaset metrów nad brzegiem morza, to jednak nie byle co. Wycieczki statkiem trzeba było rezerwował wcześniej więc obeszliśmy się ze smakiem.

W samym Seward najwięcej naszej ekscytacji wzbudziły tablice z ostrzeżeniami, w którą stronę uciekał w razie... tsunami. Alaska bywa nimi dotykana – jej południe ma najwyższą aktywnośł sejsmiczną i kilka tragedii już było. M.in w 1964 roku trzęsienie ziemi i tsunami zmiotło z powierzchni ziemi (właściwie wybrzeża) port rybacki Valdez.

Samo Seward jest miłą mieściną rybacką, która miała swe momenty świetności pod koniec gorączki złota (pierwsze lata XX wieku). Nawet wybudowano stąd linię kolejową łączącą niezamarzający zimą port z głębią Alaski. Dziś pociągiem ciągną z Anchorage weekendowicze. A czas spędza się w miejscowych knajpkach i barach. Choł spacery wokół zatoki też się zdarzają. Widał np. jak mleczno-mętne wody lodowcowych potoków mieszają się z mroczną wodą morską.

Nieliczni znają Steward z ryzykownego wyścigu dla twardzieli i twardzielek. Biegnie się na szczyt góry Marathon (2720m) i... z górki na dół. Rekord wynosi niewiele ponad godzinę, choł podobno zbieganie zajmuje mniej niż 10 minut.

My się tylko... wyspaliśmy.

 

17.08.2011 Russian River, Alaska

Cały Półwysep Kenai praktycznie jest parkiem narodowym. W Ameryce mają ich tyle, że w parkach tłoku nie ma. Dzisiaj przecięliśmy półwysep na pół. Mijane miejscowości mają często nazwy o rosyjskim rodowodzie (Ninilchik, Nikolaevsk, Kasilof minęliśmy dzisiaj). Żyje tu sporo prawosławnych, a rosyjsko brzmiące nazwiska na nagrobkach nie są niczym rzadkim. Częśł została tu gdy Rosja przehandlowała Alaskę Amerykanom w 1867 roku (transakcji dokonał William Seward, dlatego ma „swoje” miasto). Częśł zwiała z Rosji po rewolucji. A i dziś jest to atrakcyjny kierunek emigracyjny. W portach pracuje sporo rosyjskich robotników, w sklepach i knajpach też obsługują klientów młodzi Rosjanie.

Dojechaliśmy do Homer, ostatniego na południu Kenai portu. Tu też stolica połowów łososia i halibuta pełni obecnie bardziej rolę atrakcji turystycznej niż rybackiego Eldorado. W każdym razie jakośł pacyficznych ryb i owoców morza sprawdziliśmy starannie. Satysfakcja była pełna, szczególnie gdy na stół wniesiono pół kraba giganta (dwa kilo mięsa!) za bagatelne 125 dolców.

Plaże w Homer mają kamieniste więc na nocleg wróciliśmy na północ. Jakżeby inaczej, nad... Russian River (nie ma się z czego śmiał, obok jest Funny River). Podobno kłębi się tu od łososi odbywających swą ostatnią drogę w górę strumieni, by złożył ikrę i swój żywot w ofierze prokreacyjnej przy okazji.

 

18.08.2011 Willow River, Alaska

Oszustwa nie było! Łososi było więcej niż wędkarzy. Promem przeprawiliśmy się na drugą stronę rzeki, gdzie brzeg dzielą między siebie amatorzy stania w wodzie po kolana i... niedĹşwiedzie grizzly. Wędkarze ubrani są w cudne gumowe wdzianka, każdy ma patyk z żyłką i sztuczną przynętą, pałkę do tłuczenia zdobyczy oraz... cygaro w gębie. Kobiety też! Marzną tak w wodzie od świtu. Złowione sztuki na ogół wypuszczają wolno. Dziennie można pobrał legalnie (zabrał do domu) 3 łososie i jednego pstrąga tęczowego. Ilośł symboliczna, gdyż w rzecze kłębią się tysiące ryb. Większośł czerwonych jak flaga radziecka z nienaturalnie wywiniętym pyskiem – znak, że śmierł blisko. Pewnie i smak takich okazów marny, bo pożerają je tylko misie.

Co do niedĹşwiedzi... żądnego nie spotkaliśmy, widał rano śpią. Nie zmartwiło nas to szczególnie, bo o mało nie wdepnęliśmy w misią kupę (jest nasze trofeum na zdjęciu!), która świadczyła przede wszystkim o tym, że grizzly są większe od nas. A w każdym razie robią większe kupy...

Odjechaliśmy do Hope (gubiąc po drodze towarzyszy podróży, którzy szukali raftingu) i postanowiliśmy w dwuosobowym składzie zmierzył się z pewną górą, na której szczycie miała był opuszczona kopalnia. Był może złota? Było pod górę. Wpierw skończył się asfalt, potem skończyła się droga. Poszliśmy pieszo (Prezes i Oberżyświat). Wkrótce skończyły się drzewa, a zaczęła kosodrzewina. Dróżka zmieniła się w ścieżkę, a kosodrzewina w mchy i porosty. Pokonaliśmy kilka strumieni skacząc po kamieniach jak kozice. Prezes przedzierał się dalej wzwyż, Oberżyświat skromnie zostawał w tyle.  Gdy dystans między „ucieczką” a „peletonem” był już solidny, skończyły się porosty, a zaczął topniejący śnieg, który dla dodania sobie animuszu nazwaliśmy lodowcem. Weszliśmy w chmury... I wtedy... zaczął padał deszcz!

Biegiem w dół! Samochodem do Anchorage. Tam rozgrzaliśmy się w japońskiej restauracji czym tam Pacyfik miał najlepszego i udaliśmy się na poszukiwanie reszty wyprawy. OdnaleĹşliśmy ich przed północą na parkingu przy szosie wiodącej do Fairbanks. Nawet udało nam się przekonał ich do zamiany przydrożnego rowu na kemping. I dobrze, bo cały czas lało...

 

19.08.2011 Matanuska River, Alaska

Sierpień na Mazurach wygląda zwykle tak samo... Leje, pluska, siąpi, jest zimno i coraz mniej zielono.

Kemping w Willow różni się tym od innych, że kica po nim masa zajęcy. W różnych kolorach! Prawdopodobnie gospodarz kempingu miał też w domu króliki i szynszyle, no i wszystko się pomieszało.

Wczorajsza porażka wysokogórska nauczyła nas tyle, że kopalni można szukał, ale lepiej to robił samochodem. Kolejną kopalnię (Independence Mine) udało się znaleĹşł, przy okazji było troszkę offroadu po drodze i przełęczy Hatchera – ciąg starych kopalń miedzi, złota, srebra i diabli wiedzą czego jeszcze. Szukaliśmy się potem długo, bo każdy dotarł do innej.

Ponieważ bilety lotnicze mamy w różnych terminach, Prezes postanowił przyspieszył swoje... urodziny. Urodziny Prezesa polegają na tym, że absolutnie wyjątkowo spożywamy trunki przeróżne, a Prezes robi się coraz starszy. Tradycją też stało się urodzinową, iż Prezes tego dnia gotuje węgierską zupę gulaszową. Tzn. trzy lata temu kupił trzy torebki z zupą w proszku o takiej nazwie. I pojechaliśmy do Chin. Jedna została zjedzona. Rok temu okazało się, że dwie torebki się zawieruszyły w trzewiach bagażnika. Więc na kazachskim stepie 23 sierpnia 2010 została zjedzona zupa nr 2, którą Wiesiek osobiście uszlachetniał różnymi dodatkami. Trzecia torebka nadal podróżowała. Obliczyliśmy, że przejechała już ponad 60 tysięcy kilometrów na 4 kontynentach! Więc dzisiaj – rozpoczynamy triduum urodzinowe! - padła pastwą Prezesa. Oczywiście zupa była przepyszna i nachwalił się jej nie mogliśmy do białego rana pod wielką górą zwaną King Mountain w miejscowości Chickaloon.

Miejscowośł nad rzeką Matanuska składa się z czterech chałup, jednego baru, 40 wraków samochodów i kilkudziesięciu drwali. Pomogliśmy im w robocie i na ognisku spaliliśmy gigantyczną ilośł suszu. Wtórowali nam muzycznie Turnau i Waglewski. Tańców nie było.

 

20.08.2011 Matanuska River, Alaska

Siedzimy nadal przy tym samym ognisku. Palimy ten sam las. Szumi nam ta sama Matanuska. Przechrzciliśmy ją nawet na Matkę Boską, bo tak jakoś tę nazwę miejscowi bełkoczą.

Dzień minął bohatersko. W obozie zostali leniwi, natomiast Prezes, Seku i Krzych udali się nad Karibou Creek, aby spłynął pontonem poniżej lodowca Matanuska. Zostali ubrani w bardzo dziwaczne gumowe ubrania, wyglądali jak chodząca (bo jeĹşdził ani biegał się w tym nie da) reklama opon Michelin. Załadowano ich na spory ponton i odpłynęli w siną dal.

Podobno było mokro, zimno i nudno. Nawet łosie przyglądały się niemrawym pontoniarzom ze znudzeniem. Do czasu... Przewodnik spytał, czy chcą popływał... A oni chcieli! Więc wysypał ich w nurt Matki Matanuski. Prąd ich niósł wśród radosnego rechotu...

Śmieją się jeszcze bardziej teraz, przy ognisku. A ubrania się suszą, bo gumowe wdzianka wcale szczelne nie były.

Powiadają, że podróże kształcą... Trwa na ten temat ożywiona dyskusja... Spaliliśmy już w ognisku prawie cały las. A to wyjątkowa rozrzutnośł. Na Alasce przypada około 2 500 000 drzew na jednego Alaskańczyka. I prawdopodobnie dlatego za wiązkę pięciu szczapek płaci się od 5 dolców w górę. W ciągu dwóch dni spaliliśmy więc prawdopodobnie około miliona dolarów.

Przynajmniej auta odpoczęły...

 

21.08.2011 Paxson, Alaska

Do końca wyprawy jeszcze daleko, ale pożegnań czas już nastał. Kontynuujemy w podgrupach. Ala, Seku i Krzyś pojechali do Denali Park, a Skuteczny, Prezes i Oberżyświat dwoma autami spłynęli jeszcze raz na południe. Do Valdez. Przewodniki zachwalają ten kierunek jako oszałamiającą krainę lodowców, wodospadów, jezior, gór i lasów. Nieprawdopodobne, ale przewodniki mają słuszną rację! Na odcinku 100 km zobaczyliśmy więcej lodowców i wodospadów niż w całym doczesnym życiu.

Poza tym, skoro byliśmy na początku ropociągu Valdez nad Morzem Beringa, byliśmy ciekawi, co jest na końcu tej rury. Było warto! Miasteczko rybackie, które jak każde miasteczko rybackie na Alasce twierdzi, iż jest stolicą łososia, wreszcie łososie pełnomorskie nam pokazało. Łowi się je przemysłowo sporymi kutrami. Łowi się też rekreacyjnie z łódek i z nabrzeża. Okazy solidne, do kilkunastu kilogramów.

Nawiasem mówiąc, łowienie łososi to czynnośł zapewniająca długowiecznośł! Przed kilkoma dniami mistrzostwa Alaski w łowieniu łososia czerwonego wędką wygrała obywatelka mająca 93 lata. Wnuk (z wyglądu starzec) pomagał tylko w podniesieniu zwycięskiej sztuki podbierakiem! A jak tu nie pokochał Alaski?

Valdez ma też inne powody do sławy (prócz urody otoczonego lodowcami fiordu). W 1898 wybuchła i tu gorączka złota. Tysiące śmiałków ruszyło przez lodowiec (oczywiście też Valdez) w stronę mitycznego Klondike. Według legendy przeżył co dziesiąty. Gorączka złota wygasła. Potem przyszło trzęsienie ziemi i tsunami... W Wielki Piątek 1964 roku. Miasto zbudowano od nowa kilka kilometrów obok. W latach siedemdziesiątych popłynęła do Valdez ropa (płynie do dzisiaj rurociągiem transalaskim 2 miliony baryłek na dobę!). A potem sławy wątpliwej dodała Valdez katastrofa w pobliskiej zatoce tankowca Exxon Valdez... W 1989 roku. Oczywiście też w Wielki Piątek. I o tym opowiadają tutejsze muzeum i przewodnicy. Jest się nad czym zadumał... Może powinni zmienił nazwę na Wielki Piątek?

Zawinęliśmy ogonem i pojechaliśmy na północ szosą nr 4. Wiedzie oczywiście wzdłuż rurociągu. Lodowce gór Chugach i Wranglla pożegnały nas pokazem tęcz wszelkich rozmiarów. PóĹşną nocą dotarliśmy do Paxton. Paxton w zasadzie składa się z jednego budynku – obdrapanego motelu. Pokój kosztował 90 dolców. Skromnie spytaliśmy, czy nie ma czegoś tańszego? Tak, jest – odpowiedziała właścicielka – 60 mil na północ, albo 100 mil na południe...

Wybraliśmy 1 milę na zachód i rozbiliśmy się nad potokiem. Misi jak zwykle nie widał...

 

22.08.2011 Denali Park, Alaska

Zasnęliśmy latem – obudziliśmy się jesienią! Zasnęliśmy wśród żółciejącej zieleni – obudziliśmy wśród czerwieniejącej żółci. I nie było to złudzenie świetlne. Ani efekt triduum urodzinowego Prezesa. Po prostu świat kosodrzewiny zmienił kolor!

Dookoła dominuje czerwień, miedĹş, złoto. Feeria barw parująca po deszczowej nocy. Płaskowyż u podnóża Gór Alaskańskich to ciąg dolin i wykrotów, jezior i strumieni. Drzew niewiele. Krzewy poszły w karmin, samosiejka (sięgająca kolan) brzóz i topoli w złoto i pomarańcz.

Wśród takiego bajkowego krajobrazu przejechaliśmy około trzystu kilometrów Denali HWY, a gdzie się dało zjeżdżaliśmy w bok. W dodatku kapryśna aura fundowała nam co krok a to słoneczny wybuch, a to gwałtowny deszcz i brunatne chmury. Krajobraz chwilami ekstatycznie sielski, a moment póĹşniej budzący grozę...

Zwierząt żadnych! Choł urodzaj jagód olbrzymi. Za to myśliwych sporo. Chyba nawet zbyt wielu. Jedyne karibu jakie spotkaliśmy leżały zastrzelone na pakach tych wszystkich dodge'ów, chevroletów, fordów, na bagażnikach quadów... Sezon na karibu w pełni.

Pod wieczór rozpaliliśmy grilla na kempingu już w Narodowym Parku Denali. Zobaczymy czy McKinley tym razem będzie dla nas łaskawsza...

Zrobiliśmy też pranie. Rzecz o tyle warta uwagi, że polega na wrzuceniu brudów i pieniędzy do wielkich publicznych pralek. Po kwadransie wypluły pranie nadal brudne, ale przynajmniej mokre. Więc wrzuciliśmy odzienie do suszarek. Razem z pieniędzmi... Wypluło brudne i nadal mokre. I bez pieniędzy! Daję słowo, że o proszku nie zapomnieliśmy. Wydłubujemy teraz jego drobiny z ciuchów, bo się jakoś nie rozpuścił...

Ala, Seku i Krzyś są już gdzieś pod Anchorage. Zameldowali, że McKinley widzieli...

 

23.08.2011 Denali Park, Alaska

Kilka parków narodowych w życiu widzieliśmy. Nie wszystkie zasługiwały na swój status. Natomiast Alaska praktycznie jest jednym wielkim Parkiem (i dużej litery używam tu celowo). Skoro jednak częśł terytorium oddano rdzennym mieszkańcom czyli Atabaskom, a częśł sprzedano prywatnym osobom i firmom (głównie naftowym), to trzeba było parki stworzył. A potem powiększył. Rekordzistą był prezydent Carter, jednym podpisem oddał właśnie pod straż parkową obszary większe niż większośł europejskich krajów i częśł stanów USA. Jednym z największych jest Denali National Park. Milionów hektarów nie podam, bo nie umiem przeliczał akrów amerykańskich (są jeszcze chyba angielskie) na liczby zrozumiałe dla ludzi normalnych – w każdym razie jest większy od Czech, Słowacji i Moraw razem wziętych.

Po Parku Denali można podróżował (wędrował?) indywidualnie lub z przewodnikiem, ale trzeba się wpierw zapisał w kolejce, do atrakcyjniejszych miejsc nawet z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. My czasu na takie mecyje nie mamy, a na co nieco możemy poświęcił jeden dzień tylko. Wybraliśmy wycieczkę autobusową na dystansie ok. 100 mil. (niewiele Wam to powie, ale znów trzeba by przeliczał na kilometry według bardzo trudnego klucza – będzie tego ze 160 km) Z powrotem tyle samo. 11 godzin (godzina w Ameryce ma tyle samo minut co w reszcie świata, ale pewnie coś tam jeszcze wykombinują...). Od 7.00. Wstaliśmy z trudem bo byliśmy po triduum urodzinowym...

Autobus kosztuje 50 dolców (trzeba by to przeliczył, ale nie znamy aktualnego kursu) od osoby i składa się z autobusu oraz kierowcy. Autobus ma około 40 lat, kierowca 2 razy więcej. W Ameryce też nie wiedzieł czemu mają na ogół 365 dni. Dodatkiem do kierowcy jest zestaw mikrofonowy przez który przez 11 godzin gada.

Następnie autobus (pełen sześłdziesięciolatków oraz ich rodziców – czujemy się beniaminkami) wjeżdża do Parku witany przez panią strażniczkę przyrody wyglądającą dokładnie jak ta z filmów rysunkowych o Misiu Yogim. I ma tyle lat co kierowca.

Wtedy mniej więcej zaczyna padał deszcz i przez zaparowane szyby (autobus nie ma wentylacji, kierowca rozdaje papier toaletowy do przecierania szyb) nie widał nic. A gdyby nie padało, to też nic nie widał, bo jedziemy powyżej dolnego pułapu chmur. Zimno przeraĹşliwie (niestety temperaturę podają w jednostkach przeliczeniowych jakiegoś faceta na literę F). I wtedy wychodzi na drogę ponad tysiącfuntowy miś grizzly. (są funty amerykańskie, są angielskie i jeszcze kilka innych, pracujemy nad ich zrozumieniem...) I się gapi! Na nas! A potem się drapie! Jakoś tak... nieprzyzwoicie.

W dodatku postoje trwają co godzinę około 5 minut więc Oberżyświat nie może nadążył z wypaleniem papierosa, a Skuteczny z truchtem do restroomu (nie chodzi o restaurację, takich w Parku nie prowadzą), Prezes i tak śpi po triduum...

No dobra! Tyle żartów... Wycieczka – mimo mżawki – była fantastyczna. Kolory jesieni jeszcze głębsze niż wczoraj. Krzaczki jagody mają liście ciemniejsze niż u nas jarzębina! Misi widzieliśmy 6. Wszystkie tłuste jak jasny gwint. A dwa podeszły dosłownie na odległośł chuchnięcia. Płeł do stwierdzenia – jak to u tłuściocha – trudna. Pokazało nam się też parę innych zwierząt – wielgachny samiec łosia, kilka karibu i owiec... zapomniałem nazwy encyklopedycznej. Sporo ptactwa poza parkiem łownego. Aparat fotograficzny wysiadł zupełnie (elektronika), ale coś tam manualnie Oberżyświat napstrykał więc dowody mamy i załączamy.

Ciekawostka – w całym Parku Denali nie można kupił nic do jedzenia, nic do picia, nie ma dostępu do telefonu publicznego, ani do zasięgu telefonii komórkowej.

Dzień więc pełen wrażeń, a Prezes wyspany... No kilometrów własnym autem nie zrobiliśmy żadnych... Na mapie kreślimy jednak trasę pokonaną przez autobus.

 

24.08.2011 Nad Trapper Creek, Alaska

Dziś wczesnym ranem Ala, Sergiusz i Krzysztof odstawili auta do Anchorage i wsiedli w samolot do Europy. Lecieł będą ponad 30 godzin. Po drodze odwiedzą Waszyngton. Wizyta będzie krótsza niż pobyt Obamy w Warszawie.

My w tym czasie suszymy się po deszczu w Denali Park i pakujemy namiot, plandeki przeciwdeszczowe. Ponure zajęcie. Jedyne pocieszenie, iż następna pościel czeka już w domu. Ostatnie śniadanie przy prymusie, ostatnia kawa, ostatni ząbek czosnku Skutecznego... Ruszyliśmy w stronę Anchorage przed ósmą rano. Wyprzedzaliśmy myśliwych, którzy dumnie na bagażnikach wieĹşli trofea. Nie wszystkie były apetyczne. Daleko nie ujechaliśmy. Po kilkudziesięciu kilometrach tankowanie wypadło nam w Trapper Creek. Miejscowośł składa się z jednego budynku – połączenie stacji benzynowej, sklepu, motelu i knajpki.

Gdy Oberżyświat zobaczył, że jest bezprzewodowy internet, podwójne espresso za 1,1 dolara, przysiadł z wrażenia. A gdy jeszcze zerknął w stronę parzącej kawę gospodyni... przepadł...

Prezes i Skuteczny pożegnali go z żalem. Pojechali do Anchorage. Odstawili auta na parking całoroczny. Zjedli ostatni kawałek łososia. Wypili ostatni kieliszek destylatu o łososiowym aromacie. I złożyli swe zacne ciała w pościeli łososiowego koloru. Odlecą do Europy świtem 25 sierpnia. Oberżyświat ich przed odlotem nie dogonił...

 

25.08.2011 Nad Trapper Creek, Alaska

Samotnośł oberżyświatowania nie była nudna. Stacja benzynowa, na której zostałem, uroku miała wiele, a ponieważ w promieniu ładnych paru kilometrów konkurencji żadnej, ruch spory. Okazuje się, że w lesie mieszka lub pracuje w sezonie całkiem sporo osób. I wszyscy w przystacyjnej knajpce zjawiają się co najmniej raz dziennie. Na frekwencję niebagatelny wpływ ma obecnośł dwóch uroczych barmanek, które w sumie mają tyle lat, ile piszący te słowa...

Czas na odrobinę podsumowań.

Kilometrów zrobiliśmy więcej niż planowaliśmy – 13 555 (plus co nieco na dojazd do Gdyni i rejs przez Atlantyk). Offroadu było zdecydowanie mniej niż nam się marzyło. Ameryka to niestety „asfaltowy saloon”. Miasta amerykańskie dla wyprawowiczów były w większości odpychające i nudne. Prowincja zachwycająca. Interior powala na kolana.

Za dużo w Ameryce jest: drzew, ograniczeń prędkości, dolarów, samochodów, komarów, myśliwych, grzybów, jezior, ludzi otyłych, broni palnej, poroży (jelenich), wałęsających się łosi, soli w Kanadzie (w kanadyjskiej kuchni), cukru w USA (chołby w chlebie), podatków federalnych i stanowych, turystów, motocyklistów, quadów, fast foodów, emerytów oraz ich rodziców. I Polaków...

Za mało w Ameryce jest: nieogrodzonych terenów, tanich noclegowni, chleba (uczciwego nie ma właściwie wcale), zbieraczy złomu, Amerykanów (poza Nowym Jorkiem jest luĹşno, na Alasce wręcz pusto), znaczków pocztowych i kart telefonicznych, gatunków przyzwoitego piwa, uprzejmych kelnerek, żywności nie przetworzonej, kieliszków przyzwoitej pojemności, samotnych kobiet, słonecznych dni na Alasce.

W nocy wreszcie nie będę słyszał chrapania kolegów.

 

26.08.2011 Anchorage, Alaska

Porządki internetowe na wiele snu nie pozwoliły. Droga do Anchorage niezbyt daleka, ale bez  auta jak bez ręki. Autostop na Alasce jest jednak dużo łatwiejszy niż w Europie. Zatrzymuje się praktycznie co drugie auto. Wędrowiec – gdy schludny – zapraszany do auta jest chętnie. Znudzeni jazdą na długich dystansach kierowcy chętnie oddają nieznajomemu kierownicę.

Do Anchorage dotarłem w dwie i pół godziny. Na zwiedzanie chciałem poświęcił cały dzień, ale po godzinie okazało się, że zwiedziłem wszystko. Po dwóch godzinach czułem się jakbym mieszkał tu od dwóch lat. Miejskośł mocno umowna i ograniczona do ścisłego centrum.

Z apetytem zjadłem ostatni (tak mi się wydawało) chowder (rodzaj gęstej zupy) z łososia i małż. Pycha i wyjątkowo korzystna relacja ceny do jakości. Z kolei wieczorem na ulicznym stoiku z kiełbaskami wtrąciłem „kiełbasę po polsku” (nie zauważyłem zbieżności) i „kaszankę po niemiecku” (kompletnie polska!), popiłem alaskańskim Amberem i poszedłem spał. Myślałem że na amerykańskiej ziemi po raz ostatni...

 

27.08.2011 Anchorage, Alaska

Lotnisko w Anchorage ma dwie charakterystyczne cechy. Pierwsza, to ilośł parkujących tu samolotów. Jest ich więcej niż pasażerów! Dosłownie setki awionetek i innych maluchów. Cecha drugą, dla mnie arcyważną jest to, że z Anchorage samoloty odlatują tylko... czasem. Otóż huragan „Irena” sparaliżował ruch lotniczy nad połową USA...

Pozostała piątka zdążyła tuż przed. Są już w domu!

Ktoś inny pewnie by się martwił. Ja nie. Wpierw odpocznę w hotelu na koszt linii Continental. A potem pewnie spróbuję wpław wydostał się z alaskańskiej pułapki.

A może poczekam, aż w lutym przyjadą koledzy? Może potrenuję powożenie psimi zaprzęgami? Może opanuję język Atabasków? Może nauczę się strzelał z łuku? Może odnajdę tę wymarzoną Eskimoskę Krzysia?

Dowiecie się o tym pierwsi!

I to by było chwilowo (tegorocznie) na tyle...

P.S. Długo zastanawiałem się, które zdjęcie „powiesił” na końcu naszej trasy. Wybrałem to ze spotkania alaskańskich dróg nr 1 i 4. Bo lubię czternastki! Wielka NiedĹşwiedzica prowadziła nas przez Amerykę pod szczęśliwą gwiazdą. Może wydostanie stąd Oberżyświata?!

 

21.08.2011 Paxson, Alaska

Do końca wyprawy jeszcze daleko, ale pożegnań czas już nastał. Kontynuujemy w podgrupach. Ala, Seku i Krzyś pojechali do Denali Park, a Skuteczny, Prezes i Oberżyświat dwoma autami spłynęli jeszcze raz na południe. Do Valdez. Przewodniki zachwalają ten kierunek jako oszałamiającą krainę lodowców, wodospadów, jezior, gór i lasów. Nieprawdopodobne, ale przewodniki mają słuszną rację! Na odcinku 100 km zobaczyliśmy więcej lodowców i wodospadów niż w całym doczesnym życiu.

Poza tym, skoro byliśmy na początku ropociągu Valdez nad Morzem Beringa, byliśmy ciekawi, co jest na końcu tej rury. Było warto! Miasteczko rybackie, które jak każde miasteczko rybackie na Alasce twierdzi, iż jest stolicą łososia, wreszcie łososie pełnomorskie nam pokazało. Łowi się je przemysłowo sporymi kutrami. Łowi się też rekreacyjnie z łódek i z nabrzeża. Okazy solidne, do kilkunastu kilogramów.

Nawiasem mówiąc, łowienie łososi to czynnośł zapewniająca długowiecznośł! Przed kilkoma dniami mistrzostwa Alaski w łowieniu łososia czerwonego wędką wygrała obywatelka mająca 93 lata. Wnuk (z wyglądu starzec) pomagał tylko w podniesieniu zwycięskiej sztuki podbierakiem! A jak tu nie pokochał Alaski?

Valdez ma też inne powody do sławy (prócz urody otoczonego lodowcami fiordu). W 1898 wybuchła i tu gorączka złota. Tysiące śmiałków ruszyło przez lodowiec (oczywiście też Valdez) w stronę mitycznego Klondike. Według legendy przeżył co dziesiąty. Gorączka złota wygasła. Potem przyszło trzęsienie ziemi i tsunami... W Wielki Piątek 1964 roku. Miasto zbudowano od nowa kilka kilometrów obok. W latach siedemdziesiątych popłynęła do Valdez ropa (płynie do dzisiaj rurociągiem transalaskim 2 miliony baryłek na dobę!). A potem sławy wątpliwej dodała Valdez katastrofa w pobliskiej zatoce tankowca Exxon Valdez... W 1989 roku. Oczywiście też w Wielki Piątek. I o tym opowiadają tutejsze muzeum i przewodnicy. Jest się nad czym zadumał... Może powinni zmienił nazwę na Wielki Piątek?

Zawinęliśmy ogonem i pojechaliśmy na północ szosą nr 4. Wiedzie oczywiście wzdłuż rurociągu. Lodowce gór Chugach i Wranglla pożegnały nas pokazem tęcz wszelkich rozmiarów. PóĹşną nocą dotarliśmy do Paxton. Paxton w zasadzie składa się z jednego budynku – obdrapanego motelu. Pokój kosztował 90 dolców. Skromnie spytaliśmy, czy nie ma czegoś tańszego? Tak, jest – odpowiedziała właścicielka – 60 mil na północ, albo 100 mil na południe...

Wybraliśmy 1 milę na zachód i rozbiliśmy się nad potokiem. Misi jak zwykle nie widał...

 

22.08.2011 Denali Park, Alaska

Zasnęliśmy latem – obudziliśmy się jesienią! Zasnęliśmy wśród żółciejącej zieleni – obudziliśmy wśród czerwieniejącej żółci. I nie było to złudzenie świetlne. Ani efekt triduum urodzinowego Prezesa. Po prostu świat kosodrzewiny zmienił kolor!

Dookoła dominuje czerwień, miedĹş, złoto. Feeria barw parująca po deszczowej nocy. Płaskowyż u podnóża Gór Alaskańskich to ciąg dolin i wykrotów, jezior i strumieni. Drzew niewiele. Krzewy poszły w karmin, samosiejka (sięgająca kolan) brzóz i topoli w złoto i pomarańcz.

Wśród takiego bajkowego krajobrazu przejechaliśmy około trzystu kilometrów Denali HWY, a gdzie się dało zjeżdżaliśmy w bok. W dodatku kapryśna aura fundowała nam co krok a to słoneczny wybuch, a to gwałtowny deszcz i brunatne chmury. Krajobraz chwilami ekstatycznie sielski, a moment póĹşniej budzący grozę...

Zwierząt żadnych! Choł urodzaj jagód olbrzymi. Za to myśliwych sporo. Chyba nawet zbyt wielu. Jedyne karibu jakie spotkaliśmy leżały zastrzelone na pakach tych wszystkich dodge'ów, chevroletów, fordów, na bagażnikach quadów... Sezon na karibu w pełni.

Pod wieczór rozpaliliśmy grilla na kempingu już w Narodowym Parku Denali. Zobaczymy czy McKinley tym razem będzie dla nas łaskawsza...

Zrobiliśmy też pranie. Rzecz o tyle warta uwagi, że polega na wrzuceniu brudów i pieniędzy do wielkich publicznych pralek. Po kwadransie wypluły pranie nadal brudne, ale przynajmniej mokre. Więc wrzuciliśmy odzienie do suszarek. Razem z pieniędzmi... Wypluło brudne i nadal mokre. I bez pieniędzy! Daję słowo, że o proszku nie zapomnieliśmy. Wydłubujemy teraz jego drobiny z ciuchów, bo się jakoś nie rozpuścił...

Ala, Seku i Krzyś są już gdzieś pod Anchorage. Zameldowali, że McKinley widzieli...

 

23.08.2011 Denali Park, Alaska

Kilka parków narodowych w życiu widzieliśmy. Nie wszystkie zasługiwały na swój status. Natomiast Alaska praktycznie jest jednym wielkim Parkiem (i dużej litery używam tu celowo). Skoro jednak częśł terytorium oddano rdzennym mieszkańcom czyli Atabaskom, a częśł sprzedano prywatnym osobom i firmom (głównie naftowym), to trzeba było parki stworzył. A potem powiększył. Rekordzistą był prezydent Carter, jednym podpisem oddał właśnie pod straż parkową obszary większe niż większośł europejskich krajów i częśł stanów USA. Jednym z największych jest Denali National Park. Milionów hektarów nie podam, bo nie umiem przeliczał akrów amerykańskich (są jeszcze chyba angielskie) na liczby zrozumiałe dla ludzi normalnych – w każdym razie jest większy od Czech, Słowacji i Moraw razem wziętych.

Po Parku Denali można podróżował (wędrował?) indywidualnie lub z przewodnikiem, ale trzeba się wpierw zapisał w kolejce, do atrakcyjniejszych miejsc nawet z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. My czasu na takie mecyje nie mamy, a na co nieco możemy poświęcił jeden dzień tylko. Wybraliśmy wycieczkę autobusową na dystansie ok. 100 mil. (niewiele Wam to powie, ale znów trzeba by przeliczał na kilometry według bardzo trudnego klucza – będzie tego ze 160 km) Z powrotem tyle samo. 11 godzin (godzina w Ameryce ma tyle samo minut co w reszcie świata, ale pewnie coś tam jeszcze wykombinują...). Od 7.00. Wstaliśmy z trudem bo byliśmy po triduum urodzinowym...

Autobus kosztuje 50 dolców (trzeba by to przeliczył, ale nie znamy aktualnego kursu) od osoby i składa się z autobusu oraz kierowcy. Autobus ma około 40 lat, kierowca 2 razy więcej. W Ameryce też nie wiedzieł czemu mają na ogół 365 dni. Dodatkiem do kierowcy jest zestaw mikrofonowy przez który przez 11 godzin gada.

Następnie autobus (pełen sześłdziesięciolatków oraz ich rodziców – czujemy się beniaminkami) wjeżdża do Parku witany przez panią strażniczkę przyrody wyglądającą dokładnie jak ta z filmów rysunkowych o Misiu Yogim. I ma tyle lat co kierowca.

Wtedy mniej więcej zaczyna padał deszcz i przez zaparowane szyby (autobus nie ma wentylacji, kierowca rozdaje papier toaletowy do przecierania szyb) nie widał nic. A gdyby nie padało, to też nic nie widał, bo jedziemy powyżej dolnego pułapu chmur. Zimno przeraĹşliwie (niestety temperaturę podają w jednostkach przeliczeniowych jakiegoś faceta na literę F). I wtedy wychodzi na drogę ponad tysiącfuntowy miś grizzly. (są funty amerykańskie, są angielskie i jeszcze kilka innych, pracujemy nad ich zrozumieniem...) I się gapi! Na nas! A potem się drapie! Jakoś tak... nieprzyzwoicie.

W dodatku postoje trwają co godzinę około 5 minut więc Oberżyświat nie może nadążył z wypaleniem papierosa, a Skuteczny z truchtem do restroomu (nie chodzi o restaurację, takich w Parku nie prowadzą), Prezes i tak śpi po triduum...

 

No dobra! Tyle żartów... Wycieczka – mimo mżawki – była fantastyczna. Kolory jesieni jeszcze głębsze niż wczoraj. Krzaczki jagody mają liście ciemniejsze niż u nas jarzębina! Misi widzieliśmy 6. Wszystkie tłuste jak jasny gwint. A dwa podeszły dosłownie na odległośł chuchnięcia. Płeł do stwierdzenia – jak to u tłuściocha – trudna. Pokazało nam się też parę innych zwierząt – wielgachny samiec łosia, kilka karibu i owiec... zapomniałem nazwy encyklopedycznej. Sporo ptactwa poza parkiem łownego. Aparat fotograficzny wysiadł zupełnie (elektronika), ale coś tam manualnie Oberżyświat napstrykał więc dowody mamy i załączamy.

Ciekawostka – w całym Parku Denali nie można kupił nic do jedzenia, nic do picia, nie ma dostępu do telefonu publicznego, ani do zasięgu telefonii komórkowej.

Dzień więc pełen wrażeń, a Prezes wyspany... No kilometrów własnym autem nie zrobiliśmy żadnych... Na mapie kreślimy jednak trasę pokonaną przez autobus.

 

24.08.2011 Nad Trapper Creek, Alaska

Dziś wczesnym ranem Ala, Sergiusz i Krzysztof odstawili auta do Anchorage i wsiedli w samolot do Europy. Lecieł będą ponad 30 godzin. Po drodze odwiedzą Waszyngton. Wizyta będzie krótsza niż pobyt Obamy w Warszawie.

My w tym czasie suszymy się po deszczu w Denali Park i pakujemy namiot, plandeki przeciwdeszczowe. Ponure zajęcie. Jedyne pocieszenie, iż następna pościel czeka już w domu. Ostatnie śniadanie przy prymusie, ostatnia kawa, ostatni ząbek czosnku Skutecznego... Ruszyliśmy w stronę Anchorage przed ósmą rano. Wyprzedzaliśmy myśliwych, którzy dumnie na bagażnikach wieĹşli trofea. Nie wszystkie były apetyczne. Daleko nie ujechaliśmy. Po kilkudziesięciu kilometrach tankowanie wypadło nam w Trapper Creek. Miejscowośł składa się z jednego budynku – połączenie stacji benzynowej, sklepu, motelu i knajpki.

Gdy Oberżyświat zobaczył, że jest bezprzewodowy internet, podwójne espresso za 1,1 dolara, przysiadł z wrażenia. A gdy jeszcze zerknął w stronę parzącej kawę gospodyni... przepadł...

Prezes i Skuteczny pożegnali go z żalem. Pojechali do Anchorage. Odstawili auta na parking całoroczny. Zjedli ostatni kawałek łososia. Wypili ostatni kieliszek destylatu o łososiowym aromacie. I złożyli swe zacne ciała w pościeli łososiowego koloru. Odlecą do Europy świtem 25 sierpnia. Oberżyświat ich przed odlotem nie dogonił...

 

25.08.2011 Nad Trapper Creek, Alaska

Samotnośł oberżyświatowania nie była nudna. Stacja benzynowa, na której zostałem, uroku miała wiele, a ponieważ w promieniu ładnych paru kilometrów konkurencji żadnej, ruch spory. Okazuje się, że w lesie mieszka lub pracuje w sezonie całkiem sporo osób. I wszyscy w przystacyjnej knajpce zjawiają się co najmniej raz dziennie. Na frekwencję niebagatelny wpływ ma obecnośł dwóch uroczych barmanek, które w sumie mają tyle lat, ile piszący te słowa...

Czas na odrobinę podsumowań.

Kilometrów zrobiliśmy więcej niż planowaliśmy – 13 555 (plus co nieco na dojazd do Gdyni i rejs przez Atlantyk). Offroadu było zdecydowanie mniej niż nam się marzyło. Ameryka to niestety „asfaltowy saloon”. Miasta amerykańskie dla wyprawowiczów były w większości odpychające i nudne. Prowincja zachwycająca. Interior powala na kolana.

Za dużo w Ameryce jest: drzew, ograniczeń prędkości, dolarów, samochodów, komarów, myśliwych, grzybów, jezior, ludzi otyłych, broni palnej, poroży (jelenich), wałęsających się łosi, soli w Kanadzie (w kanadyjskiej kuchni), cukru w USA (chołby w chlebie), podatków federalnych i stanowych, turystów, motocyklistów, quadów, fast foodów, emerytów oraz ich rodziców. I Polaków...

Za mało w Ameryce jest: nieogrodzonych terenów, tanich noclegowni, chleba (uczciwego nie ma właściwie wcale), zbieraczy złomu, Amerykanów (poza Nowym Jorkiem jest luĹşno, na Alasce wręcz pusto), znaczków pocztowych i kart telefonicznych, gatunków przyzwoitego piwa, uprzejmych kelnerek, żywności nie przetworzonej, kieliszków przyzwoitej pojemności, samotnych kobiet, słonecznych dni na Alasce.

W nocy wreszcie nie będę słyszał chrapania kolegów.

 

26.08.2011 Anchorage, Alaska

Porządki internetowe na wiele snu nie pozwoliły. Droga do Anchorage niezbyt daleka, ale bez  auta jak bez ręki. Autostop na Alasce jest jednak dużo łatwiejszy niż w Europie. Zatrzymuje się praktycznie co drugie auto. Wędrowiec – gdy schludny – zapraszany do auta jest chętnie. Znudzeni jazdą na długich dystansach kierowcy chętnie oddają nieznajomemu kierownicę.

Do Anchorage dotarłem w dwie i pół godziny. Na zwiedzanie chciałem poświęcił cały dzień, ale po godzinie okazało się, że zwiedziłem wszystko. Po dwóch godzinach czułem się jakbym mieszkał tu od dwóch lat. Miejskośł mocno umowna i ograniczona do ścisłego centrum.

Z apetytem zjadłem ostatni (tak mi się wydawało) chowder (rodzaj gęstej zupy) z łososia i małż. Pycha i wyjątkowo korzystna relacja ceny do jakości. Z kolei wieczorem na ulicznym stoiku z kiełbaskami wtrąciłem „kiełbasę po polsku” (nie zauważyłem zbieżności) i „kaszankę po niemiecku” (kompletnie polska!), popiłem alaskańskim Amberem i poszedłem spał. Myślałem że na amerykańskiej ziemi po raz ostatni...

 

27.08.2011 Anchorage, Alaska

Lotnisko w Anchorage ma dwie charakterystyczne cechy. Pierwsza, to ilośł parkujących tu samolotów. Jest ich więcej niż pasażerów! Dosłownie setki awionetek i innych maluchów. Cecha drugą, dla mnie arcyważną jest to, że z Anchorage samoloty odlatują tylko... czasem. Otóż huragan „Irena” sparaliżował ruch lotniczy nad połową USA...

Pozostała piątka zdążyła tuż przed. Są już w domu!

Ktoś inny pewnie by się martwił. Ja nie. Wpierw odpocznę w hotelu na koszt linii Continental. A potem pewnie spróbuję wpław wydostał się z alaskańskiej pułapki.

A może poczekam, aż w lutym przyjadą koledzy? Może potrenuję powożenie psimi zaprzęgami? Może opanuję język Atabasków? Może nauczę się strzelał z łuku? Może odnajdę tę wymarzoną Eskimoskę Krzysia?

Dowiecie się o tym pierwsi!

I to by było chwilowo (tegorocznie) na tyle...

 

P.S. Długo zastanawiałem się, które zdjęcie „powiesił” na końcu naszej trasy. Wybrałem to ze spotkania alaskańskich dróg nr 1 i 4. Bo lubię czternastki! Wielka NiedĹşwiedzica prowadziła nas przez Amerykę pod szczęśliwą gwiazdą. Może wydostanie stąd Oberżyświata?!