RAJD WENECJA - PEKIN 2015


18.06. 2015, Wenecja

stan licznika: 0 km

 

Za chwilę przekręcę kluczyk w stacyjce, uruchomię silnik i ruszę na kraniec świata. Przed dwoma laty kończyłem opis dwumiesięcznej wyprawy do Tybetu następującymi słowy: „Koniec każdej podróży, to zarazem początek następnej…  Co powiecie na trasę Marco Polo? WENECJA – PEKIN! Brzmi nieźle? Od jutra szukamy kompanii!”

W ciągu tych dwóch lat w domu bywałem rzadko. Plecak , samochód, samolot… Kilkanaście krajów, kilka kontynentów. Ale ciągle i do Wenecji i do Pekinu było daleko.  Wreszcie dzisiaj mogę odpalić lokalizator GPS. Gdzie? W Wenecji koło Żnina! Na co nam gondole i włoskie komary, skoro mamy własną Wenecję. A że Pekinu na polskiej mapie nie znalazłem, to i droga przed nami daleka. Tysiące kilometrów. I wrażeń. I marzeń.

Ruszamy tym razem konwojem ośmiu samochodów. Każdy z nich to osobna historia. Ich pasażerowie to też wiele podróżnych opowieści. Będzie o czym gawędzić przy ognisku.

Pytanie podstawowe: DOKĄD? A gdy już wiadomo, że do Pekinu, kolejne: DLACZEGO? Jak długo bym się nie starał definiować tej Wenecji i tego Pekinu, nie wymyślę nic lepszego ponad genialnie proste słowa, które uwiecznił w 1954 roku Nicolas Bouvier w „Oswajaniu świata”, kultowej książce wszystkich podróżników. Nicolas, wtedy dwudziestoczteroletni szczyl, napisał: „żadna podróż nie potrzebuje uzasadnień”. Rozbroił mnie tym stwierdzeniem. Bo miał absolutną rację! No bo dlaczego nie Wenecja? Dlaczego nie Pekin?

Przez najbliższe tygodnie zastanawiać się jednak będziemy nad czym innym. Czy Marco Polo był w tych Chinach? Badacze „Opisania świata” podzieleni są i skłóceni od ośmiu wieków. Dowodów i kontrdowodów są setki. A my mamy dwa miesiące na szukanie odpowiedzi własnych. Czy można spędzić w Chinach kilkanaście lat i nie powiedzieć nikomu o istnieniu Chińskiego Muru?

Nie wiadomo nawet gdzie ten Marco Polo się urodził. Chorwaci i Włosi wyrywają sobie prawa do korzeni weneckiego kupca od lat. Chcemy dołączyć do tych windykacji. Może ten Marek był nasz? Wiadomo przecież, że wbrew temu co twierdził sam Marco, wcale nie był pierwszym Europejczykiem w Chinach. Dla nas najistotniejsze jest, że pół wieku przed Wenecjanami do Państwa Środka dotarł miedzy innymi Benedykt Polak. Dla wakacyjnej więc rozrywki przyjmijmy na użytek naszej podróży, że być może podążamy śladem… Marka Polaka. Stąd ta nasza Wenecja na początek ;)

Dzisiaj w polskiej Wenecji zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia z burmistrzem Żnina Robertem Luchowskim, który tym samym jest naszym pierwszym kibicem. Wręczył nam dyplom, którym uhonorujemy tę załogę, która do Pekinu nawinie… najmniej kilometrów i ustanowi rekord trasy. Pobić go może w przyszłości każdy z Was.

Pokłoniliśmy się więc chatom w Biskupinie, zamoczyliśmy stopy i opony w Jeziorze Weneckim i ruszamy. Na początek w stronę Litwy. Trzymajcie za nas kciuki!

 

 

20.06. 2015, Wilno

stan licznika: 680 km

 

Przejazd z Wielkopolski na Litwę traktujemy komunikacyjnie, a nie turystycznie. Postoje tylko techniczno-higieniczne. Jak długo człek nie przygotowywałby się do podróży i jak starannie by się nie pakował, pinkli jest zawsze za dużo, a miejsca za mało. Upychamy więc i dopychamy nogą co się da, a podłogi w aucie ciągle nie widać. Wody do zbiorników wlewamy dużo, paliwa mało, bo im dalej na wschód, tym powinno być taniej. Podobnie z zapasem koniecznych w podróży napitków.

Granica litewska teoretycznie niezauważalna. Można by ją przegapić, gdyby nie nagła zmiana cywilizacyjna. Polskie wsie i miasteczka, które żegnamy, jawią się jak kraina dobrobytu i ludzkiej zapobiegliwości oraz przedsiębiorczości. Litewska prowincja wyglądem nie przypomina ziemi obiecanej. Opuszczone domy, zaniedbane gospodarstwa, zbankrutowane smolbiznesy, ugory zamiast upraw. Zaskoczenie? Dla Polaków zapewne tak. Litwini zdziwieni nie są. Procentowa emigracja z Litwy jest kilkakrotnie wyższa niż z Polski. Może więc przesadzamy narzekając na polską młodzież, która szuka szans na „zielonych wyspach”. To Litwini mają się czym troskać.

Lepiej litewską teraźniejszość można dopiero docenić w samym Wilnie. Wczorajszym wieczorem miasto powitało nas pokazem ogni sztucznych i tłumem rozbawionych ludzi na ulicach i w parkach. Weekend „sobótkowy” wciągnął i nas. Zamiast dzisiejszego poranka gnać na północ, spacerujemy po Starym Mieście i Zarzeczu. Pokłony przed mickiewiczowskimi śladami i przyklęk przed Ostrobramską to oczywistość. Zdziwienie budzi podniebna restauracja przed miejskim ratuszem – pod potężnym dźwigiem dziesięć pięter nad ziemią unosi się stół, kilkanaście foteli i kelnerzy serwujący szampana. Miejsc wolnych brak. Dziwna inwestycja w sercu barokowej Starówki. Z kolei wsiąkanie w Republikę Zarzecza to już inna bajka. Republikę założyli niezależni artyści w dwóch rozpadających się domach za Wilejką kilkanaście lat temu. Dzisiaj to już cała dzielnica knajpek, galerii, artystowskie podwórka i tłum kosmopolitycznych spacerowiczów. Całość przypomina coraz bardziej krakowski Kazimierz.

Wyjeżdżamy z kilkugodzinnym poślizgiem.  Mijamy Środek Europy… W 1989 roku Litwini dowartościowali się rysując krechę ze Spitsbergenu po południowy kraniec Wysp Kanaryjskich i od wschodniego końca Uralu po Azory. Linie się przecięły na Litwie. Współrzędne geograficzne 54st.27min. N, 25st. 19min. E wskazały wieś Purniszki 24 kilometry szosą A14 na północ od Wilna. Sprawdziliśmy. Stoi pomnik i łopoczą flagi krajów Unii Europejskiej.

Granica Łotewska czysto teoretyczna. Kraj niby inny, krajobraz identyczny. Droga fatalna. Prowincja przygnębiająca. Trzeba było jechać przez Rygę i nie narzekać… Przed nami majaczy już Rosja Putina…

 

 

21.06. 2015, Sankt Petersburg

stan licznika: 1364 km

 

Stolica carów – jakże by inaczej – powitała nas ogniami sztucznymi. Czy tak będzie na całej naszej trasie? Białe Noce - a dojechaliśmy wczoraj po północy – były niestety raczej czarne bo zachmurzenie spore. Drobny deszczyk nie zniechęcił jednak miejscowych i przybyszy, całą noc towarzyszą nam odgłosy zabawy. Beztroski ten Petersburg…

Wcześniej przejście graniczne do Rosji było kompletnie opustoszałe. Ani tirów, ani turystów. Czyżby sankcje odstraszyły świat od Rosji skutecznie? Formalności graniczne załatwiamy w kwadrans. W bramie do Rosji to rzadkość. Sympatyczni i nieszkodliwi celnicy. Uśmiechnięci pompiarze na stacji benzynowej, przeuprzejme kelnerki w przydrożnych „stajankach” – widać oficjalna propaganda, która robi z nas „brukselskie wilki” działa słabo. Przez Psków wjeżdżamy do miasta-wizji Piotra I Wielkiego. Dziś rządzi ktoś inny, czego doświadczamy już nocą. W Rosji Putina wódki w nocy kupić oficjalnie nie sposób! Choć na ulicach większość przechodniów mocno zanietrzeźwiona. Zmęczeni podróżą w imprezach Białych Nocy nie uczestniczymy. Odpoczywamy przed hotelowym telewizorem. Film wojenny, drugowojenny, ojczyźniany. Nad brzydkimi Niemcami zwyciężają przystojni Rosjanie. Polacy też występują, ale źle im z oczu patrzy, kłamią i co chwilę do Boga się odwołują. W reklamowych przerwach atakuje z ekranu Poroszenko i jego faszystowscy sojusznicy. To już lepiej iść spać…

Dopiero w niedzielę witamy się z było nie było pięknym Pitrem. Turystów tłum. Zagranicznych też sporo. Śródmieści czyste i dostatnie. W sklepach Prady i Zary tłok. W restauracji Jamiego Oliviera stolików wolnych brak. Na Newie i kanałach ruch statków i motorówek. Słońce dopełnia atmosferę beztroski. Uliczne stoiska z pamiątkami oblegane. Gdyby Putin miał kopiejkę z każdej durnoty, na której widnieje jego twarz, byłby bogatszy od Billa Gatesa. A są jeszcze stoiska ewidentnie polityczne. Eksponuje się nie tylko prezydenta. Nawet w kiosku z gazetami na czterech okładkach rzuca się w oczy Stalin. Jakie czasy, tacy idole.

Sam nie wiem… czy to niedzielny nastrój, czy turystyczny, wycieczkowy szczyt, czy sam Petersburg taki wyjątkowy… kryzysu ani śladu. Może nikt im nie powiedział o sankcjach?

Dopasowujemy się więc do „Pogody dla bogaczy”. Spacerujemy, uśmiechamy, za espresso płacimy 4 dolary, pstrykamy słitfocie. Popołudniem planujemy spotkanie wszystkich ekip naszego Rajdu Pekińskiego pod Aurorą. O 18.38 przesilenie letnie. Skoro więc zaczyna się lato, czym się smucić? Przerwa w nawijaniu kilometrów powinna przecież być sympatyczna.

 

 

22.06. 2015, gdzieś nad Wołgą

stan licznika: 1814 km

 

Podróż taka jak nasza powinna być zbieraniem wrażeń wakacyjnych, zabawnych. W Rosji trudno o żartobliwość. O ile jeszcze Sankt Petersburg poraża dostatkiem i uśmiechem, tak rosyjska prowincja zaskakuje ciągle biedą i smutkiem. Każda podróż w głąb Rosji to jakby zapadanie się w coraz gorzej pachnącym błocie. Im dalej podążamy, tym bardziej widać ślady przeszłości. Żeby Rosję poznać i choć trochę zrozumieć, warto pojechać dalej niż dotarli jej wrogowie. Zewnętrzni. Bo własnych w Rosji też nigdy nie brakowało, ale jednak byli mniej staranni w destrukcji.

Leningrad odbudowywano według standardów Stalina, Chruszczowa, Breżniewa. Architektura dawniejsza ocalała. Brzydko malowana, tynkowana, betonowana, asfaltowana. Ale przynajmniej „pałacami”, jak w Moskwie, nie zmieniono charakteru Wenecji Północy. Potem przyszły wszystkie pierestrojki, putinowki i siermiężny kapitalizm. Bezwzględny dla biedaków, szczodry dla cwaniaków. Więc już nie Leningrad tylko Sankt Petersburg rozbuchał się oszałamiająco. Nawet sami Rosjanie, którzy do Pitra lubią jeździć nie mniej niż na Krym, zaskoczeni są rozmachem zmian. No i najważniejsze, w Pitrze jest praca. Ciągną więc z najdalszych zakątków nie tylko samej Rosji, ale i azjatyckich byłych republik ZSRR. Dziesiątki tysięcy urządzają się w Pitrze nielegalnie. Jak… Meksykanie w USA.

Ale wystarczy się od Pitra oddalić, aby zobaczyć Rosję inną. Prawdziwszą. Wpierw są nowe, szerokie, nowoczesne, wygodne arterie wielopasmowe. Nowoczesne osiedla, centra handlowe nie gorsze niż nad Wisłą. Z upływem kilometrów szosa staje coraz węższa i coraz mniej równa. My w drodze do Pekinu używamy prostych aplikacji GPS, gdyż nawet kupowane na stacjach benzynowych najnowsze mapy są po kilku miesiącach nieaktualne. Szukając najkrótszego szlaku wpierw gubimy asfalt, potem nawet kończy się szuter. Dopóki z przeciwka pojawiają się inne samochody, niepokoju nie odczuwamy. Skoro przejedzie prymitywna marszrutka, to i my damy radę.

Odległe przedmieścia prowincjonalnych miast często wyglądają lepiej niż ich centra. Dacze i ogródki działkowe są bardziej zadbane niż blokowiska na głównych ulicach. Nowobogackie wille sąsiadują z odrapanymi ruderami. Gdy w miasteczku jest prosperujący zakład, od razu świeci w nim słońce. Ale gdy pracodawca – nieważne czy państwowy, czy prywatny – niedomaga, miejscowość też powoli chmurzy się i zdycha.

Wiejska Rosja, owszem, cieszy oko drewnianą, zdobioną przez pokolenia architekturą, ale zaskakuje pospolitą biedą. Domy się pochylają, drewno próchnieje, zdobienia się kruszą, dachy przeciekają. Wiele budynków jest po prostu opuszczonych. Nikt też nie traci czasu na renowację staroci. Najczęściej obok stuletniej chaty buduje się nowy budyneczek z pustaków. Na odbudowę cerkiewek nie ma czasu ani pieniędzy. Droga jest tylko błotnym szlakiem. Ogródki porastają chwastem. Pola leżą odłogiem. Upadek… Te właśnie kontrasty przyciągają naszą uwagę, zmuszają do myślenia, pobudzają do refleksji.

Dotarliśmy do górnej Wołgi, postoje robimy w dziewiczych plenerach.

 

 

22.06. 2015, Jarosław

stan licznika: 2220 km

 

Wieczorem docieramy do Jarosławia. Cudzoziemcy zaglądają tu z rzadka. Szkoda. Nasze wyprawowe pojazdy budzą życzliwą ciekawość. Kolację jemy w nadbrzeżnej restauracji. Wreszcie możemy ucieszyć się przedrewolucyjną architekturą. Mieszkalną, publiczną, cerkiewną. Centrum Jarosławia oparło się zmianom, szanuje swoją przeszłość. Jest gdzie pospacerować. Już po zachodzie słońca na bulwarze nadwołżańskim tłok. Nie tylko typowo młodzieżowy. Przechadzkom oddają się rodziny z dziećmi i emeryci. Może w telewizji przy poniedziałku nic ciekawego nie ma?

22 czerwca to dla Rosjan dzień szczególny. Początek Wojny Ojczyźnianej, późniejsza hekatomba i ostateczny triumf tak typowy dla rosyjskiej historii jest dla nich powtarzalnym spoiwem. Tak się tu myśli i o wyprawie Żółkiewskiego, i o napoleońskim najeździe, i o faszystowskich zbrodniach. Wpierw była katastrofa, klęska, śmierć, potem wspólny zryw i pełna ofiar mobilizacja zbiorowości, aż po ostateczny triumf. Wszystkie wojny mają swych bohaterów, wszystkich bohaterów należy czcić. Rosja Putina buduje poczucie wspólnoty na sylwetkach wybrańców. Marszałkach i szeregowcach. Mają pomniki, wieczne znicze, galerie tablic pamiątkowych. Przed nimi naręcza kwiatów. Tutaj się z historii nie kpi, nie żartuje. Pod pomnikami piwa się nie pije. W fontannach nie wypada moczyć nóg. Pamiątkowe zdjęcia przed wieńcami nie są umajone radosnymi minami. Zaduma, refleksja…

Na co dzień jest zresztą podobnie. Flagi w narodowych barwach. Patriotyczne slogany, ikonografia na budynkach i na samochodach. Odwołania oczywiste – pycha przeważa nad rozsądkiem. Szczególnie w ostatnim roku. Rosja tego bardzo potrzebowała. Dlatego popiera swego prezydenta. Putin swą demonstracją siły trafił w dziesiątkę nastrojów społecznych. Sama propaganda z butnym „antyfaszystowskim” językiem nie powstała na pustyni nastrojów. Nie, Rosjanie czekali na to od dawna. Przeżyli zbyt wiele upokorzeń w ciągu minionych kilkudziesięciu lat. Tak jest w Sankt Petersburgu, gdzie nie ma ani jednego drzewa, które by miało więcej niż 70 lat. Tak jest w każdym mieście po Władywostok. Tak jest przed każdą tablicą pamiątkową, nawet przed tymi w szkołach, gdzie uwieczniono uczniów, którzy zginęli pod Moskwą, pod Berlinem, w Afganistanie, w Czeczenii. Rosjanie chcą być dumni ze swej historii. Putin zręcznie to wykorzystał.

Co ciekawe, gdy rozmawia się z ludźmi, nie ma w nich buty. Jest powaga. A pogardę zachowują dla głupców, którzy nie szanują ich ojczyzny.

I tak dumając o historii i współczesności startujemy dalej. Nocą pojedziemy w stronę Uralu.

 

 

23.06. 2015, Ufa

stan licznika: 3641 km

 

Poznawanie Rosji przez pryzmat szosy to nie grzech. Rosja jest krajem ludzi podróżujących. Lotniska, dworce kolejowe i autobusowe zawsze kłębiły się pośpiesznym tłumem obładowanym tobołkami. Szosa jest tego jeszcze mocniejszym obrazem. Dla Rosjan 1000 kilometrów to nie odległość. Rodziny w osobowych pojazdach, towarowy transport na ciężarówkach. Coraz mniej ład i niw, coraz więcej japońskich i niemieckich fur. Coraz mniej zdezelowanych kamazów i amerykańskich wraków, coraz więcej nowoczesnych tirów. Coraz mnie prymitywnych stoisk z szaszłykami i przydrożnych sklepików z badziewiem. Coraz więcej rozbudowanych ponad miarę moteli, parkingów z serwisem dla ludzi i samochodów. Prysznice, sauny, restauracje, place zabaw dla dzieci, motoryzacyjne sklepy i usługi. Stacje benzynowe nowoczesnością kontrastują z otoczeniem. Na półkach Borżomi dwa razy droższe niż Perrier. Benzyna po 2,5 złotego. Policji drogowej niewiele. A jak już jest, to po to by życie kierowcom ułatwiać, a nie obkładać sztrafami i haraczami. Zaczęli dostawać pensje? Zaczęli je sobie szanować? Tego nie umiał osiągnąć żaden prezydent, dopiero ostatnia kadencja Putina egzekwuje tak podstawowe sprawy. Jedzie się więc przez Rosję z roku na rok łatwiej i szybciej.

Pokonując kolejne kilometry obserwujemy kolejne kontrasty. Bieda rosyjskiej prowincji nie wynika najwyraźniej z biedy państwa. Państwo jest teoretycznie bogate. Obdarte postaci, zrujnowane domy, zaniedbane pola, zaśmiecona przyroda to problem społeczny, nie ekonomiczny. Widać to najjaskrawiej gdy wjeżdżamy do Tatarstanu. Asfalt niby ten sam, pojazdy też. Ale jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej… przechodnie staranniej ubrani, domy i ogródki zadbane, pola uprawiane, chodniki zamiecione. I w Kazaniu i w małej wiosce. Podobnie w Baszkirii. Jakby wjechać do innego, lepszego świata. Ufa dostatniejsza i czystsza od Nowogrodu, a okoliczne miasteczka i wsie pozbyły się nawet instalacji gazowych, które od dziesięcioleci oplatały domy pajęczyną żółtych rur, wreszcie zakopano je pod chodnikiem. Nareszcie dba się o estetykę topornych betonowych przystanków autobusowych. Są kosze na śmieci i ludzie wreszcie z nich korzystają. Trawniki wystrzyżone, podlane. Służby publiczne pracują, a nie dłubią w nosie.

Dlaczego? Czy to tylko niespodziewane bogactwo republik autonomicznych z ich ropą i gazem? Czy to zasługa przywrócenia muzułmańskich wspólnot, których nie trzeba się już wstydzić lub bać? Czy homo sovieticus mniej się zakorzenił na obszarach mniej rosyjskich? Czy wiara w dobro wspólne, publiczne pod Czelabińskiem jest mniejsza, bo bardziej rosyjska? A może to po prostu czynnik ludzki – powolne egzekwowanie od „władzy” jej służebności względem obywateli? W jednej miejscowości szybciej, w innej wolniej, ale zmiany postaw społecznych mają dynamikę dużo większą niż przed dekadą.

Wszędzie jesteśmy traktowani życzliwie, z sympatią, chcą się z nami fotografować. Na nasze pytania o tzw. sytuację międzynarodową, machają ręką z półuśmiechem kpiny… „Politykę zostawmy politykom, my, ludzie dogadamy się zawsze” – powtarzają. Nawet o Ukraińcach mówią w innym tonie niż w to słychać w telewizji. Publiczność lekceważy „banderowski” kontekst eksponowany przez oficjalną propagandę, publiczność bardziej interesuje się ekonomicznymi kosztami konfliktu i koniecznością opieki na „bieżeńcami”. Mniej bolą oświadczenia Zachodu, bardziej doskwiera pierwszeństwo uciekinierów z Ługańska w przydziale przedszkola. Jak w życiu, koszula bliższa ciału. A wszystko podlane specyficznym rosyjskim poczuciem humoru. Kiedyś na tablicach pisano „zakaz śmiecenia” i śmiecili wszyscy. Teraz piszą na plakacie ze świńskim ryjem  „jak rzucasz na ziemię, nie zapomnij chrząkać” i petów od razu jakby mniej.

Rosja normalnieje szybciej i w skali dla Polaków trudnej do pojęcia. Aż sam się dziwię własnym słowom …J

 

 

24.06. 2015, gdzieś na Syberii

stan licznika: 4343 km

 

Zawsze gdy przekraczam Ural i symboliczny 1756 kilometr za Moskwą, szukam jakichś symbolicznych atrybutów, dookreślników, precyzyjnych definicji, żeby tę Europę od Azji oddzielić. Już sporo lat temu napisałem zdanie, którym podpieram się do dzisiaj: „Azja zaczyna się tam, gdzie mężczyźni odpoczywają kucając, a kobiety nie odpoczywają wcale”. Ural z obu stron wygląda tak samo. Sosny identyczne. Ludzie też.

Cywilizacja, jej pierwsze zręby, przekroczyła granice, za którą już tylko Sybir, dopiero w połowie XVIII wieku. Później na wschód raczej zsyłano, niż się tam dobrowolnie wybierano. Prawdziwe otwarcie przed człowiekiem bezkresu po Pacyfik można był ogłosić dopiero, gdy tory Kolei Transsyberyjskiej dotarły do Władywostoku w 1916 roku. Elektryfikację całej trakcji zakończono… 13 lat temu!

Niektórzy polscy podróżnicy-megalomani jeszcze kilka lat temu swe samochodowe podróże nad Ocean Spokojny nazywali „podróżą stulecia”. Oj… sporo w tym przesady. W rzeczywistości nie taka Syberia straszna. Do Władywostoku lub Magadanu można dojechać trabantem, rowerem, z hulajnogą może byłby czasem kłopot. Nawet zimą szlak jest przejezdny.

Syberia ma też inne, szersze znaczenie dla Polaków. Kojarzy nam się z cierpieniem, karą za niepodległościowe dążenia. Mimo to, ci którzy tu byli, Syberię w rzeczywistości pokochali. Z Józefem Piłsudskim na czele. Jej ogrom, potęga tutejszej epickiej przyrody pobudza wyobraźnię i czyni podróż zauralską czymś tajemniczym, niebezpiecznym, ale i romantycznym. My, uczestnicy I Rajdu Wenecja – Pekin, skupimy się na opisywaniu Syberii w drodze powrotnej, gdy w sierpniu przemierzymy ją całą od Zabajkala.

Teraz zasuwaliśmy szybko, wyprzedzając nawet na zakazie. Wjechaliśmy w krainę białej brzozy i mokradeł. Czelabińsk ominęliśmy nową obwodnicą i w kilkanaście godzin od Ufy byliśmy na Kazachskiej granicy.  Musimy się spieszyć, żeby na szlaku Marka Polaka dogonić 3 załogi, które już buszują w Kirgizji. Pojazdy spisują się bez zarzutu. Nasz beniaminek, czteroletni Cezary nie narzeka. Dajemy radę!

 

 

26.06. 2015, Astana

stan licznika: 5001 km

 

Myślę, że pięć tysięcy przejechanych z Wenecji kilometrów daje nam prawo do jednego noclegu w pościeli? W stolicy Kazachstanu zdecydowaliśmy się na chwilę opuścić kabinę samochodu. Los był niełaskawy i hotel, który wybraliśmy ma akurat awarię klimatyzacji. Złośliwość losu… W pokoju mamy bardziej gorąco niż w aucie!

Od dziesięciu lat bywam w Kazachstanie regularnie. Zwykle co dwa lata. Gdy przed dekadą zobaczyłem, jak w stronę nowej stolicy państwa buduje się autostradę, szerszą i solidniejszą niż czyni się to w Niemczech, byłem oszołomiony. W dodatku zobaczyłem, że na placu budowy w upale harują niemieckie firmy. Nie mniej byłem zdumiony, widząc skalę budynków publicznych wznoszonych w samej Astanie. Ma Nazarbajew gest… Rok później już tą autostradą jechałem. Znając standard kazachskich dróg, odetchnąłem z ulgą.

Gdy prezydent oświadczył narodowi, że w 2030 roku dogonią świat i dołączą do zaszczytnego grona G7, wcale nie byłem zdziwiony. Zasoby gazu, roponośnych piasków oraz surowców niezbędnych do rozwijania na świecie energetyki nuklearnej, a w dodatku ich obecne ceny przerosły znacznie nawet ostrożne oczekiwania ekonomistów prezydenta.

Zaniepokojenie poczułem przed dwoma laty. Na wielkich banerach pisano już nie o roku 2030 lecz o 2050. Obietnica to dość „luźna” skoro Nazarbajew, gdyby miał się z tych słów przed narodem rozliczyć, miałby wtedy lat 110. Nie wydaje mi się to niemożliwe, a szanse są, bo o tym jak Nazarbajew dba o zdrowie krążą od lat legendy i „szeptanki”.

Obawy jednak mam. Bo autostrady nie pociągnięto dalej na północ. Bo wiele budów wieżowców w Astanie wygląda, jakby je porzucono. Bo dźwigi mające wznosić kraj w świetlaną przyszłość rdzewieją. Bo niechlujnie robione chodniki już są zdewastowane. Itd., itp… Kwietniki wprawdzie nadal cieszą oko mnogością barw, ale gdy odejść kilkaset metrów od rządowego centrum,  świat przeciętnego mieszkańca stolicy coraz brudniejszy, coraz bardziej zakurzony. Ceny żywności i usług gwałtownie podskoczyły. Na prowincji żyje się jak przed dwoma dekadami, czyli jak w… średniowieczu. Tylko benzyna nadal tania, litr za dwa złote…

W Ałmaty za dwa lata ma być Wystawa EXPO. A oni jeszcze drogi nie zbudowali! Pomników za to dostatek. Muzeum dożywotniego prezydenta też imponujące. I zatłoczone. Są nawet zdjęcia Nazarbajewa z jednym z byłych polskich prezydentów! Zgadnijcie z którym…

 

 

27.06. 2015, Ałmaty

stan licznika: 6308 km

 

Nie czarujmy się… Rajd jest głównie rajdem więc czas spędzamy przede wszystkim za kierownicą. Dzisiejszej nocy nadgoniliśmy dystans i przeskoczyliśmy do Ałmaty. Jechaliśmy głównie nocą, ale nawet gdybyśmy tłukli się w dzień, oglądalibyśmy w zasadzie tylko pusty step. Jedynym , w dodatku bardzo wątpliwym urozmaiceniem były spotkania z drogówką kazachską. O ile z Wenecji do granicy Kazachstanu zatrzymano nas do kontroli jeden raz, to teraz to nadrobiliśmy. Zatrzymano nas kilkanaście razy, a jeżeli zsumować przygody naszych ośmiu maszyn, to interwencji policyjnych było ponad 60. Zawsze co najmniej dwóch mundurowych, w porywach do 8!

Dialog zwykle wyglądał następująco (w oryginale było… prawie po rosyjsku):

- Starszy sierżant Rusłan Cośtamcośtam!

- Cześć.

- Skąd?

- Z Polski.

- Dokąd?

- Do Chin.

- A na chuj!?

- Na wakacje.

- Kak wasz zawod?

- Politolog.

- Dokumenty są?

- Proszę – podaję dowód rejestracyjny, ubezpieczenie i międzynarodowe prawo jazdy.

- To nie wasze dokumenty!

- …?

- Familia się nie zgadza, mówiliście: politolog.

- Pomyliłem się…

- Pierwszy raz w Kazachstanie?

- Nie, byłem już kilka razy, kocham wasz kraj!

- Dobrze Pszemyslaw, naruszyliście przepisy.

- Jakie?

- Szybkość. Jechaliście 88 na godzinę, a jest ograniczenie do 50.

- Niemożliwe, nie ma żadnego znaku!

- Był, ale ktoś zerwał… Ale tu jest drugi z jego odwołaniem!

- A skąd ja mam wiedzieć, że kiedyś był?

- Mówiłeś, że już byłeś w Kazachstanie, a to jest punkt nasilonego ruchu.

- Nasilonego? Przecież po horyzont jesteśmy tylko ty i ja.

- Przepisy złamałeś.

- Nie czuję się winny…

- Będzie mandat.

- Ile?

- 30 tysięcy tenge.

- Przecież to 150 euro! 350 litrów paliwa! Do Chin można dojechać i wrócić!

- Jak Cię zatrzymałem, nie włączyłeś kierunkowskazu. 5 tysięcy.

- …

- Nie włączyłeś też świateł awaryjnych.

- Przecież się świecą!

- Słabo jakoś, 5 tysięcy.

- Co tam jeszcze?

- Masz zezwolenie, żeby mieć naklejki na samochodzie?

- Toyota nie protestowała…

- 10 tysięcy, razem… 50 tysięcy tenge. Albo 250 euro.

- Mam 5 euro!

- Nie masz pieniędzy i do Chin jedziesz?

- Nie jadę dla biznesów, ale na wakacje!

- A Twoi koledzy mieli.

- Jacy koledzy?

- Godzinę temu takim samym samochodem. Zobacz ile zapłacili!

- Bo głupi! Ja nie płacę.

- Co masz w samochodzie? Pokaż.

Otworzyłem kabinę w której trzymamy szpeja, na przodzie stała skrzynka z napitkami.

- Pijesz wódkę?

- A jaką Pan Władza proponuje?

- Żartowniś?

- Całe życie!

- Piłeś dzisiaj?

- Jeszcze nie.

- Piłeś wczoraj?

- Jakoś nie – przyznałem ze wstydem.

- Chuchnij!

Chuchnąłem.

- To co robimy, płacisz?

- Nie mam pieniędzy…

- Ty Pszemyslaw myślisz, że ja tak za darmo będę tutaj stał? Piszemy mandat?

Tu błysnęła nadzieja, bo mandat kredytowy to kilka stron A4, dużo roboty… więc obrażony mówię – pisz!

- Ech Polak, jakbym ja tak robił w Polsce, to dopiero policja by mi dołożyła.

- Ależ skąd! Uwielbiamy zagranicznych gości!

- Żartowniś i kłamca! Byłem ja u Was, nikt mnie nie szanował!

- Rusłan, czemu nie powiedziałeś, że to Ty!

Popatrzył na mnie wreszcie z uśmieszkiem. Oddał dokumenty.

- Szczastliwoj puti.

- Cześć!

- Aaa, jeszcze jedno, żona jedzie do lekarza, podrzucicie?

- A jak… nie uszanujemy?

- E tam, uszanujecie, brzydka jak noc!

Było ciemno, ale chyba miał rację…

 

 

28.06. 2015, Kanion Czaryński

stan licznika: 6555 km

 

Atrakcyjność turystyczna Kazachstanu jest wielce wątpliwa. Właściwie od Morza Kaspijskiego po Chiny na wschodzie nie ma tam nic. Literalnie nic. Od Syberii na południe po pasmo Tien-Szan też nic. Na obszarze wielkości połowy Europy… nie ma na czym wzroku skupić. Jest step. Czasem płaski jak stół. Czasem pofałdowany jak… nierówny stół. Pachnie ziołami i odchodami bydląt kopytnych. Zimą można zwariować z zimna, latem oszaleć z upału.

Taka pustka Europejczyka (zresztą nie tylko jego) poraża. Czasem na horyzoncie zamajaczy wielbłąd, czasem koń. Bardzo rzadko można dostrzec kilka jurt. W trakcie pustynnej burzy nie widać nic. Dlatego do czasu światowego bumu naftowego i uranowego Kazachstan nie zwracał uwagi nikogo. Owszem carowie zaanektowali tę pustkę, ale tylko po to by oprzeć swe łokcie o Tien Szan i Pamir. Potem pierwsi sekretarze na owej pustce ulokowali Bajkonur oraz nuklearne poligony.

Sieć dróg i linii kolejowych jest symboliczna. Jakość tych dróg przysłowiowa. Drogą kazachską można jeździć tylko, gdy ma się samochód pancerny. My na szczęście właśnie takie mamy. Dlatego możemy dojechać do jedynej krajobrazowej atrakcji kraju, Kanionu Czaryńskiego.

Przez miliony lat u podnóża Tien Szan, czyli Gór Niebiańskich rzeka Czaryń rzeźbiła sobie koryto. Wyrzeźbiła miniaturę Wielkiego Kanionu. Z oryginałem może nie wytrzymuje porównania, ale i tak zachwyca kawowymi i kakaowymi barwami. Jest dla Kazachów zjawiskiem emblematycznym, jak dla nas Morskie Oko.

Współczesny świat polega między innymi na tym, że jak jest gdzieś ładnie, to natychmiast skupia się tam przemysł turystyczny. Hotele, hamburgerownie, badziewne pamiątki, parkingi, karuzele, wata na patyku. Wszystko zabiletowane i sparaliżowane zakazami, nakazami, umundurowanymi strażami. W Kanionie Czaryńskim jest inaczej. Owszem bilety sprzedają w małej budce i nawet prowadzą zeszyt, w którym skrzętnie zapisują familię i otczestwo, ale na tym koniec. Na osypujące się jęzory wyrzeźbionego przez naturę gruntu można wjechać samochodem, kładem, motocyklem lub traktorem. Można zapalić ognisko (jak kto przywiezie z sobą drewno), można postrzelać do butelek, można w dowolnym miejscu załatwić każdą fizjologiczną konieczność, można też spaść w przepaść. Nawet uczestniczyliśmy dzisiaj w ratunkowej akcji. Kobiecina z dzieckiem wybrała się na spacer stromizną i otarła się (dosłownie) o granicę swych możliwości. Dziecko stało bezradne na ścieżce, a poniżej matka zsuwała się w dół z rozpostartymi ramionami przyssana do zbocza wszystkimi wypukłościami swego ciała. A ściana miała z 60 metrów. Mąż w tym czasie spożywał jakieś mleko od wściekłej krowy. Udało nam się kobiecinę złapać, z kurzu otrzepać, otarcia zdezynfekować, łzy dziecku otrzeć.

Nocą spotkaliśmy się tutaj w pięć załóg. Łzom wzruszenia nie było końca. Toastom również. Gdyby nie Kanion i nocleg w księżycowym otoczeniu pod gwiazdami, wyjeżdżalibyśmy z Kazachstanu pozbawieni estetycznych wrażeń.

 

 

29.06. 2015, Issyk Kul

stan licznika: 6880 km

 

Kirgizja jest odwrotnością Kazachstanu. Zamiast pustki stepu są tu sięgające nieba góry. Nie byle jakie, bo sięgające siedmiu tysięcy Pamir i Tien Szan. Zamiast uschniętych lichych traw są ukwiecone o tej porze roku połoniny. Zamiast smutnych i podejrzliwych nomadów, uśmiechnięci i gościnni pasterze. Kirgizja mogłaby być Mekką turystyczną. Ale ciągle nie jest. Dotrzeć tu trudno, bo daleko. Standard oferty prymitywny i raczej niechlujny. Przyjeżdżają więc do Kirgizji tylko najwytrwalsi amatorzy motocyklowych przepraw enduro, wielbiciele hippiki, pasjonaci wędrówek pieszych i rowerowych. Dostają w prezencie od przyrody wrażenia fantastyczne. Bezludne pasma górskie, zapomniane przez Boga doliny, zachwycające jeziora. Egzotyka urzeka. Każda jurta stoi otworem. Wędrowca częstuje się kumysem (kobyle kwaśne mleko), serem owczym w postaci suszonych kulek, lepioszką czyli chlebem tej części świata. Już za opłatą można uraczyć się baraniną w każdej choć na ogół prostej postaci. Wędrowca zaprasza się na nocleg i mimo że pasterskie namioty do pachnących nie należą, są solidnym schronieniem przed nocnymi przymrozkami.

Nad Issyk Kulem rozwija się nowocześniejsza infrastruktura uzdrowiskowa. Kąpiele w jeziorze zostawmy jednak członkom Klubu Morsów, bo woda nie ma więcej niż 14 stopni Pana Celsjusza. Ale znam odważnych! Jest taka polska rodzinka…

Właśnie nad Issykiem dołączyła do nas Kosmiczna Rodzina, jak sami się nazwali, pięcioosobowa familia Rufinów. Byli już tu z nami przed dwoma laty, gdy jechaliśmy do Lhasy. Po dwumiesięcznej włóczędze wokół Himalajów my zawróciliśmy do domu, Rufiny pojechały dalej… dookoła świata. Wrócili syci wrażeń po roku. W domu długo nie usiedzieli i jadą teraz z nami do Pekinu, a potem (jak ich znam) jeszcze pokręcą się po Azji Środkowej. Uwielbiam ich za życzliwość, dowcip i energetyczny tajfun jakim są. Podziwiam za rzeczy dwie. Pierwszym powodem jest fakt, że potrafią się rozpakować z namiotami i rozmaitym sprzętem kampingowych lub spakować w swym patrolu w kwadrans. Drugim argumentem, który mnie onieśmiela, jest umiejętność kąpania się w wodzie dowolnej temperatury. Rufinowe dzieci baraszkują w lodowatych górskich jeziorach i potokach, biegają boso po śniegu. I są zdrowe, a w dodatku szczęśliwe.

Postój nad Issyk Kulem długi nie był. Nasze wenecko-pekińskie załogi rozproszyły się indywidualnymi szlakami. Czterotysięczna przełęcz Tosor była zawalona śniegiem i nieprzejezdna więc poszukaliśmy objazdów. Jeden camper dojechał nawet nad Song Kul, co zostało docenione w protokole rajdowym, gdyż to najpiękniejsze jezioro Kirgizji. A że niebotycznie wysoko więc nasza większość ze wspinaczki zrezygnowała.

Spotkaliśmy też dwa konwoje motocyklowe, w których prym oczywiście wiedli Polacy. Nie da się ukryć, że chociaż egzotyczną turystykę w Kirgizji zapoczątkowali w latach 30-tych ubiegłego wieku Rosjanie, ale międzynarodową rozkręcili właśnie Polacy. Dziś ciągną tu znajomych z całego świata.

W drodze do Pekinu wiele czasu na Kirgizję nie poświęcamy, ale jeden resor udało nam się złamać, a dwa amortyzatory też rozpieprzyliśmy. Lubię Kirgizję i zawsze podkreślam, że jest warta osobnej dłuższej przygody wagabundów, ale drogi mają tutaj tragiczne. Budowa nowych i remonty starych tak się ślimaczą, że surowa przyroda i radzieckiej proweniencji ciężarówki zdążą rozkruszyć, to co człowiek stworzył. Droga ma być przejezdna, a nie wygodna. Przejezdność po kirgisku jest niestety żałosna i nawet dla naszych wszystkomających samochodów mordercza.

Jechaliśmy mimo przeszkód w takim tempie, że na szaszłyki baranie już się nie załapaliśmy.

 

 

29.06. 2015, Tash Rabat

stan licznika: 7121 km

 

Masza idea, by choć symbolicznie powtórzyć szlak wędrówki Marco Polo z Wenecji do Pekinu, miała pewne naturalne ograniczenia. Przede wszystkim podążaliśmy lądem. Marco Polo podróżował wpierw statkiem na Bliski Wschód do portu Akka, potem lądem do Oceanu Indyjskiego. Ponieważ dalszy rejs do Indii wydawał się Marco oraz jego ojcu i stryjowi niebezpieczny, poszli wielbłądzią karawaną przez dzisiejszy Afganistan na północny wschód. Przez Badachszan dotarli nad rzekę Wachtan. Stamtąd wędrowali przez przełęcz Terak, bo inaczej Pamiru pokonać nie sposób. Zmierzali do Kaszgaru. Tak jak my. Aby przecisnąć się między Pamirem i Tien Szan była w XIII wieku do dyspozycji tylko jedna droga, którą mogła iść karawana. Nawet nie droga, tylko ścieżka. Jedwabny Szlak wiódł przez Tash Rabat. Zachował się tam do dzisiaj średniowieczny karawanseraj z IX wieku. Więc Marco Polo musiał tutaj być! W Tash Rabat wyznaczyliśmy spotkanie wszystkich załóg naszego rajdu.

Kamienny karawanseraj był schronieniem dla ludzi i wielbłądów. Schronieniem przed aurą i przed rabusiami, a tych ostatnich nie brakowało. Dzisiaj na wędrowców poluje kirgiska drogówka. Przyroda na wysokościach gościnna nie jest, braku tlenu Marco Polo doświadczył aż nadto. Wśród nas markotny zrobił się przede wszystkim czteroletni Czaruś, który na co dzień jest iskierką ruchliwą. Ruchliwość nas dorosłych też ograniczyła się do bardzo powolnych spacerów i rozpalenia ogniska. Za rozpałkę posłużyły drzwi jednej z jurt, którą zakupił Robert, tłumacząc miejscowym pasterzom, iż ma takie hobby… zbiera egzotyczne drzwi. Cena była zaporowa, ale Roberta to nie zniechęciło. Ognisko było mizerne, ale wreszcie spotkaliśmy się w komplecie. Osiem załóg plus dziewiąta, która odprowadzała nas do chińskiej granicy.

Marco Polo spał zapewne wewnątrz karawanseraju. My go zaledwie zwiedzaliśmy. Kamienne lochy i kopulaste pomieszczenia nie wyglądają zbyt komfortowo więc spaliśmy po naszemu w samochodach lub w namiotach.

Dawny szlak z Tash Rabat do Kaszgaru nie jest dziś przejezdny. Górskie ścieżki, którymi wędrowały karawany uległy trzęsieniom ziemi i kamiennym lawinom. Przed kilku laty nasza wyprawa motocyklowa próbowała się przebić wąwozem i przełęczą, ale musieli się poddać. My również kozicami nie jesteśmy więc z Tash Rabat objazdem pojechaliśmy na graniczną przełęcz Tourgat.

 

 

30.06. 2015, Przełęcz Tourgat

stan licznika: 7211 km

 

Wysokość spora. 3750m npm to już całkiem spore wyzwanie. Tlenu brakuje w płucach, zapalniczka nie chce się zapalać. Bez aklimatyzacji bywa nieprzyjemnie, a nawet niebezpiecznie. Słońce pali solidnie, ale wokół w kotlinkach spore zaspy śnieżne. Nie jesteśmy na przełęczy Tourgat pierwszy raz, to wiemy, że chińskiej granicy nie pokonuje się w pięć minut. Tym bardziej własnymi samochodami.

Wpierw trzeba swoje odstać przed bramą pilnowaną przez wojsko. Na naszego przewodnika czekaliśmy 3 godziny. Był czas na zjedzenie arbuzów i melonów, których przez granicę przewozić nie wolno. Obserwował nas nie tylko pan żołnierz, ale również kilka zdalnie sterowanych kamer. W końcu pozwolono nam wjechać.

Trzy kilometry dalej dokładna kontrola pograniczników. Kolejna godzina z głowy. Najdłużej grzebał sobie oficer w naszych laptopach, palmtopach i co tam mieliśmy. Wielbiciel fotografii się znalazł! Pogrzebał sobie też w oprogramowaniu. Jeżeli to co piszę ktokolwiek przeczyta, znaczy, że nic zepsuł, ani nie wykasował.

I wjechaliśmy na ziemię chińską. Ale to był dopiero początek granicznej pielgrzymki. Przez bezludny Tien Szan jechaliśmy ponad 100 kilometrów do właściwej odprawy granicznej. Ponieważ zimą droga bywa nieprzejezdna (śnieżne i kamienne lawiny), straż graniczna i celnicy ulokowali się w miasteczku dwa tysiące metrów niżej. Droga – dziurawa niemiłosiernie – wiedzie wzdłuż niemal suchego koryta rzeki, którą wiosną spływają zapasy topniejącego śniegu, a teraz odrobina wody z lodowców. Jesteśmy w Ujgurii, ale tu akurat żyją Kirgizi. Kilkadziesiąt tysięcy, co nie jest liczbą wielką w kraju, który ma 1,3 miliarda obywateli i ponad 100 milionów mniejszości etnicznych. Pekińska władza wybudowała Kirgizom wzorcowe osiedla małych domków jednolitego kształtu i koloru. Równo pod sznurek kilkadziesiąt budyneczków plus szkoła i sklep. Wsie takie o tej porze roku wyglądają jak opuszczone. Mieszkańcy latem są w górskich dolinach na wypasie ze swymi stadami przede wszystkim owiec. Zimą wracają niechętnie, do szkół dzieci nie pchają, doceniają ewentualnie dostęp do opieki medycznej. Ale incydentalnie. Czemu chińska administracja woli ich mieć w jednym miejscu, możemy się domyślać. Czemu wieś jest monitorowana przez kamery, też…

Kolejna kontrola wojskowa. Pod karabinami. Posterunek wygląda jak fort wojskowy czekający na atak. A takie niestety się zdarzają. Ujgurzy co jakiś czas ważą się na zamachy bombowe. Xinjiang jest prowincją, oficjalnie Ujgurskim Regionem Autonomicznym w stanie… stanu wojennego.

Przed granicą właściwą też trzeba swoje odstać przed kolejną bramą. Następnie zostajemy (na szczęście tylko nasze samochody) spryskani środkami chemicznymi, co byśmy jakiegoś świństwa z zachodu nie przywieźli. I wreszcie następuje odprawa właściwa. Drobiazgowa, staranna, uprzejmie chłodna. Celnicy na szczęście drobiazgowi nie są. Sprawdzają nasze bagaże i samochody pobieżnie. To duża zmiana, bo jeszcze pięć lat temu starannie kartkowali wszystkie na przykład książki, mapy, nawet gazety. Formalności kończymy po 8 godzinach od momentu stawienia się na granicy. Dobrze, że Kaszgar blisko. W dodatku do miasta zmierzamy całkiem przyzwoitą autostradą, której przed dwoma laty nie było nawet śladu. Do śródmieścia wjeżdżamy triumfalnie, przeciskając się przez mrowisko jednośladów. Wieczorem spróbujemy wreszcie chińskiej kuchni w oryginale. Może Ujgurzy się na nas nie pogniewają za takie lekceważenie ich specjałów…

 

 

2.07. 2015, Kaszgar

stan licznika: 7404 km

 

Kaszgar jest kluczowym gospodarczo i komunikacyjnie miastem regionu od wieków. I kluczem do Jedwabnego Szlaku. Dla Chin. Dla Indii. Dla Europy nawet. Gdyby świat Euroazji porównać do klepsydry, Kaszgar jest jej najwęższym prześwitem. Jedwabny Szlak miał wiele ścieżek, ale każda musiała wieść przez Kaszgar. Tędy kupcy wieźli towary na południe do Indii, a stamtąd przywozili nowe idee, na przykład buddyzm. Żeby dostać się do Indii, musieli pokonać Karakorum. Żeby z kolei dostać się na wschód, w stronę Persji lub Kaukazu, musieli pokonać Pamir i Tien Szan. Stamtąd przywieziono islam. Kto nie zdążył przed pierwszym śniegiem, musiał czekać do wiosny. Kto panował więc nad Kaszgarem, ten panował nad Jedwabnym Szlakiem. Wiedzieli o tym i cesarze chińscy, wiedzieli Mongołowie, szanowali sytuację mieszkańcy dzisiejszych Indii, Pakistanu, Afganistanu. Również rosyjscy carowie musieli uznać kaszgarski prymat. Tak było do początków XX wieku. Kaszgar był Genewą i Nowym Jorkiem Azji. Tu skupiał się kontynentalny handel. Tu też rywalizowali szpiedzy zainteresowanych stron. Przez kilkanaście stuleci! Gdy świat zajęty był wojną 1914-1918 i konsekwencjami konfliktu, Chiny podporządkowały sobie Kaszgar ostatecznie.

Dziś jest już inaczej. Wymiana towarowa nie jest zależna od przejezdności wielbłądzich szlaków. Kaszgar stał się prowincjonalnym chińskim miastem. Do niedawna był miastem ujgurskim. A dziś we własnym mieście Ujgurzy są już mniejszością narodową. Dynamika chińskiej migracji związana z bumem gospodarczym zmieniła Kaszgar w ciągu jednego pokolenia. Po kilkudziesięciu wiekach!

Chińskie porządki mają swój wyraz polityczny, społeczny, ekonomiczny. Przyglądniemy się temu w ciągu najbliższych tygodni. Ale dzisiaj musieliśmy się skupić na chińskiej organizacji i przepisach. Zamiast zwiedzać „miasto tysiąca bazarów”, zaczęliśmy legalizować nasze chińskie dowody rejestracyjne i takież prawa jazdy. Nie wiedzieliśmy, że zajmie nam to dwa dni i będzie kosztować masę nerwów.

Kontrola techniczna sprawnego pojazdu nie jest w Polsce wydarzeniem szczególnym. W Chinach na odwrót! Przede wszystkim to nie stacja obsługi czeka z wytęsknieniem na klienta, ale klient modli się przed stacją, aby go tam wpuszczono. Modli się w tłumie kilkuset innych kierowców i ich pojazdów! W większości ciężarówek. Korek na kilkunastu pasach, walka o miejsce, przepychanka zderzak w zderzak. Gdy po kilkunastu godzinach dotarliśmy na stanowisko badań, okazało się, że nic nie wzbudza chińskiego zaufania. Mariusz wjeżdżał na rolki siedem razy, bo hamulce miał nie takie jak trzeba. Chińscy „mechanicy” znęcali się nad nami z wyraźną satysfakcją. Przetrwaliśmy ten koszmar. Dowody rejestracyjne im wyrwaliśmy. Niesmak pozostał. Przede wszystkim dlatego, że widzimy na drodze, że tak uważnie traktowano tylko nas! Na szosach oglądamy masę starego złomu lub chińskich podróbek pojazdów europejskich, amerykańskich, japońskich.

Pozostały nam też na pamiątkę jaskrawe naklejki, którymi umajono nasze pojazdy, aby rzekomo widać nas było z daleka. Tak napiętnowani możemy wreszcie wyruszyć na podbój Państwa Środka.

 

 

3.07. 2015, Kaszgar

stan licznika: 7444 km

 

Trwa ramadan. Ujgurzy poszczą. Ale bez przesady. Mięsa, głównie baraniny, jest pod dostatkiem. Z knajpek zniknęło piwo. Pod głównym meczetem tłumy. Przede wszystkim starszych mężczyzn. Zjechali się na modły i dysputy z całego Xinjiang. Do Mekki zbyt daleko. Zbyt drogo. W przerwach miedzy modlitwami siadają grupkami i rozważają sens życia. Sens istnienia. Sens ducha. Rozmawiają o tym co ważne. Teraz. Tutaj. I co będzie potem.

Polacy mogliby od tutejszych muzułmanów sporo się nauczyć. Dyskusja teologiczna, światopoglądowa to nie mordobicie i obrażanie współziomka, który myśli inaczej. Jeżeli w dyspucie bierze udział np. 10 mężczyzn, peroruje tylko jeden. Reszta słucha. Głos można zabrać, ale dopiero gdy poprzednik swą orację skończy. Jeżeli mówi o swych wątpliwościach, wszyscy słuchają w spokoju. Gdy wykład się nie podoba, po prostu… w milczeniu należy odejść. I czekać leniwie na kolejne wezwanie muezina na modlitwę. Wielu czekających spędza czas na lekturze Koranu. Nieliczni śpią. Dywanów na dziedzińcu meczetu i pod arkadami jest sporo. Miejsca starczy dla wszystkich. Pod mniejszymi meczetami tłoku nie ma. Na modlitwy schodzi się zwykle kilkanaście osób.

Ramadan nie przeszkadza w tym co ludzie wschodu lubią najbardziej. W końcu jesteśmy w mieście bazarów. Najważniejszym dniem targowym jest oczywiście niedziela, a zwierzęcy bazar kaszgarski najsławniejszy w promieniu setek kilometrów. Ale czasu nikt w tygodniu nie marnuje, wymiana towarowa toczy się od wczesnego poranka do późnej nocy przez siedem dni tygodnia.

Kaszgar jest coraz nowocześniejszą ponad milionową metropolią. Ale dynamika rozwoju chińskich miast obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Czas spędzam w starym Kaszgarze. Na wskroś ujgurskim.

Przybysz – jak my – z daleka zwraca uwagę wpierw na fascynującą barwność handlu spożywczego. Na ulicach starego Kaszgaru stoisk jest tyle, że trzykołowe motorowery przeciskają się z trudem. Specjalizacja jest wąska. Mięso, orzechy, przyprawy, owoce, warzywa, słodycze, makarony, gotowe potrawy, napoje… wszystko osobno. W co trzeciej bramie, albo wprost na chodniku maleńka piekarnia. Lub grill z szaszłykami. Na klienta nie czeka się w skupieniu. Klienta trzeba wabić. Zwykle krzykliwym zachwalaniem produktów. Hałas więc Europejczyka onieśmiela. Zresztą to problem niewielki, bo Europejczyków tu mniej niż ujgurskich milionerów. Mimo że stoisk z tzw. pamiątkami – miedziane naczynia, noże, wyroby ceramiczne, biżuteria - nie brakuje. Miejscowi – Chińczycy Han również – w tym gorączkowym harmidrze czują się jak ryba w wodzie.

Trzecią dziedziną rzucającej się w oczy miejskiej aktywności po modlitwie i handlu jest drobne rzemiosło. Gdy przed ośmioma laty zobaczyłem jak burzy się całe kwartały starego, glinianego Kaszgaru, byłem przekonany, że setki warsztatów po prostu znikną. Na szczęście w budowanych na ich miejscu już ceglanych domach warsztaty odrodziły się szybciej niż chiński przyrost naturalny. Zachowała się też „urbanistyka rzemiosła”, każda ulica ma swoją specjalność. Krawcy, ślusarze, meblarze, fryzjerzy, czapnicy, zegarmistrze, elektrycy, garncarze. Nawet drobna wytwórczość metalowa i drewniana jest starannie podzielona. Osobno łóżka, osobno nogi do łóżek. Osobno nici, osobno igły. Osobno latarki, osobno baterie.

Pod wieczór handel przygasa, ale ulice nie cichną. Bo wieczorem się napełnia żołądki. Ulice i place zamieniają się w jadłodalnie. Setki stoisk wabią zapachem i kolorem. Dużo dymu i aromatu pieczonego mięsa. Żal stąd wyjeżdżać.

Kaszgar więc żyje! Warszawska szkoła konserwacji zabytków, czyli budowanie od początku nie zniszczyła naturalnego ducha i ujgurskiej fantazji. Tęsknić jednak będę za tym glinianym światem.

 

 

3.07. 2015, miedzy Karakorum Highway a Łukiem Shiptona

stan licznika: 7814 km

 

Naszym podróżnym centrum ciągle jest Kaszgar. Penetrujemy okolicę gwiaździście. Część załóg pojechała na południe, część na zachód. Południowy szlak wiedzie w stronę Pakistanu. Karakorum Highway to jedna z najsławniejszych dróg świata. Starożytny Jedwabny Szlak i współczesny handel bez tej szosy były i są sparaliżowane. Przeprawa przesmykiem między Pamirem a Karakorum bywa zamknięta. Zimą śniegi odcinają szlak. Zdarzają się też trzęsienia ziemi, lawiny, które zrywają jedyną asfaltową wstążkę.

Widokowo Karakorum Highway oszałamia. Pokryte śniegiem szczyty sięgają ośmiu tysięcy metrów. Górskie strumienie z mleczno-kawowym nurtem. Niebezpieczne osypiska. Dobrze utrzymany asfalt wspina się serpentynami do Kashkurgan i dalej. Do tej pory była to tylko strategiczna droga transportu towarów i kopalin z pobliskich kopalni. Od dosłownie kilku lat trwa też ruch turystyczny. W samym Kashkurgan są już dziesiątki hoteli. Dynamika chińskiej turystyki wewnętrznej jest trudna do opisania. Ponad trzysta milionów obywateli corocznie deklaruje chęć wyjazdu na wakacje! Do Pamiru, pod Karakorum przyjeżdża ich minimalny procent. Ale to chińskie minimum liczy się w setkach tysięcy. Więc kiedyś senna duża gliniana wieś przypomina już nowoczesne uzdrowisko.

Ta część I Rajdu Wenecja – Pekin nie ma charakteru sportowego więc się nie spieszymy. Za co drugim zakrętem robimy fotograficzne postoje. Do luków bagażowych też w poszukiwaniu konserw nie sięgamy. Objadamy się szaszłykami baranimi w przydrożnych kafejkach.

Drugi z naszych konwojów pojechał pod Łuk Shiptona. Dziwo przyrody, prawie dwustumetrowa brama zagubiona w górach. Od setek lat oglądano ją z daleka. Górskie kozice umiały tam dojść labiryntem skalnym. Człowiek niekoniecznie. Dopiero kilkadziesiąt lat temu uparty Eric Shipton ostatni konsul brytyjski w Kaszgarze znalazł drogę w roku 1947. Po raz drugi „odkryto” łuk w 2000 roku, kiedy wyprawę wspinaczkową finansowała redakcja National Geographic. A rok temu… zbudowano wygodną ścieżkę, w paru miejscach schody i można już tam dojść z teściową. Warto. W trakcie podejścia wydaje się, że to takie zabłąkane okienko skalne. Dopiero z bliska widać, że ma wysokość 50-pietrowego drapacza chmur. Wkrótce pewnie zbudują tu wesołe miasteczko i makdonaldyzacja się dopełni. A ludzie przestaną dostrzegać przepiękne formacje skalne w kolorach od ciemnobrązowego po jasnożółty.

Po tych wycieczkach znów przez Kaszgar wróciliśmy na nasz rajdowy szlak. Widoków górskich będzie mniej. Zdębiejemy w drodze na pustynię Takla Makan, gdy mijać będziemy „miasta widma”. Xinjiang jest najsłabiej zaludnioną prowincją Chin. Trudno się temu dziwić, gdyż większość powierzchni „województwa” zajmuje olbrzymia pustynia, a resztę niegościnne góry i płaskowyże pozbawione roślinności. Xinjiang jest, a w każdym razie do wczoraj był, bezludny. Bum gospodarczy i przeludnienie prowincji wschodnich powoduje, że Pekin zachęca obywateli do migracji. Kolejność jest następująca: wpierw podejmowana jest decyzja polityczna i wskazanie, gdzie władza chce nowego miasta. Buduje się na pustkowiu cementownię i podciąga linie energetyczne. Zbroi się teren. Następnie buduje się bloki mieszkalne. Dużo bloków. Na przykład 80. Każdy ma kilkanaście pięter, kilka klatek schodowych, w każdej klatce kilkaset mieszkań. Potem asfaltuje się szerokie, sześciopasmowe ulice w szpalerze ozdobnych latarni. W dalszej kolejności na „przedmieściach” zbroi się tereny pod inwestycje przemysłowe, tworzy się specjalne strefy ekonomiczne i buduje fabryki. Czegobądź. I w ciągu dwóch lat dwustutysięczne miasto gotowe. Jest też park z fontannami. A w pobliżu coś co nazywają parkiem narodowym lub parkiem rozrywki. To zwykle zbiornik retencyjny gromadzący wodę, która wiosną płynie z gór. Obsadza się sadzawkę topolami i gotowe. Takich miast i takich parków buduje się dziesiątki! Czy ludzie do nich przyjadą, czy dostaną tu pracę, czy wykupią mieszkania… zobaczymy za rok. Na razie widmowe miasta wielkości Kielc straszą martwą pustką.

Odwracamy od nich wzrok bo wolimy pustynię rzeczywistą. Takla Makan. Karawany, które tam wchodziły, znikały na zawsze. My mamy inne plany.

 

 

4.07. 2015, nad rzeką Hotan

stan licznika:8021 km

 

Dzisiejszą noc spędzamy nad rzeką Hotan. Niewąska to rzeczka. Kumuluje setki strumieni startujących w północnym Karakorum i wschodnim Pamirze. Poniżej gór ma szerokość pięciuset metrów, a wiosennymi powodziami niszczy każdy ludzki wysiłek. Na płaskowyżu rozpiera się jeszcze szerzej. Miejscami jest rozlewiskiem parokilometrowym. I jedyną szansą tutejszego rolnictwa.  Potem… wsiąka w pustynię Takla Makan.

Zatrzymaliśmy się nad resztkami wody. Koło jednej z ostatnich wiosek, która w gruncie rzeczy jest oazą na pustyni. Nawet zamoczyliśmy nogi. Prawdopodobnie po raz ostatni, bo dalej jest tylko całkowicie wyschnięte koryto, które gubi się wśród wydm. A my chcemy właśnie tym korytem,  offroadem pustynię przejechać.

Czy wiecie czym jest w kulturze chińskiej „utrata twarzy”? Chińczyk może o tym mówić godzinami, ale to nie znaczy, że sprawa jest oczywista. Chodzi mniej więcej o to, że jak ktoś nie ma racji i musi się ze swych decyzji wycofać, to traci też na honorze. Zrozumienie tego niejasnego dla Europejczyka terminu lub stanu ducha najłatwiej przedstawić na konkretnym przykładzie.

Rozbiliśmy obozowisko 6 samochodów terenowych (kampery w tym czasie objeżdżają pustynię dookoła) nad resztkami rzeki. Jest z nami nasz licencjonowany przewodnik Lu Wang. Ma wszystkie niezbędne pozwolenia, aby nasza podróż miała legalny i formalny charakter. Kampingów jednak w Chinach nie mają. Rozbijamy się więc na dziko. Czy w Chinach wszyscy na wszystkich donoszą, tego nie wiem, czy śledzą, nie mam pojęcia, ale gdziekolwiek samochód parkujemy, namiot rozkładamy lub ognisko rozpalamy, po godzinie pojawia się policjant. Wang cierpliwie tłumaczy, pokazuje papiery i na ogół mamy spokój. Dzisiaj było inaczej. Kazano Wangowi pojechać do miasteczka powiatowego z naszymi paszportami i nas… zameldować. 80 kilometrów!

Wanga nie było kilka godzin. Przyjechał po północy w kawalkadzie kilku pojazdów i w towarzystwie kilkunastu policjantów. Komendant powiatowy też był. Wcześniej w miasteczku wydano decyzję jasną: mamy się spakować i udać się na wyznaczony przez policję plac. Kłopot w tym, że wtedy nasz Wang „straci twarz” przed nami. No i wie, że Polacy są „trudni”, mogą odmówić. Komendant się tym nie przejął. Zagroził karabinową eskortą, kajdankowym przymusem itd. No bo on też nie może „stracić twarzy”.

Nie przejął się też tym, że nasi beniaminkowie już śpią, a w dodatku kierowcy przyjęli już wieczorną dawkę napojów ułatwiających sen i nocne marzenia. Sytuacja patowa. Użyto wielu argumentów, padło z milion mandaryńskich słów. I podjęto decyzję następującą: my się zgadzamy na przeprowadzkę, a wtedy komendant może stwierdzić, że na wyznaczonym placu nasze auta się nie zmieszczą i musimy zostać gdzie jesteśmy, ale z kolei my mamy napisać oświadczenie, że zostajemy nad rzeką na własną odpowiedzialność i jak muchy końskie nas pogryzą, to nie mamy do komendanta i rządu w Pekinie pretensji. Pisanie osobliwego protokołu wyglądało tajemniczo, gdy zaczęliśmy „krzaczkowe pismo” fotografować, komendant wpadł w popłoch i ostatecznie nic podpisywać nie musieliśmy. Chociaż protokół ukończono bo nikt tej twarzy stracić nie może.

Pozostaliśmy więc wszyscy w posiadaniu twarzy. Przyjechaliśmy, zgodziliśmy się odjechać, ale nie odjechaliśmy. Nasz Wang przywiózł nas tu, miał odwieźć w cholerę, ale nie odwoził. Komendant kazał nam się wynosić, ale nas nie wyniósł. Trochę jak z barejowską ekstradycją: jak porwą nam furę z koniem, to muszą oddać samolot…

Spać poszliśmy gdy już świtało.

 

 

5.07. 2015, pustynia Takla Makan

stan licznika:8288 km

 

Takla Makan ma bardzo dużo piasku i zdecydowanie za dużo słońca. Powietrze drga swoimi czterdziestoma i więcej stopniami Pana Celsjusza. Piasek jest tak gorący, że nawet w butach trudno ustać w miejscu. Jajka na twardo gotować w nim (w piasku, nie w bucie) można. Piasek w dodatku jest tak drobny, że nawet drobny wietrzyk podnosi w górę tumany pyłu, które opadają bardzo wolno. Dlatego nie tylko sama pustynia, ale nawet miejsca odległe o kilkaset kilometrów są często zasnute piaskową mgiełką. Wysoka temperatura prowokuje też powietrzne wiry, minitornada. Wyglądają malowniczo, ale „w dotyku” miłe nie są. Taki kosmetyczny pustynny piling.

Każde wyjście z samochodu to tortura. Termometr zewnętrzny w moim aucie podał nam dziś koło 16.00 wskazanie na poziomie 41 stopni. To była temperatura najniższa, gdyż w innych samochodach termometry zwariowały i wskazywały nawet 49 stopni. W cieniu. W ruchu! A może to zwariował mój termometr? Nie mam pojęcia.

Klimatyzacja jest moim zdaniem wynalazkiem zbędnym. W Polsce przydaje się zwykle trzy dni w roku. To znaczy… tak myślałem do dzisiaj. W samochodzie mamy mimo klimy na full jakieś 36 stopni. Jak w nieszczelnej saunie. Koszula mokra, ręcznik na oparciu siedzenia mokry, siedzenie też. Od potu.

W dodatku mamy silny wiatr. Z kierunku niemożliwego do ustalenia. Czyli ze wszystkich kierunków. Chwilami widoczność spada do kilku metrów. W samochodzie ważącym cztery tony i jadącym 30 km/h nie jest to sytuacja przyjemna. Wolniej jechać jest nierozsądnie, bo można się w piachu przy podjeździe zakopać lub przy zjeździe sterowność stracić. Chcieliśmy, to mamy…

Pustynia Takla Makan jest już przecięta kilkoma wstążkami asfaltu. Drzemiące pod piachem zasoby ropy i gazu zachęciły człowieka do inwestowania i tworzenia drogowej infrastruktury. Asfaltem można przejechać pustynię wszerz w ciągu 8 godzin. Innych dróg w zasadzie nie ma. Czasem jest jakaś ścieżka, czasem ślad motocyklowej opony. Trudno żeby takie bezludzie nie prowokowało naszej wyobraźni. Samochody mamy wszystkomające więc…

Pięć lat temu poddaliśmy się po przejechaniu 200 metrów wydm. Dwa lata temu ujechaliśmy 2 kilometry. I stwierdziliśmy, iż wystarczy. Graliśmy w golfa na piachu i w kalambury przy ognisku. Drewno przywieźliśmy na dachowym bagażniku. Ale I Rajd Wenecja – Pekin to sprawa poważna. Więc walczymy J!

Po pierwszych asekuracjach wyciągarkami dwa z naszych aut zawróciły. Więc w cztery samochody i 16 kół postanowiliśmy podbić Takla Makan. Za podstawę szlaku wybraliśmy łożysko rzeki Hotan. Suche jak pieprz. Pofałdowane jak gwałtownie pieczona pizza. Zawiane łachami wędrujących wydm. Oczywiście zachowaliśmy zdrowy rozsądek i nie oddaliliśmy się od równoległego asfaltu więcej niż 20 kilometrów. Co by w razie czego jakoś z tej piaskownicy się wyczołgać. Wody mamy zapas na tydzień. Paliwa też przyzwoite ilości. GPS rysuje nasz ślad więc w razie czego po śladzie wrócić możemy.

Nie było tak źle! Całkiem wartko w ciągu 8 godzin zrobiliśmy ok. 200 km piaskowych bezdroży. Dojechaliśmy do łańcucha wzgórz mocno zerodowanych wiatrem. Dokładnie na środku pustyni! Dalej – zakładaliśmy po analizie mapy – pewnie nie da rady. Zostajemy na noc na przełęczy.

Smaga nami piaskowy wiatr. Gorący piaskowy wiatr. O drugiej w nocy mamy temperaturę 34 stopnie.

Czujemy się bardzo bohatersko…

No a Macio i Nel, czyli progenitura Rufinowa, mają największą piaskownicę na ziemi tylko do swej dyspozycji.

 

 

6.07. 2015, Takla Makan

stan licznika: 8466 km

 

No proszę! Wygląda na to, że ZROBILIŚMY TO !!! Pokonaliśmy Takla Makan bezdrożami. Przejechaliśmy offroadem po szerokości postrach dawnych karawan i współczesnych rajdowców. Cztery przyzwoicie wyposażone samochody. Jeden przestraszony i milczący jak zaklęty przewodnik, który od kilku lat uparcie twierdził, że to niewykonalne. Ośmioro dorosłych śmiałków i dwoje dzieci. Ceną była zaledwie jedna utracona opona. Takla Makan odwdzięczyła nam się z gestem. W samochodach mamy po kilkanaście kilogramów miałkiego piachu. W kieszeniach też coś się znajdzie. Włosy stoją nam dęba, bo mieszanina soli z potu i piachu daje całkiem solidny gips. We wszystkich otworach ciała jesteśmy też nieźle zaprószeni. Filtry w samochodach dały radę. Silniki się nie przegrzały. Lodówki nie padły. Amortyzatory wyglądają przyzwoicie. Do cywilizacji zostały nam cztery kilometry łatwej choć piaszczystej trasy więc możemy już dziś świętować bez obaw o zapeszenie.

Było nawet łatwiej niż wczoraj. Wiatr dokuczał, ale tumany wznieconego piasku przynajmniej osłoniły nas od palących promieni słońca. Wyglądało to jak małe zachmurzenie w żółtawym kolorze. Zachmurzenie, które ograniczyło uciążliwość i złośliwość Pana Celsjusza do 39 stopni.

Meandrowaliśmy łożyskiem rzeki. Coroczna dostawa fali powodziowej daje przyrodzie minimum wilgoci więc granice łożyska są wyraźnie zaznaczone wyschniętymi na wiór trawami, krzaczorami, czasem kilkoma drzewkami już martwej postaci. Zabłądzić trudno. Chyba że w trakcie burzy. Chwilami burzowo było, ale wtedy wspomagał nas ślad GPS i założone wcześniej koordynaty. Czasem zjeżdżaliśmy miedzy wydmy, ale tamtejsze szlaki wyraźnie nas spowalniały.

Tak nam się spodobało, że nie kończymy jeszcze z pustynią tylko zostajemy na niej na noc. Wieczorem się wypogodziło, po zmroku rozgwieździło. Księżyc oświetlił nasze wśród wydm obozowisko. Spać się nie chce. W końcu potyczki z Takla Makan zabrały nam kilka lat. A tu… wszystko wskazuje na to, że jesteśmy pierwszym polskim amatorskim zespołem, który dał radę gigantowi.

Żartujemy teraz, że można by zawrócić, przygotować kajaki i jeszcze raz popłynąć. Tak, tak, popłynąć! Bo ze zbiorników retencyjnych na pogórzu hotańskim, do których zbierano wodę przez cały rok właśnie teraz mają puścić falę. Będzie miała około pół metra wysokości i w ciągu 8, może 10 dni przetoczy miliony hektolitrów wody na północ. Do kanałów nawadniających uprawy rolnicze po drugiej stronie pustyni! Więc kajakiem można by spróbować... Człowiek „chiński” wysoki może nie jest, ale wodą operować potrafi. Tradycja tysięcy lat rywalizowania z żywiołem dla Ujgurii przyniosła efekty dopiero teraz. Lepiej późno niż wcale.

Przed wieczorem bawimy się w piasku jak dzieci. Jeździmy po wydmach już nie dla sportowej czy podróżniczej satysfakcji, ale po prostu dla fanu. W nocy znów wróci wichura i zasypie ślady naszych wyczynów.

 

 

7.07. 2015, Urumczi

stan licznika: 9388 km

 

Stolica Ujgurskiego Regionu Autonomicznego Xinjiang jako wielka i nowoczesna aglomeracja zaskakuje nas raczej pozytywnie. Urumczi rozwija się i rozbudowuje nie wolniej niż inne regiony Chin. Ale to Ujguria, ze wszystkimi jej nabrzmiałymi problemami. Dla jednych to tylko wschodnia prowincja Chin. I sto lat temu i teraz. Dla drugich (wcale nie tylko dla Ujgurów) to tereny przez Chiny podbite i okupowane. Tego dysonansu poznawczego nigdzie nie doznaje się mocniej niż w stolicy właśnie. Niby normalne miasto, ale Wielki Brat czuwa, policji i wojska więcej niż u nas w czasie stanu wojennego. Niby życie na ulicach toczy się naturalnym rytmem, ale nie ma miesiąca, żeby obyło się bez gwałtownych, żywiołowych rozruchów. Zapalnikiem może być każde głupstwo, ale konflikt nie wziął się znikąd. Miedzy Ujgurami i Chińczykami, a więc między skazanymi na siebie sąsiadami niechęć narasta. Miedzy Ujgurami a policją i wojskiem tym bardziej. Ofiary śmiertelne zdarzają się często. Po obu stronach. Niby ludzie krążą po tym mrowisku swoimi utartymi ścieżkami, ale na każdym rogu ulicy, w każdym zaułku nad głowami sterczy kilka zdalnie sterowanych kamer.

Patrole wojskowe składają się zawsze z kilkunastu żołnierzy. Policja też operuje w dużych zespołach zmotoryzowanych. Z jednej strony to rozsądna prewencja. Z drugiej demonstracja, kto tu rządzi. Ujgurzy i tak nie mają wątpliwości. Od kilku już pokoleń.

Historyczne tradycje państwowe Ujgurów nie podlegają żadnym wątpliwościom. Podobnie jak imperialne ambicje Chin. Dziewiętnastowieczna próba odtworzenia państwowości Kaszgarii skończyła się bezwzględnym układem mocarstw: Chin, Rosji i Wielkiej Brytanii. Skąd my to znamy… Ale Ujgurzy, albo Turkiestańczycy Wschodni, albo Turcy Ujgurscy o swych ambicjach niepodległościowych nie zapomnieli. W latach 40. XX wieku znów dwukrotnie ogłaszali niepodległy byt i własną państwowość. Wielka Brytania i ZSRR miały wtedy inne zmartwienia więc Chiny zrobiły z Ujgurią co chciały. Czyli Ujgurów spacyfikowały. Krwawo.

Za naszej pamięci też nie było lepiej. Ekstremistów muzułmańskich wśród Ujgurów jest tylu co kot napłakał, ale po 11 września Pekin sprytnie wykorzystał amerykańską krucjatę antyterrorystyczną i przekonał USA do uznania Islamskiego Ruchu Wschodniego Turkiestanu za ugrupowanie właśnie terrorystyczne. To w konsekwencji spowodowało, że świat nie patrzy na Xinjiang, jak na Tybet. No i w dodatku Ujgurzy nie mają tak popularnego przywódcy, jakim jest Dalajlama.

Dopóki Xinjiang był tylko zapomnianą przez Boga i świat górzystą i pustynną, mizernie zaludnioną prowincją, Chińczycy zadowalali się dominacją polityczną. Już po drugiej wojnie światowej Chińczyków Han nie było w Ujgurii nawet 4 procent. Ale wkrótce okazało się, że Xinjiang może mieć też poważne znaczenie gospodarcze, bo jest tam prawie połowa chińskich zasobów węgla kamiennego, a pod pustynią Takla Makan drzemią olbrzymie zasoby ropy naftowej i gazu. W dodatku Chiny cierpią na przeludnienie swych wschodnich prowincji więc dzisiaj w Ujgurii rdzenni Ujgurzy są już tylko mniejszością narodową. Na wsi stanowią jeszcze zdecydowaną większość, ale miasta są zdecydowanie chińskie. I ciągle napływają tu i zapuszczają korzenie kolejni osiedleńcy. Pekin zachęca ich do tego bez skrupułów.

Żeby prawda była jednak pełna – a widzą to też Ujgurzy - nie sposób również odmówić Pekinowi skoku cywilizacyjnego, jaki Ujgurii funduje. Dynamika gospodarcza całego regionu jest szokująca. Beneficjentami nie są tylko Chińczycy. Ofensywa ekonomiczna Pekinu zmienia nawet najmniejsze wioski. Kosztem olbrzymich inwestycji rozwija się gospodarka wodna, powstają elektrownie wodne i zbiorniki retencyjne. To nakręca rolnictwo. Obrzeża Takla Makan wyglądają po raz pierwszy w historii jak gigantyczny zielony pierścień. Irygowane pola oddawane są w dzierżawę na pięćdziesiąt lat (ziemskiej własności prywatnej Pekin boi się jak zarazy), państwo pomaga też w budowie nowoczesnych domów. Asfalt leje się na polne drogi miesiąc później. Chodniki budują już mieszkańcy. Niby w czynie społecznym, ale nawet za taką pracę administracja płaci jakieś pieniądze, bo w szczęśliwość komunistyczną nie wierzą nawet sekretarze partii. W podobnym tempie buduje się nowe miasta przemysłowe. Przedmieścia nawet małych miasteczek zamieniają się w blokowiska wysokościowców, o jakich w wielu polskich miastach nikomu się nawet nie śniło.

Kiedy przed dekadą byłem w Ujgurii po raz pierwszy, zobaczyłem w wielu miejscach pozbawiony uśmiechu średniowieczny skansen. Dzisiaj nie chcę udawać, iż widzę tylko złe strony chińskiej migracji na zachód. Bo Kaszgaria staje się po prostu nowoczesną, cywilizowaną, coraz zamożniejszą krainą. A że bezduszną, z wyrwanymi korzeniami tradycji, to już inna sprawa.

W samym Urumczi cieszymy się natomiast różnymi przywilejami „białego człowieka”, co po dwóch tygodniach w górach i na pustyni nie jest bez znaczenia. Ciepła woda w kranie, wyprasowana pościel, wygodny fotel i uprzejmy kelner to na naszym szlaku przyjemna odmiana. Jutro jednak odmyci, odprani, odprasowani wracamy na rajdowy szlak Marco Polo.

 

 

8.07. 2015, Depresja Turpańska

stan licznika: 9643 km

 

Podróżowanie po świecie w samochodzie lub siedzenie przy ognisku, to nie to samo co spędzanie czasu w bibliotece. Pozostawiam więc czytelnikowi decyzję, czy jestem teraz w Turfanie, czy może w Turpanie. Istotne jest coś innego. Miejsce to nad wyraz historyczne, ma kilka tysięcy lat tradycji rolniczych i handlowych. W dodatku miejsce to zaskakujące przyrodnika, geologa bardziej niż turystę. Jesteśmy mianowicie w drugiej co do głębokości depresji świata. Niżej o kilka pięter jest tylko Morze Martwe.

Krajobraz naturalny jest wyjątkowy, ale do najpiękniejszych nie należy. Depresja to uschnięta na wiór pustynną płaszczyzną. Gdy w Tien Szan topnieją śniegi, w kotlinę wlewają się hektolitry wody. Bywa nawet przez chwilę zielono. Ale wilgoć zanim zdąży wsiąknąć w glebę, paruje na słońcu. Słońcu niebanalnym. Dzisiaj zanotowaliśmy w cieniu… 47 stopni. W słońcu ponad 70! Jak się człowiek w takim piekle czuje, łatwo sobie wyobrazić. Wiatr potęguje wrażenia. Gliniany i piaszczysty piekarnik. Na horyzoncie nie widać nic, bo góry ukryte są za miotanym pyłem. Trzeba wiele turystycznego samozaparcia, by tu dotrzeć i jeszcze się tym cieszyć. Czasem się nie udaje…

Dziś w jednej załodze I Rajdu Wenecja-Pekin coś pękło… W Turpańskiej nomen omen Depresji niełatwe okoliczności przyrody doprowadziły do gwałtownego rozwodu. Połowa dwuosobowego zespołu odjechała samochodem, połowa została z bagażami na pustkowiu. Miejscowa policja – która w Chinach pojawia się zawsze nie wiadomo skąd – była wielce zdziwiona, widząc samotnego mężczyznę na środku Depresji Turpańskiej, który układał z kamieni napis SOS. Oto co czyni z ludźmi… depresja. Ostatecznie jeden z naszych kolegów odleciał do Polski samolotem. Przyroda jak ekonomia… nie znosi próżni. Więc na lotnisku w Urumczi powitaliśmy „posiłki” przybyłe z Krakowa. Dołączył do naszego konwoju Krzysztof.

Jednak w depresji można nie tylko żyć, można życiem się cieszyć, a z ziemi jednak wyciągnąć wszystko co najlepsze. Już wiele wieków temu chińskie i perskie tradycje budowlane umożliwiły racjonalną gospodarkę wodną. Bo wodę doprowadzono na żyzne, jak się wkrótce okazało, pustkowie akweduktami. Podziemnymi akweduktami długimi na kilkadziesiąt kilometrów! I do dzisiaj są czynne, do naszych czasów utrzymują tutejsze rolnictwo. A przy okazji są wyjątkowym zabytkiem starożytnego dorobku inżynierskiego.

Turpan leży na Jedwabnym Szlaku. Wędrujący tędy kupcy perscy przynieśli do Turpanu nie tylko religię, ale również sporo zwyczajów rolniczych i kulinarnych. Przede wszystkim atencję do… rodzynek. Cała Depresja Turpańska jest od stuleci chyba największym zagłębiem rodzynkowym Azji.

Krzewy winorośli, prowadzone z myślą o owocach przeznaczonych na susz, nie wymagają redukowania ilości owoców, jak przy uprawach przeznaczonych do wyrobu wina. Więc krzewy uginają się od owoców podparte drewnianymi rusztowaniami. Zebrane już pod koniec lipca winogrona suszy się w przewiewnych, budowanych z glinianych cegieł altanach. Sądząc z zamożności tutejszych gospodarstw, rodzynkowy biznes ma się nieźle. Jak za dawnych wieków rodzynki z Turpanu trafiają do Pekinu, Szanghaju, Kantonu, Ułan Bator, Kaszgaru, a nawet dalej na południe i zachód.

Od mniej więcej 30 lat próbują też w Depresji Turpańskiej robić wina. Niestety ich jakość, jak na razie, pijących doprowadza do depresji psychicznej. Pewnych rzeczy nie da się osiągnąć w ciągu jednego pokolenia. Tutejsze cabernety degustowaliśmy i byliśmy… zdegustowani.

Z Turpanu zmierzamy na wschód. Śladami jedwabnych kupców, śladami Marco Polo. W upale który odbiera rozum…

 

 

9.07. 2015, Turpan

stan licznika: 9999 km

 

Włóczymy się jeszcze po zielonej kotlinie Depresji Turpańskiej. Zabytki technicznej historii islamskich osadników doliny są wystarczającym pretekstem. Współczesność także. Osiołka spotkać coraz trudniej. Awans technologiczny przesadził rolników wpierw na rowery, a potem na motocykle i wielofunkcyjne trójkołowe pojazdy mechaniczne. Samochód nawet w małej wsi nie jest już żadną sensacją. Również japońskich i europejskich (volkswagen, ford) marek. Może najwyżej dziwić jego pojemność. Ujgurzy są raczej szczupli i niewysocy, do klasycznego sedana 8 osób wsiada bez problemu. Kierowcy posługują się pojazdami całkowicie beztrosko i nonszalancko.

Trzeba być czujnym. Droga, szosa, nawet kilkupasmowa, jest wykorzystywana dowolnie i w dowolnym kierunku. Widok dzieci za kierownicą też nie jest niczym dziwnym. W dodatku ulica jest nie tylko komunikacyjnym szlakiem. Ujgurów jako mniejszości etnicznej nie dotyczą chińskie ograniczenia populacyjne (jedna rodzina - jedno dziecko). Ma się wrażenie, że około 3-4 lata temu wszyscy dorośli zajmowali się propagowaniem swobody seksualnej, bo dzieci w tym wieku plątają się po wiejskiej szosie tabuny. Ulica jest głównym placem ich zabaw. Jest też wygodnym miejscem do młócenia zboża, suszenia moreli, towarzyskich spotkań, nawet drzemki w cieniu szpaleru topól. Dla nas trochę to irytujące. W miejscach rozbuchanej na sfalcie wymiany towarowo-pieniężnej autem przecisnąć się bardzo trudno.

Ulice, a szczególnie ich skrzyżowania to także popularne i zatłoczone jadłodalnie. Wszędzie gdzie mieszkańców natłok wabi zapach ujgurskiej kuchni. Skomplikowana, ani wymyślna nie jest. Przeważają podpłomyki i baranina. Rynna do pieczenia szaszłyków, a właściwie ich mnogość jest czynna od świtu do późnej nocy. Kręcimy się między grillami namiętnie. Ruch w interesie szaszłykowym jest błyskawiczny. Nigdzie, nigdy nie widziałem mięsa, które wyglądałoby nieświeżo. Baran w ciągu kilku godzin od ostatecznego rozstrzygnięcia zostawia po sobie tylko schnącą na słońcu skórę. Ostatnia kostka zostaje obgotowana i obgryziona do ostatniego włókna.

Warzywa w ujgurskiej kuchni upowszechnili jednak chińscy sąsiedzi. Receptury także. Większość przygotowywana jest w woku na otwartym ogniu. Przyprawiana sosem sojowym, a nie solą. Makarony na chińską modłę, posługiwanie się pałeczkami oraz powszechność herbaty też jest wynikiem wielowiekowego sąsiedztwa Państwa Środka.

Przy okazjach szczególnych, na przykład ślubów, no i nie w czasie ramadanu Ujgurzy odwiedzają bardziej okazałe restauracje. Niektóre wyglądają jak pałace z tysiąca i jednej nocy. Kuchnia jednak jest w nich tradycyjna. Ceny niekoniecznie. Blichtr musi kosztować. Tablet na stoliku zamiast menu jest zaskakujący tylko dla nas.

Zastrzeżenia Europejczyka może budzić podejście Ujgurów do śmieci i odpadków. W gruncie rzeczy dookoła jest… syf. Wrażenie to pewnie stracimy po wjechaniu w Chiny właściwe, ale na razie i tak kręcimy głowami z niedowierzaniem. Śmieci się na stole, pod stołem i wokół niego. Czyste ma być natomiast ciało. Nawet w najskromniejszym miejscu, nawet tam gdzie nie ma gdzie załatwić potrzeb fizjologicznych, jest miejsce do umycia rąk. Ubrani chodzą też czysto i świeżo. Nawet gdy na miseczkę makaronu zarabiają machaniem miotłą.

Niechęć do przybyszów ze wschodu przekłada się też prawdopodobnie na zachodnich gości. Nas i nasze niecodzienne pojazdy albo ignorują, albo obserwują z dystansu. Do kontaktów nie zachęcają. Ale gdy już spyta się o możliwość zaglądnięcia do wiejskiego domu, zapraszają za wysoki mur oddzielający ich prywatność od wścibstwa, są uśmiechnięci i cierpliwi. Gdy biwakujemy pod chmurką obserwują nas z oddali. Przysiadają na piętach lub na siodełkach swych motocykli i gapią się jak cielęta na malowane wrota. Rajd Wenecja – Pekin nie jest tu jeszcze spopularyzowany, a znajomość angielskiego incydentalna. Nasza podróż też na tyle szybka, ze jesteśmy meteorem w ich świecie. Podejrzewam, że to raczej my będziemy dłużej pamiętać o tym, co zobaczyliśmy.

Puki co wkraczamy, właściwie wjeżdżamy w drugą dziesiątkę tysięcy kilometrów podróży karawaną Marka Polaka.

 

 

10.07. 2015, Dunhuang

stan licznika: 10818 km

 

Jako się rzekło, Jedwabny Szlak miał dwie ścieżki, okrążał Pustynię Takla Makan z północy lub południa. Karawany miały po prawej lub lewej ręce rozgrzaną piaskownicę, a po drugiej stronie niebosiężne góry. Na pustyni groziła śmierć z wycieńczenia. Góry z kolei były schronieniem dla wszelkiej maści zbójów i rabusiów. Pokonanie więc tych półtora tysiąca kilometrów było obarczone sporym ryzykiem. Obydwa szlaki spotykały się w mieście Dunhuang. Kto tam dotarł cały, zdrowy i nieobrabowany,  miał za co dziękować swym bogom. Bo bogów też importowano i eksportowano. Tędy do Chin dotarł hinduski buddyzm.

I tak już 1700 lat temu pod Dunhuang powstały pierwsze buddyjskie kapliczki. W zboczach górskich sformowanych z gliniastego tufu drążono nisze i kopulaste komory, a w nich ustawiano rzeźby Buddy. Ściany grot pokrywano prymitywnym cementem i malowano wodnymi farbami. Z czasem komory były coraz większe, coraz bardziej okazałe, coraz fantazyjniej zdobione. A Budda był coraz większy. Największy ma wysokość dziewięciu pięter. Najpiękniejszy z kolei leży sobie w otoczeniu uczniów. Kaplic takich w ciągu tysiąca lat powstały setki. Przyroda i źli ludzie część z nich zniszczyli, ale około pięciuset przetrwało do naszych czasów. W większości były przysypane pustynnym piaskiem. Ludność miejscowa o nich wiedziała. Świat… zapomniał. Dolinę Tysiąca Buddów „odkrył” dla Europy Marek Aureliusz Stein, węgierski żyd z brytyjskim obywatelstwem. Pan Stein mógł być pierwowzorem Indiany Jonesa. Niezły cwaniak. Karierę zaczął zapewne od fantazyjnego pseudonimu, bo Markiem Aureliuszem rodzice w Budapeszcie zapewne go nie nazwali. Od 1900 roku do śmierci w 1943 zorganizował kilkadziesiąt wypraw do Azji Środkowej. Nie były to wycieczki turystyczne, ale ekspedycje łupieżcze. Eksponaty zwoził głównie do Londynu. W Dunhuang nie tylko zapakował kamienne i gliniane artefakty, ale między innymi kupił od miejscowego stróża starożytnych grot (ten, jak to w Chinach, nazywał się Wang) sławne manuskrypty sprzed tysiąca lat. A jego śladem podążali następni poszukiwacze starożytności i przygód. Najcenniejsze z zrabowanych eksponatów zdobią dziś muzea w Wielkiej Brytanii, USA, Rosji, Niemczech, Francji i sa przedmiotami pożądania wielu prywatnych kolekcji.

Dla Chińczyków Stein jest postacią złowieszczą. Czy Chińczycy mają rację? Tylko częściowo. Dlaczego? W latach rewolucji kulturalnej towarzysza Mao 95 procent historycznych obiektów bezmyślnie i bezpowrotnie zniszczono. Przewodnicy dzisiejszych turystów mówią o tym bez skrępowania. To co dzisiaj można obejrzeć to mozolnie odtwarzane kopie.

W dolinie Grot Mogao stworzono trzydzieści lat temu Park Narodowy, jest nawet wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z pięciuset grot turystom pokazuje się tylko 30. Reszta jest zakonserwowana, zamknięta betonowymi sarkofagami i czeka na lepsze czasy i lepszą technologię, która pomoże odkrywać i utrwalać to, czego człowiek jeszcze nie zdążył zniszczyć.

I Rajd Wenecja – Pekin, a raczej jego zawodnicy dotarli do Doliny Mogao wieczorową porą. Ponieważ najcenniejsze obiekty historyczne otoczone są ogrodzeniem i w mundurach pilnowane, obozowiska szukaliśmy z napędem na cztery koła po okolicznych dolinach. Przy okazji zobaczyliśmy, że buddyjskich grot, a raczej ich resztek jest w promieniu kilkunastu kilometrów więcej niż podaje Wikipedia. Wiec choć przez chwilę poczuliśmy się jak dawni odkrywcy. W odróżnieniu od pana Steina, nie kopaliśmy, niczego ze ścian nie zdrapywaliśmy. Ot, pod gwiazdami przygotowaliśmy sobie posłania i oddaliśmy się marzeniom. Tak nam się tu spodobało, że zrobiliśmy jednodniową przerwę w naszych z kilometrami zmaganiach.

Przed nami Chiny wreszcie właściwe. Bo właśnie dzisiaj opuściliśmy Xinjiang. I pożegnaliśmy Takla Makan. Ale Szlaku Jedwabnego nie porzucamy.

 

11.07. 2015, Góry Tęczowe

stan licznika: 11432 km

 

Kolejny etap I Rajdu Wenecja – Pekin kończyliśmy w Zhangye. Znów po ciemku. Szlak nadal wyznaczają nam buddyjskie groty. Wbiliśmy się ponownie w góry, miła to odmiana po Pustyni Takla Makan. I temperatura też dla Europejczyka sympatyczniejsza. Mimo że jesteśmy w prowincji Gansu, ocieramy się o Tybet, bo okolica kiedyś była pod panowaniem Dalajlamów. Więc szczyty gór ozdobione są modlitewnymi chorągiewkami, w zboczach gór pysznią się maleńkie klasztory, poniżej nich cmentarze. Tutejsi Tybetańczycy też mają więcej talentów do turystycznego biznesu. W Matisi są nie tylko zabytki i pielgrzymkowe trasy piesze, ale też hostele i górskie schroniska oraz kwitnie turystyczno–religijne pamiątkarstwo. A w pobliskim Zhangye na pielgrzymów i turystów największy w Chinach leżący Budda.

Naszym celem są jednak przede wszystkim Góry Tęczowe. Poddawane erozji formacje skalne i ziemne „pociły się” przez miliony lat tlenkami różnych metali. Efektem utleniania są magicznie wyglądające pasma w kolorach rzeczywiście naśladujących tęczę. Nachodzić się trzeba sporo po okolicznych wzgórzach, by podziwiać to cudo natury. Salvador Dali nie wymyślił tej fantazyjnej kolorystyki, ona tu była wcześniej, przed nim!

Przy okazji mogę podać na przykładzie Gór Tęczowych chiński przepis zatytułowany „Zróbmy sobie Park Narodowy”. Wpierw jest – jak to w Pekinie – decyzja polityczna. Robimy dwieście dwudziesty drugi park. W niezaśmieconej okolicy. Potem w teren wysyła się budowniczych. Oni, jak to człowiek, śmiecą. Odgradzają też w ramach pracy interesujący teren kilometrami płotów, siatek, ustawiają strażników. Pilnują głównie śmieci, których zbieranie i wywożenie nie przyszło nikomu do głowy. Przez bajkowe w tym przypadku góry rozwija się kilometry asfaltowej nawierzchni i chodników z kostki brukowej. Z betonu buduje się balustrady. Podciąga się linie wysokiego napięcia i buduje gigantyczne centrum turystyczne z fontannami oraz parkingi na tysiące samochodów. Wokół centrów edukacyjnych i parkingów piętrzą się rzecz jasna budowlane śmieci. Zapomina się tylko zbudować toalety. Kilometr dalej powstaje z prędkością światła kolejne wielotysięczne miasto, czyli bloki, bloki, bloki. I śmieci. Teren parkowy łączy się odnogą autostrady z głównymi arteriami zaśmieconego kraju. No i zaczyna się sprzedawać bilety. Dziesiątki tysięcy biletów. Turystów (Chińczycy to 99 procent zabiletowanych klientów, obcokrajowcy są często sensacją) wozi się po parku autobusami i meleksami. Wersja luksusowa dla bogaczy to klimatyzowane busiki z przewodnikiem. Klimatyzacja to otwarte (w odróżnieniu od zwykłego autobusu) okna. Żeby wsiąść do zabiletowanego pojazdu, należy karnie przemieszczać się długimi plątaninami ciągów komunikacyjnych grodzonych stalowymi barierkami. Pracuje przy tym wsiadaniu i wysiadaniu spore grono osób, bo chińskie stanie lub poruszanie w kolejkach musi być sterowane i odliczane. W parku narodowym pracuje więc kilkaset osób. I pracownicy i goście zajmują się głównie śmieceniem. Wszelka niesubordynacja turystyczna (poza śmieceniem i załatwianiem potrzeb fizjologicznych) jest natychmiast pacyfikowana. Goście chińscy są taką organizacją zachwyceni. My mniej. Zamiast skupiać się na cudach natury, nabijamy się z uniformizacji i wszechobecnej musztrowanej dyscypliny. A góry śmieci rosną i rosną…

Góry Tęczowe mimo ingerencji cywilizacyjnej są faktycznie przepiękne. I mimo wszystko warte podróżniczych wyrzeczeń.

 

 

13.07. 2015, chiński highway

stan licznika: 12601 km

Jazda samochodem nie jest dla większości Polaków niczym szczególnym. Jeździmy jak umiemy, na drogi i innych kierowców ponarzekać lubimy. Peregrynując po zagranicznych drogach też sobie jakoś tam radzimy. Nawet w Neapolu, nawet w Stambule. W ostateczności nawet w Moskwie. Jednak używanie samochodu w Chinach to zupełnie inna bajka.

Chińczycy wprawdzie w kuchni są fenomenalni, w ping ponga nie do pokonania, w zdolnościach kaligraficznych nieocenieni, ale za kierownicą… Nie chciałbym być posądzony o rasizm, ani inne nie mniej niemiłe przywary, jednak Chińczyków uznaję za najgorszych kierowców świata. Chińczyk lub Chinka w samochodzie potrafią wyczyniać rzeczy nieprawdopodobne. Polskie dowcipy o blondynkach są niczym przy ekwilibrystyce chińskich kierowców. Na rowerze, na motocyklu nawet jakoś sobie radzą, ale 3 lub nie daj Boże 4 koła to dla chińskich kierowców zdecydowanie za dużo. Patrzą i… nie widzą. A własne auto jest ich zamkiem obronnym.

Chiński kierowca jeździ na ogół wolno i na ogół prosto. Jeżeli skręca, to robi nagle i nie używa wcześniej kierunkowskazów. Lubi naciskać klakson, ale sam klaksonu innych nie słyszy. Lubi sobie ni stąd ni zowąd przyhamować. Świateł drogowych nie używa, woli długie. Ewentualnie jedzie w nocy bez żadnych świateł.

Chińskie auto jest zawsze przeładowane i często dziwnie przechylone. Pasażerów ma zwykle dwa razy więcej niż zezwala dowód rejestracyjny. Ciężarówki mają dwa razy dłuższe niż reszta świata i pakują na nie nieprawdopodobne gabaryty. Ciągnik do przewozu mniejszych pojazdów ma na dwóch kondygnacjach, w dwóch równoległych rzędach… 24 samochody osobowe. Spotkanie z takim gigantem w tunelu to niefajna przygoda, śni się potem po nocach.

W Chinach są dobre drogi. Od niedawna. Są nawet wielopasmowe autostrady. O nawierzchni świetnej. Niestety Chiński kierowca potrafi poruszać się na autostradzie na przykład pod prąd. Wyprzedzać w Chinach trzeba z odwagą, bezkompromisowo. Wszystkimi pasami. Awaryjnym również. Na drogach pomniejszych jeździ się też fatalnie, ale z innego powodu. Zagrożeniem są przede wszystkim jednoślady. Również piesi sprawiają wrogie wrażenie. Twarze wszystkich – i kierowców, i rowerzystów, i pieszych, nawet policjantów z drogówki – są… nieobecne. Każdy śni swój własny sen o drodze i innych nie widzi. Przynajmniej takie sprawia wrażenie.

Znowuż na parkingu są niesamowicie towarzyscy. Oblepiają zagraniczne auto jak muchy. Dotykają, szarpią za klamki, głośno komentują. Wtedy jednak na ogół się uśmiechają. Jeżeli ktoś z nas grzebie sobie pod maską, natychmiast ma obok własnej głowy cztery inne…

W toaletach na stacjach benzynowych Chińczycy też się lubią fraternizować. Kucają obok, ramię przy ramieniu i zaczynają monolog mandaryński, który im widać w czynnościach fizjologicznych nie przeszkadza. Dodać tu muszę, że stanowiska w toaletach nie mają żadnych przegród…

Jeździmy więc nad wyraz ostrożnie. A potrzeby fizjologiczne załatwiamy chyłkiem.

 

 

13.07. 2015, Xi’an

stan licznika: 12200 km

 

Wjazd do każdego większego chińskiego miasta to temat na osobną opowieść. Tym bardziej że wszystkie miasta sprawiają wrażenie większych. Głównie borykamy się z niezrozumiałym oznakowaniem ulic. Drogowskazy i nazwy ulic pisane są oczywiście „krzaczkami” więc nic nam nie mówią. Próbujemy się orientować według rzeki, jeżeli taka w mieście jest lub szukamy charakterystycznych elementów architektonicznych. Na przykład zwykle w centrum miasta stoi kopia Wieży Eiffela. Prawdopodobnie mają w Chinach osobna fabrykę takich wież, bo każda mieścina swojego Eiffela ma. Czasami jest Eiffelów kilka. Wtedy mamy większy kłopot. Pytać o drogę i tak nie ma sensu, bo talenty do języków obcych mają Chińczycy identyczne z polskimi osiągnięciami w tej dziedzinie ludzkiej aktywności.

Dziś byliśmy w Lanzhou. Drobiazg. Kilka milionów mieszkańców. Wtarabaniliśmy się do śródmieścia, bo chcieliśmy zobaczyć z bliska Żółtą Rzekę. Zobaczyliśmy! Rzeczywiście jest żółtawo-brązowa. Niesie przez całe Chiny gigantyczne ilości lessowego mułu. W każdym metrze sześciennym wody jest 37 kilogramów ziemi! Co ciekawe, w Lanzhou, choć od Morza Żółtego dzielą ją tysiące kilometrów, Żółta Rzeka jest potężna, natomiast u ujścia mizerna, gdyż jej gigantyczne zasoby są po drodze pożytkowane na rzecz rolnictwa. Przemysłu pewnie też. Do morza wpada wiec „żółtej” wody niewiele.

Dzisiejszy maraton drogowy zakończyliśmy w Xi’an. Miasto sławne. Przed dwoma tysiącami lat chińska stolica. Przez kilka dynastii. To do Xi’an prowadził Jedwabny Szlak zanim przedłużono go do Pekinu. Gnaliśmy do Xi’an nową autostradą, po drodze mieliśmy niespodziewaną atrakcję, gdyż nowoczesna arteria przez kilkadziesiąt kilometrów wiedzie wzdłuż Muru Chińskiego. Nie był on wprawdzie murowany z cegieł, ale lepiony z gliny w czasach dynastii Ming, a więc na przełomie XIV i XV wieku, jednak zachował się w całkiem znośnym stanie. Przecina pola kukurydzy i pastwiska. Wspina się na wzgórza. Kilkumetrowej wysokości wał uzupełniany był w równych odstępach (dystans dwóch strzałów z łuku) wieżami. Część z nich jest jeszcze widoczna, mimo że akurat na oglądanym przez nas odcinku prac konserwacyjnych nigdy nie prowadzono. Niespodzianka była jeszcze większa gdy okazało się, że autostrada mur przecina. Dość bezceremonialnie. Po prostu w Murze jest… dziura!

A w samym Xi’an jak zwykle… szukanie wieży Eiffela i mozolne szukanie hotelu, w którym rezerwowaliśmy pokoje. Przed zaśnięciem zdążyłem tylko pomyśleć, że przypomina do złudzenia Dom Chłopa w Warszawie. Zresztą hotele w Chinach to temat na zupełnie inną bajkę.

 

14.07. 2015, Xi’an

stan licznika: 12788 km

 

Podróżujemy samochodami. Po drogach i bezdrożach. Zaliczanie kolejnych kilometrów to nie wszystko czym nasze auta mogą się szczycić. W samochodach mieszkamy. Mamy wygodne miejsca do spania, mamy też pełne zaplecze kuchenne i sanitarne. W autach bytujemy i przyjmujemy gości. W Chinach o tym nie wiedzieli. W Chinach nieznane jest pojęcie kampingowania. Nie ma pól namiotowych, a „na dziko” rozbijać się nie jest łatwo. Na pustyniach, w górach radzimy sobie bez problemu. Na wsi znaleźć miejsce dla ośmiu aut jest bardzo trudno, ale zwykle jakiś skrawek terenu wypatrzymy. W miastach jesteśmy bezradni. Śpimy w hotelach. Oszczędni mogą spać w samochodach na hotelowym parkingu, co zresztą Chińczyków wcale nie dziwi.

Hotele chińskie mają zwykle sporo gwiazdek i mnóstwo poważnych aspiracji. My celujemy w pół drogi miedzy gwiazdkami czterema a pięcioma. Gwiazdkami chińskimi. Pokój w takim „wypasionym” hotelu kosztuje miedzy 140 a 280 złotych. Tańsza zwykle jest wersja bez śniadania. Każdy taki nocleg i wydatek jest przygodą samą w sobie.

Podjazd pod hotel i sam główny hol przypominają pałace. Wszystko jest olbrzymie, lśniące, zdobione do granic absurdu. W końcu to w tym holu za hotel płacimy więc wrażenie robić musi. Cenę negocjuje się dość długo. Głównie z powodu bariery językowej. Windy są też eleganckie. Korytarze również. Dziwić może ewentualnie potężna armia pracowników. Jest na przykład taka pani, która w ramach pełnego etatu chodzi sobie ze ściereczką i przeciera guziki w windzie…

Pokoje na ogół bywają znośne. Dwa duże łóżka. Materac twardy jak jasny gwint. Poduszka często wypchana czymś co przypomina trociny. Pościel biała, czysta. Jest jedno krzesło, telewizor, czasem mała lodówka. Na ogół popsuta. Wykładzina dywanowa zadziwia, wygląda jak po kataklizmie. Chińczycy lubią pluć gdzie popadnie. Z okna widok na dachy sąsiednich budynków. Dachy we współczesnych miejskich Chinach są śmietniskiem i składem rzeczy niepotrzebnych, zniszczonych, połamanych. Praktyczny zwyczaj, bo z ulicy tego nie widać.

Najgorzej jest w łazience… Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie łazienkę w radzieckim akademiku? Spróbujcie! Kafelki, owszem, ale kładzione przez brakoroba. Wpierw kafelki… potem dopiero instalowanie rur i odpływów. Prysznice odstraszają i stanem technicznym i… brudem. Dobrze, że chociaż muszla klozetowa w europejskim stylu. Papier toaletowy w ilościach oszczędnych. Wody ciepłej czasami brak.

Na zorientowanie się, którym przyciskiem co się włącza i wyłącza trzeba poświęcić pół godziny. Czasem bez żadnego skutku. Raz zdarzyło nam się, że spaliśmy przy mocnym świetle jarzeniówek. Gdy rano spytaliśmy, jak się gasi światło w pokoju, zdziwiona recepcjonistka wyjaśniła, że wyłącznik jest u niej w recepcji…

Po hotelu wieczorową porą i nocą lepiej się nie włóczyć. W prawie każdym hotelu, w którym spaliśmy na 2 lub 4 piętrze jest przybytek służący rozrywkom niewymownym. Niby jest to bar karaoke, ale każdy gość bawić się ma w osobnym pokoju, a do pomocy może sobie wybrać jedną lub kilka dziewcząt, które na zakonnice nie wyglądają. A jest ich do wyboru kilkadziesiąt. Negocjacje nad zakresem świadczonych tu usług nie są proste, gdyż absolutnie nikt nie zna ani słowa w żadnym języku europejskim. Czasem znają rosyjskie liczebniki. Klienci to oczywiście mocno podpici Chińczycy. Cóż… w końcu lupanary to chiński wynalazek…

Pewnym urozmaiceniem życia hotelowego są śniadania. Interesujący kulinarny rebus. Z potraw i produktów oczywistych są jajka i arbuzy, reszta to chińska wariacja warzywna, mięsna, nabiałowa. Nigdy nie ma pewności co jest na słodko, a co na słono.

Dlatego żywimy się zwykle „na mieście”. W każdym mieście, w każdej dzielnicy, w każdym miasteczku poranna, popołudniowa i wieczorna oferta kulinariów ulicznych przyprawia o zawrót głowy. Orientalnie, kolorowo, świeżo, tanio i bardzo, bardzo smacznie. Szkoda tylko, że potem trzeba wrócić do hotelu.

Albo na hotelowy parking do samochodu. Podwórzowe parkingi podsumowują wszystko czego oczy hotelowych gości oglądać nie powinny. Brud, smród i jakieś tajemnicze pomieszczenia, w których na łóżkach piętrowych gnieżdżą się pracownicy hotelu, a często też ich rodziny. Zamykam oczy i próbuję zasnąć. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal…

 

 

15.07. 2015, Xi’an

stan licznika: 12866 km

 

Rajd Wenecja – Pekin zmierza do stolicy Państwa Środka trasą nieco zawiłą. Ale są to przecież nasze wakacje. Szukamy nie tylko doświadczeń motoryzacyjnych. Do Xi’an przybyliśmy z powodu tutejszej Armii Terakotowej. Oryginalni nie jesteśmy. Po prostu chcieliśmy ten wyjątkowy zabytek zwiedzić. Po raz pierwszy nie byliśmy w miejscu zabiletowanym jedynymi obcokrajowcami. Sensację wzbudzały tylko nasze samochody. A nasz skład na tutejszym lotnisku uzupełniliśmy jednym kanadyjskim uczestnikiem. Eric przyleciał z Toronto. W samolocie z Szanghaju był jedynym niechińczykiem.

Cesarz Qin Shi Huangdi swą cesarskością nie cieszył się długo. Zmarł pięć lat po intronizacji. 2200 lat temu. Mimo to uznaje się go za najważniejszego z twórców chińskiego imperium. Zjednoczył kraj po wiekach rozdrobnienia i wojen domowych. Podbił opornych sąsiadów. Skodyfikował prawo, ujednolicił systemy miar i wag, wprowadził wspólna walutę. Zapoczątkował połączenie murów obronnych małych państewek na północy i w tym sensie stworzył Wielki Mur. Miarą jego wielkości była liczba jego wrogów, których pobił i upokorzył. Był bezwzględny i nie miał złudzeń, wiedział, że po śmierci jego los może nie być spokojny. Postanowił bronić swych osiągnięć przed wrogami również zza grobu. A grobowiec przygotowywał 36 lat. Budowało go 700 000 robotników. Wysiłek godny faraonów. Efekt również.

Na straży spokoju cesarza stanęła armia co najmniej 7000 żołnierzy i koni. Figury naturalnej wielkości wypalane były z gliny, miały zindywidualizowane rysy twarzy, uzbrojone były w prawdziwe łuki i miecze. Stanęli gotowi do bitwy, której nigdy nie stoczyli. Już cztery lata po śmierci cesarza grobowiec splądrowano i częściowo zniszczono. A potem na wieki zapomniano. Odkryto Terakotową Armię przypadkowo w 1974 roku. Kopiący studnię rolnicy wpadli do wnętrza podziemnych koszar. Dziś w terakotowym muzeum można zrobić sobie zdjęcie z człowiekiem, który „odkrył” Armię. Zdjęcie za słoną opłatą. Zdjęcie z człowiekiem, który za życia stał się muzealnym eksponatem.

Armia nie zachowała się w dobrym stanie. Większość figur była potłuczona. W kontakcie z powietrzem, a raczej z powietrza zanieczyszczeniem w ciągu kilku minut zniknęły kolory, którymi postaci zdobiono. Prace archeologiczne, które pod Xi’an prowadzi się cały czas, to gigantyczny wysiłek konserwatorski. Efekt jest imponujący.

W kontemplacji wyjątkowego zabytku przeszkadzają oczywiście gigantyczne tłumy zwiedzających. Trzeba mieć mocne łokcie, by dopchnąć się do barier otaczających tarasy, z których podziwia się odkrywki archeologiczne i setki już odbudowanych postaci. Obok cały czas trwa „składanie”, „sklejanie”, „polichromowanie” następnych. Wyjątkowość ekspozycji polega nie tylko na klasie tego zabytku, ale też na możliwości obserwowania pracy konserwatorów.

Co najciekawsze, choć wiadomo, w którym miejscu jest cesarski grobowiec, do dziś nie podjęto decyzji o jego otwarciu. Archeolodzy postanowili poczekać, aż będą dysponować lepszymi technologiami utrwalania dzieł sztuki sprzed 22 wieków. A spodziewają się znaleźć rzeczy większe, piękniejsze, cenniejsze niż armia, która grobowca pilnuje.

Cywilizacja chińska i jej niewątpliwie wielki dorobek ma sporo emblematycznych symboli. Fascynującym jest móc zobaczyć kwintesencję tej symboliki w obiekcie, o którego istnieniu nikt nie wiedział jeszcze 40 lat temu.

Gdyby Armię odkopano na przykład 20 lat wcześniej, rewolucja kulturalna obeszłaby się z nią mniej starannie. Dziś oglądać by nam przyszło tylko fotografie i gipsowe kopie. Miał więc cesarz Qin Shi Huangdi jednak trochę szczęścia. A może po prostu przed złym losem obroniła go jego Terakotowa Armia?

 

 

17.07. 2015, Dengfeng

stan licznika: 13360 km

 

Znów za nami kilkaset kilometrów jazdy. Łatwej. Asfaltowej. Kolejny etap naszego rajdu i kolejny symbol Kraju Środka. Więc znów robimy jednodniową pauzę. Klasztor Shaolin i tajemnicze umiejętności tutejszych mnichów stały się już dawno temu nie tylko historycznym rytuałem, ale i powszechnym fragmentem popkultury. No bo któż nie słyszał o kung fu?

Bruce Lee ma tylu wielbicieli co wrogów. Spopularyzował, ale i strywializował wielowiekowy dorobek kształtowania człowieka doskonałego fizycznie i psychicznie. Wschodnie sztuki walki i samodoskonalący trening od co najmniej kilkudziesięciu lat imponują młodzieży, której do Chin i do buddyzmy bardzo, bardzo daleko. I dla wszystkich klasztor Shaolin jest Mekką, do której się pielgrzymuje, a o nauce w klasztorze się marzy jak o największym zaszczycie. Drugą stroną tego nieolimpijskiego medalu są miliony gości, którym wystarcza krótki spacer po Shaolin, pamiątkowa fotka, krótka opowieść przewodnika lub lektura prymitywnego folderku. I zakupy w okolicznych sklepikach. Nieustający odpust. Jarmark.

My mieliśmy pecha. Przede wszystkim było deszczowo. Więc nie zobaczyliśmy ani pięknych gór wokół , ani grupowych ćwiczeń uczniów klasztoru na świeżym powietrzu. To pewnie kara za żarty jakie sobie z kung fu zawsze robiłem. Została nam namiastka. Zniknął w chmurach Song Shan, święta góra taoistów. Nie poszliśmy też do Świątyni Środkowego Szczytu czyli najstarszej świątyni taoistycznej.

Sam teren klasztoru Shaolin, choć rozległy, jest zadeptywany przez wakacyjnych gości. Tylko nieliczni to rodziny uczniów. Przeważają wczasowi, przypadkowi zwiedzacze. Często przyjechali z daleka. Ale na pielgrzymów nie wyglądają. Najwyżej co dziesiąty w świątyniach kompleksu zachowuje modlitewne skupienie. Najwyżej co piąty zapali kadzidełko dziękczynne lub intencyjne.

Słowo shaolin znaczy „młody las”. Paradoksalnie starych drzew tu niewiele, ale nie z woli mnichów. Rewolucja kulturalna doprowadziła klasztor do ruiny. Dopiero od końca lat siedemdziesiątych odzyskuje swój prestiż i odbudowuje zniszczenia. Komercjalizacja i makdonaldyzacja okolicy uniemożliwia jednak rewaloryzację nastroju. Zapewnia jednak środki na rozwój licznych szkół. I pozwala zarabiać pieniądze na cele podstawowe klasztoru. Donacje prywatne też są mile widziane i wewnątrz klasztoru mocno eksponowane. Szczególnie latem, w trakcie szkolnych wakacji, na różnego rodzaju kursach ćwiczą tu tysiące młodych. Ale tylko nieliczni skupieni są na realizowaniu własnej drogi rozwoju. Dla większości wakacyjnych kursantów to taki obóz harcerski w archaicznym stylu. Dużo śmiechu, ukradkowych szeptów i grzebania w iphonach. Niewielu z nich myśli poważnie o mniszej przyszłości.

Budynki i dziedzińce dla bardziej zaawansowanych adeptów skryte są przed turystyczną gawiedzią. W godzinach przeznaczonych na prace bardziej doczesne jedni i drudzy, uczniowie i mnisi próbują porządkować ruch turystyczny, siedzą za stoiskami z ofertą medycyny tradycyjnej i klasycznego badziewia pamiątkarskiego. Profesjonalne pokazy biletowane są osobno.

Oglądałem za to plenerowe treningi kung fu  w szkołach poza terenem klasztoru. Wygląda to trochę groźnie, gdy uczniowie nie mieszczą się na dziedzińcach i ćwiczą nawet na chodnikach wokół szkół. Doskonali się tu też sporo dziewcząt. Trening gimnastyczny jest imponujący. I sprawnością indywidualną, i synchronicznością w grupie. Trening technik walki, z przyrządami i bez wygląda mniej sympatycznie. A wznoszone przy okazji okrzyki (też synchronizowane) słychać w całej dolinie wokół Dengfeng. Jakbyśmy byli w wielkich… koszarach. Opuszczałem miasto rozczarowany, pełen wątpliwości, czy taką wizję klasztoru miał 1500 lat temu jego założyciel Bodhidharma. Pewnie też większość upamiętnionych imiennymi pagodami w Lesie Stup zasłużonych dla Shaolin mnichów nie uwierzyłaby własnym oczom, gdyby zobaczyli choćby kamienne pomniki przypominające bardziej Shreka z amerykańskich kreskówek niż dawnych wojowników dobrej sprawy.

 

 

18.07. 2015, Pingyao

stan licznika: 13774 km

 

Cała ósemka rajdowych pojazdów zbliża się konsekwentnie do Pekinu. W różnym tempie, różnymi ścieżkami. Głodni wrażeń kulturowych robimy dziennie tylko 300-400 kilometrów. Każda mijana miejscowość nęci. Jazda prowincjonalnymi ścieżkami też jest ciekawsza niż gnanie autostradą. Mijamy tarasowe zbocza, które straciły we współczesnych Chinach znaczenie rolnicze. Uprawy przeniesiono na nawadniane niziny. A tarasy, które jeszcze przed pokoleniem karmiły miejscowych, zalesia się topolami i tujami. Jak wszystko w Chinach zalesianie też podlega uniformizacji i dyscyplinie. Drzewa sadzi się równo, jak żołnierzy gotowych do defilady. Trochę szkoda.

Chiny swą najnowszą historię miały krwawą i bezwzględną dla dorobku materialnego przeszłych pokoleń. Niszczono wszystko i wszędzie. Wojny z najeźdźcami, wojny domowe, następujące potem klęski głodu… Komunistyczne mrzonki i brutalna inżynieria społeczna też bezmyślnie zachęcały do lekceważenia zabytków przeszłości. Zrównano z ziemią stare dzielnice miast, zbudowano blokowiska. Najnowsza dwudziestopierwszowieczna architektura również woli epatować betonowym lub szklanym dostatkiem i blichtrem amerykańskich down town, gigantomanią skali, w nosie ma dorobek dziadków. Wiele wspaniałych zabytków zniknęło bezpowrotnie. Nastrój obumarł.

Pingyao miało wyjątkowe szczęście. Ocalały nie tylko obronne mury obszerniejsze niż w Ferrarze, przetrwała prawie cała zabudowa wewnętrzna. Zarówno świątynie i budynki publiczne, jak i domy dawnych kupców, kompleksy mieszkalne budowane wokół domowych dziedzińców. Sekretarze partii nawet zdecydowali się na konserwację tutejszej Starówki. Remonty robiono niestarannie, wiele detali zniszczono, ale i tak możemy wreszcie poczuć odrobinę atmosfery starych, cesarskich Chin.

Pingyao było Hongkongiem czasów dynastii Ming i Qing. Od XIV wieku miasto skryte w górach, oddalone od wybrzeża morskiego pełniło rolę stolicy ekonomicznej. Tu krzyżowały się najważniejsze szlaki handlowe. Tu powstało centrum bankowe imperium. Dopiero otwarcie Chin na świat i wzrost znaczenia transportu morskiego przeniosły biznes do Szanghaju i Hongkongu. Pingyao zostało reliktem.

Dziś jest chętnie odwiedzanym centrum turystycznym. Ulice, które kiedyś tętniły handlowym i rzemieślniczym gwarem, dzisiaj pełne są gości z całych Chin. W centrum jest kilka urokliwych hoteli. Są też hostele młodzieżowe, knajpki, bary, galerie sztuki. Wieczorem dzielnica żyje rozrywką taka samą jak krakowski Kazimierz. Na upartego można dogadać się po angielsku. Oferta muzealna też warta uwagi. Dokumentuje i przeszłość duchową i materialną miasta, regionu, kraju. Gdyby takich starówek było w Chinach więcej, pewnie narzekałbym na turystyczną beztroskę, łatwiznę, ale zostało ich tak niewiele, że z ulgą i sympatią patrzę na choć taką formę eksponowania historii dawnych, lepszych czasów.

Do Pekinu mamy już całkiem blisko. Wenecja – nie tylko ta koło Żnina – wydaje się być bardzo dalekim wspomnieniem.

 

19.07. 2015, Beijing/Pekin

stan licznika: 14288 km

 

Chiny to i państwo i kraina fascynująca. Od zawsze. A dzisiejsze Chiny zadziwiają w skali niewyobrażalnej. Kraj w końcu spory. W dodatku ludny. Co piąty mieszkaniec globu to jak by nie było obywatel Chin. Tym bardziej więc fascynować musi każdego do Chin przybysza Chin stolica.

Z miliarda trzystu milionów Chińczyków około 100 milionów nazywa się Wang. Czyli Król. Chińska książka telefoniczna, gdy dojdziemy do litery „w”, jest dość… monotonna. W Pekinie żyje około 20 milionów Chińczyków i około półtora miliona Wangów. Rodzi to dość oczywiste konsekwencje…

Pekin odsłonił nam się w niedzielę. Odsłonił symbolicznie, bo smog był taki sam jak we wtorek lub w czwartek. Miasto zasnute jest niczym muślinem białawą mgiełką. Słońce ledwie przez ten całun przebija i można się weń wgapiać bez ryzyka zachorowania na zapalenie spojówek. Świeci jak żółtawa żarówka o mocy pięciu watów. Mimo to jest ponad trzydzieści stopni Celsjusza. I w cieniu i w słońcu, no bo ten smog…

W niedzielę turyści, czyli my, udają się w stronę Placu Niebiańskiego Spokoju, na którym spokojnie jest ponoć rzadko i do Zakazanego Miasta, czyli królewskiego pałacu. Wśród nas jest tylko jeden Król, bo akurat tak się nazywa. Nie wiedzieliśmy jednak, że podobne plany ma co dziesiąty mieszkaniec Pekinu, a tym samym około 150 tysięcy Wangów. 150 000 Królów, Królowych i Królicząt! Prawie każdy (i Wang i nie Wang) ma iphone’a oraz kijek do robienia selfie, czyli samozdjęcia na patyku.

Przeraźliwy tłok panuje już na wszystkich ulicach dojazdowych. A ulice mają w Pekinie szersze niż w Moskwie. Żeby dostać się na niemały przecież Plac Niebiańskiego Spokoju przechodzi się przez kilka kontroli pirotechnicznych, policyjnych i przez wykrywacze metalu. Bagaże są prześwietlane. Wangowie czyli Królowie nie są w żaden sposób faworyzowani. Obmacywuje się ich jak innych śmiertelników. Około miliona ludzi i 75 tysięcy Wangów ustawia się w kolejce do Mauzoleum Przewodniczącego Mao. Kolejka jest szeroka na 2-3 metry, długa na ponad 3 kilometry. Pomimo że kolejka jest formowana przez armię przejętych swą misją żołnierzy i policjantów, wszyscy kolejkowicze są uśmiechnięci i z radością na twarzy dreptają do przodu.

Drugi milion Pekińczyków i drugie 75 tysięcy Wangów udaje się w tym samym czasie do Zakazanego Miasta, czyli na chiński Wawel. Rzeka ludzi i królów wcieka w bramy cesarskiej siedziby. Prawdopodobnie dla ułatwienia jednokierunkowego ruchu tej potężnej ludzkiej rzeki, brama jest tylko jedna. Kas z biletami jest na pierwszym dziedzińcu kilkanaście. Przed kasami kłębi się około 100 tysięcy ludzi, siedem i pół tysiąca Wangów i nasz jeden Król. Po mniej więcej dwóch godzinach ścisku w wilgotnym upale udało nam się odnaleźć ostatnią ofiarę z naszej grupy. Marka. Marek jest z Kielc i zawsze się gubi. W końcu weszliśmy w Zakazane Miasto.

Potok ludzi cieknie sobie zwolna z dziedzińca na dziedziniec. Dziedzińców jest dużo. Policzyć mi się ich nie udało, choć zaczynałem kilka razy. Prawdopodobnie nie dlatego, że są gigantyczne, ale, że są identyczne. Na każdym z dziedzińców jest jakiś bardzo ważny obiekt cesarski. Cierpliwie szukaliśmy miejsca, gdzie Ostatni Cesarz uczył się grać w tenisa. Niestety elektroniczny przewodnik, który zwisał mi na piersi, takiej informacji nie posiadał. Skalę dziedzińców potwierdziła nam pogoda. Gdy zaczął padać deszcz, cofnęliśmy się na dziedziniec poprzedni. A tam… nie padało! Poza tym zajmowaliśmy się głównie pozowaniem do przyjacielskich wspólnych selfie z ludnością tubylczą. Część z nich musiała nazywać się Wang.

Gdy w tłumie robiących selfie Chińczyków, Wangów i nielicznych obcokrajowców zgubiliśmy już naszego Króla, stwierdziliśmy że Zakazanych Obiektów nam wystarczy. Wyjść nie było łatwo. Teraz bowiem poruszać musieliśmy się kierując pod prąd miliona niedzielnie nastrojonych Chińczyków i 75 tysięcy równie niedzielnie rozmarzonych Wangów.

Do hotelu dotarliśmy na ostatnich nogach. Nasz przewodnik przyprowadził naszego Króla. Oczywiście nie muszę dodawać, że nasz przewodnik też nazywa się Wang.

Jak więc widzicie, nie tylko Marco Polo był zaskoczony, tym co w stolicy Państwa Środka ujrzał...

 

 

19.07. 2015, Beijing/Pekin

stan licznika: 14288 km

 

Wieczorem przed Zakazanym Miastem mogliśmy ogłosić miastu i światu, że osiągnęliśmy metę naszego Rajdu. W ciągu 31 dni pokonaliśmy ponad 14 tysięcy kilometrów. Było nam łatwiej niż dawnym karawanom. I szybciej. To nie tylko nasza zasługa. Dynamika dzisiejszych Chin, rozwój infrastruktury, inwestycje drogowe uczyniły podróż chwilami wręcz luksusową. Jesteśmy zmęczeni lecz satysfakcję czujemy tym większą.

Okazję uczciliśmy jak najbardziej pekińską kolacją. Kilkanaście dań o kaczej proweniencji cieszyło i oko i podniebienie. Daniem honorowym była rzecz jasna kaczka po pekińsku. Toastom nie było końca.

Ogłosiliśmy też oficjalne wyniki I Rajdu Wenecja – Pekin 2015. Zwycięzcami w kategorii 4x4 została pięcioosobowa rodzina Rubinkiewiczów. Rufin, Kasia, Aga, Macio i Nel chyba nie spodziewali się tak wysokiej pozycji w najtrudniejszej kategorii. Gratulujemy! Klasyfikację kamperów wygrała krakowska załoga „Kluski&Klocek”. Mariuszowi, Joasi, Krzysztofowi dzielnie towarzyszył nasz najmłodszy rajdowiec, czteroletni Czaruś. Brawo! Nagrodę fair play odebrali Ewelina i Sebastian Ślażyńscy. Sebastian był naszym mechanikiem i skoro dojechaliśmy w komplecie do Pekinu bez większych przygód technicznych, nie mieliśmy wątpliwości, komu dziękować.

Wręczyliśmy też dyplom specjalny podpisany jeszcze w Żninie przez burmistrza miasta, obok którego w Wenecji startowaliśmy. Dyplom ten przeznaczony był dla załogi, która trasę do Pekinu przejedzie najmniejszym kosztem kilometrów. Rekordzistami okazali się Małgosia i Robert Chmielewscy z Warszawy. Przejechali 14 116 km, i zachęcamy innych do bicia tego wyniku w przyszłości. Bo zamierzamy nasz rajd kontynuować!

Koniec Rajdu to jednak nie koniec naszej podróży. Zaledwie jej połowa! Jutro kierujemy się nadal na wschód, w stronę Morza Żółtego. Może uda się zamoczyć opony w basenie Pacyfiku?

 

 

21.07. 2015, Baidahe, Morze Żółte

stan licznika: 14623 km

 

I ludzie pracy (a takich w Chinach jest bardzo dużo), i ludzie podróży (to my!) zasługują czasem na odrobinę wywczasu. Chińscy ludzie pracy chętnie odpoczywają nad morzem. Najchętniej nad Żółtym Morzem. Zbudowali więc tam swoje Golden Coast. Dla swoich bogaczy. Miedzy portami morskim i rybackim wybrali kilka kilometrów całkiem piaszczystej plaży i obudowali całość według wzorów, które widzieli… No, właśnie nie wiem, gdzie widzieli, albo jak patrzyli, ponieważ chińskie Golden Coast, ani złote nie jest, ani odpoczynku wcale nie ułatwia.

Hoteli i ośrodków wypoczynkowych postawili dużo. Przed każdym stoi policjant. Lepsze (pewnie resortowe) domy wczasowe mają swój zamknięty kawałek plaży. To dłuższe spacery wzdłuż brzegu uniemożliwia. Spaceruje się więc promenadą. Na promenadzie sprzedaje się mniej więcej to samo badziewie wakacyjne co w Jastarni i w Ustce. Może z jednym wyjątkiem. Na promenadzie w Baidahe można kupić lub wypożyczyć nadmuchane dętki samochodowe. Jako że rzecz dzieje się w najludniejszym kraju świata, dętek jest dużo. Są do chińskiego wypoczynku nadmorskiego niezbędne, ponieważ Chińczyk na ogół nie umie pływać. Na szerokiej płyciźnie Morza Żółtego kłębi się więc tłum kobiet, mężczyzn i dzieci ubranych w samochodowe dętki. Stoją w wodzie sięgającej pasa i wyglądają na szczęśliwych. Woda jest mętna i na upartego skłonny jestem się zgodzić, że żółta. Choć może ten kolor wynika z… obecności tego tłumu stojących w wodzie kuracjuszy?

Jak już wychodzą z wody, zajmują się głównie biesiadowaniem i śmieceniem. Jedzą dużo, śmiecą jeszcze więcej.

Turysta zagraniczny jest w Baidahe mile widziany. Wyciągnąłem taki wniosek po ilości napisów po rosyjsku na większości knajp i sklepów, a nawet na drogowskazach w promieniu kilkunastu kilometrów. Ale nie widziałem ani jednego Rosjanina. Może odstraszyły ich te dętki?

Ponieważ po miesiącu chińskich peregrynacji zmęczeni byliśmy chińskim tłumem, postanowiliśmy, po pierwsze, znaleźć miejsce, gdzie ludzi jest mało. Po drugie, koniecznie nad samym morzem. I udało nam się dotrzeć do miejsca osobliwego. Po prawej i lewej stronie plaży były ośrodki wczasowe w budowie. Za wydmami, na które wjechaliśmy, była spora dzielnica identycznych domów jednorodzinnych. Wszystkie puste! Choć zbudowano je co najmniej 10 lat temu. Na naszej plaży było też kilkanaście niewielkich kutrów rybackich i niewielki slums bud, w których rybacy mieszkali. Jednak około dwóch kilometrów plaży było zupełnie puste! Tyle, że naśmiecone już było… Niezrażeni zamoczyliśmy opony w wodzie. A dotarcie do Pacyfiku uczciliśmy stosownymi toastami.

Na obrzydliwie zaśmieconej plaży zostaliśmy na dwie noce. Od wyjazdu z Polski był to chyba pierwszy dzień, w którym nie robiliśmy nic. Koło 14.00 zaczęło nam to nawet doskwierać. Z nudów zbieraliśmy śmieci. I muszelki. Na zachody i wschody słońca nie było co liczyć, gdyż horyzont na zachodzie przesłonięty jest smogiem, a na wschodzie mgiełką parującej wody. Łodzie rybackie wyglądają w tym mleku bardzo romantycznie. Mniej romantycznie hałasują silnikami. Podpływają do brzegu i na płyciznach łowią kraby. Dalej, na wodzie głębszej widać milion pływaków, które w równych rzędach pilnują porządku w sieciach, które są zamkniętymi akwenami do hodowli wszelkich darów morza. Ze skutkiem dobrym, co widać na targowisku. Ostrygi z Morza Żółtego są dwa razy większe niż w Europie.

Moczyliśmy więc ciała w Morzu Żółtym, nie używając do tego dętek. Smog osłonił nas od słońca. Przynajmniej tak nam się wydawało. Dlatego kilkoro z nas leczy teraz zbyt spalone części ciała.

Chińczycy się nami nie interesowali. To znaczy interesował się tylko jeden. Twierdził, że jest administratorem tej plaży i należy się tyle a tyle… Siedział z nami 4 godziny, wypił nam 4 piwa, w końcu zabrał nam pieniądze wcale nie mniejsze niż zwykle płaciliśmy w hotelu. Cóż, luksus musi kosztować. Nawet luksus bycia samemu na nadmorskim śmietnisku.

 

 

22.07. 2015, Chiński Mur

stan licznika: 14864 km

 

W czasach kiedy na ziemskiej orbicie nie było jeszcze setek satelitów i fruwał tam tylko Gagarin z Tiereszkową, podobno jedynym obiektem zbudowanym przez człowieka widocznym z kosmosu był Wielki Chiński Mur. Dzisiaj z kosmosu można przeczytać leżącą na ziemi gazetę, ale Chiński Mur ciągle zadziwia. Na ogół uznaje się go za zabytek. Owszem w kilku miejscach naszej wielotysięcznej w kilometrach podróży widzieliśmy pozostałości po tej chińskiej inwestycji tysiącleci. Czasem z gliny i ubitej ziemi, czasem z wypalanych cegieł. To były autentyczne zabytki. Oczywiście dotarliśmy też do tych odcinków Muru, które zachwalają wszelkie bedekery. Czyli cukierkowo odnowione lub zbudowane od początku fragmenty. Być w Chinach i nie zobaczyć Muru? Byliśmy więc przy murze na jego początku w prowincji Ganzu, byliśmy w kilku miejscach po drodze, byliśmy na Muru końcu. Tam gdzie dociera do Morza Żółtego i włazi sobie w morskie fale.

Mur Chiński we fragmentach odwiedzanych przez wycieczki, moim skromnym zdaniem, nie jest zabytkiem lecz osobliwością. Taką jak Jezus Chrystus Król Wszechświata w Świebodzinie. Gdy patrzyłem na jedno i drugie, zastanawiałem się… po co?

Dawno, dawno temu, jeszcze przed narodzinami Jezusa w Betlejem, w Chinach budowano mury, które chroniły ludzkie osady i pola uprawne przed barbarzyńcami z północy. 2200 lat temu cesarz Qin Shi Huangdi postanowił połączyć wszystkie mury w jeden system umocnień obronnych. Przez setki lat mur poprawiano, unowocześniano, podwyższano. Jednak swej funkcji obronnej nie potwierdził. Pokazywał tylko potęgę Państwa Środka, budził respekt. Ale w chwilach dla historii Chin kluczowych nie wystarczył by powstrzymać Mongołów, Mandżurów, Japończyków. Jest więc jedynie osobliwością i dowodem ludzkiej naiwności.

Oczywiście od czasów pierwszych w Chinach turystów, a za takich możemy chyba uznać i Benedykta Polaka i Marco Polo, Mur był podziwianym obiektem. Również dzisiaj miliony Chińczyków i tysiące obcokrajowców na Mur się wspina.

Nie jest to proste. Mimo że Chińczycy do wielkoludów nie należą, każdy stopień schodów Chińskiego Muru ma prawie pół metra wysokości. Wspinaczka jest więc czynnością mozolną. A schodzenie w dół może być przyczyną wielu groźnych chorób i kontuzji. Kontuzje biorą się z nieostrożnego nadwyrężania stawów i mięśni. Choroby z konieczności ocierania się o innych wspinających i wymiany z nimi flory bakteryjnej. Gdyż na Mur wspina się nieprawdopodobny tłum. Spocony. Z obłędem w oczach.

Też tego obłędu doznałem. Chodzić po niebotycznych schodach w upale 36 stopni jest głupotą. 36 stopni było w cieniu. Teoretycznie. Bo na Murze Chińskim cienia nigdzie nie ma. Nie po to go budowano. Więc po co?

 

23.07. 2015, w stronę Mongolii

stan licznika: 15460 km

 

Powoli kończymy chiński fragment naszej włóczęgi. Czy Marco Polo tu był? Czy był potrzebny? Bez kupców z odległych krain chińska gospodarka nie rozwijała by się wcale. I w czasach Jedwabnego Szlaku, których Polo doświadczył. I w XXI wieku, czego doświadczyliśmy my. Nie rozwijałaby się w żadnym tempie! Z jednym wyjątkiem.

W krajach rozwiniętych i dostatnich konsumenci po zaspokojeniu potrzeb podstawowych, szukają rozrywki i wrażeń niecodziennych, zaczynają też dbać o formę fizyczną. 18 procent  wydatków przeznaczają na rekreację i turystykę. W Chinach współczesnych jest już tak samo! Rekreację „gimnastyczną” wymyślili kilkadziesiąt wieków temu. Turystykę całkiem niedawno. Turystykę wewnętrzną. Turyści zagraniczni są Chinom w zasadzie zbędni.

Dynamika turystyki wewnętrznej jest proporcjonalna do chińskiej populacji. Co czwarty Chińczyk (oczywiście z tzw. klasy średniej, która powstaje na potęgę) chce jechać na wakacje. Zagraniczne podróże bawią tylko kilka ich procent (ale to jest już około 100 milionów!), ponad 300 milionów szuka wywczasu w ojczyźnie. Pekin o tym wie i stara się również tę formę aktywności zuniformizować i uporządkować. Wczasowiska w skali dla nas niewyobrażalnej powstają wszędzie, gdzie istnieje jakikolwiek pretekst przyrodniczy lub kulturowy.

Parków Narodowych jest w Chinach pod dostatkiem. Niemałych. Każde jezioro, każda ciekawsza formacja skalna, każdy ocalony przed cywilizacją lasek staje się Parkiem lub obszarem chronionym. Przynajmniej z nazwy. Przyrodę chroni się na ogół tablicą z odpowiednim napisem. Strażników nie widziałem. Infrastruktura turystyczna zwykle nie jest domeną prywatną lecz państwową. Czasem zdarzy się jakiś pensjonat rodzinny, ale rodzina jest na tyle liczna, że miejsc do spania dla gości zostaje niewiele. Natomiast turystów lokuje się w gigantycznych osiedlach mieszkaniowo-hotelowych, które Chińczycy potrafią wybudować w ciągu roku. Asfalt i tynk nie zdąży obeschnąć, a już jest miejsce dla dziesiątków tysięcy wakacjuszy. Jeżeli w regionie atrakcji przyrodniczych brakuje, to się je… tworzy. Cóż prostszego, jak po prostu zbudować zalew, a wokół niego miasteczko domów wypoczynkowych? Warunki są w nich nad wyraz skromne, ale nowej klasie średniej to nie przeszkadza. Dla bogaczy buduje się ośrodki odpowiednio potężniejsze i szokujące blichtrem.

Podobnie z „atrakcjami” kulturowymi. Wykorzystuje się je do granic absurdu. Wokół każdego zabytku (a mimo starań towarzyszy w czasach rewolucji kulturalnej zostało ich w Chinach sporo) kilometrami ciągną się parkingi, jarmarczne place handlowe i baza noclegowa. Jeżeli „zabytek” jest zbyt oblegany, w pobliżu buduje się jego replikę lub replik kilka. Chyba za żadnego cesarza nie rozbudowywano Chińskiego Muru tak sprawnie jak obecnie. Chiński turysta jest tym zachwycony. Zagraniczny mniej.

Mimo to nas akurat witano życzliwie. Może nietypowa forma podróżowania, może wyjątkowość naszych pojazdów, a może niepospolita uroda nas samych powodowały, że niemal wszędzie witano nas entuzjastycznie. Zrobili sobie z nami tysiące selfie. Parę razy obdarowano nas różnymi drobiazgami. Nawet nasi nieletni beniaminkowie w końcu pogodzili się z tym, że czasem ktoś ich dotknie lub po płowych włosach pogłaska…

Czy Marco Polo też tak miał? Był w Chinach dłużej niż my, prawie dwadzieścia lat. Może stracił wrażliwość i rzeczy kompletnie odmienne zaczął traktować jako coś oczywistego? Zwolennicy teorii spiskowych, którzy próbują dowodzić, że Polo wcale do Chin nie dotarł, a jego opowieści były tylko sumą wiedzy jaką zgromadził w trakcie pobytu w Persji, a może nawet tylko w Konstantynopolu. Sceptycy przytaczają kilka poważnych argumentów. Marco nie wspomniał nawet słowem, że w Chinach jadają pałeczkami. A trudno tego nie zauważyć. Wenecjanin też nie zająknął się o powszechnym używaniu nieznanego w Europie herbacianego naparu. Bardzo dziwne… Czy mógł nie zauważyć, że zbudowali Chińczycy gigantyczny mur na północy? Też wątpliwe… Nie odnotował też słowem wynalazku druku, ani specyfiki chińszczyzny kaligraficznej. „Opisanie  świata” spisywał niejaki Rustichello z Pizy, może to on opuścił istotne fragmenty opowieści? A może ówcześni wydawcy cenzurowali książkę, którą Marco Polo zasłynął na stulecia?

Niewątpliwie różnimy się od średniowiecznych kupców weneckich. Oni wędrowali do Chin pożądając bogactwa. Nam wystarczają wrażenia i wspomnienia. I niech tak zostanie… Dlatego jedziemy dalej ;)

 

 

23.07. 2015, granica chińsko-mongolska

stan licznika: 15662 km

 

Chiny to kraj innej skali. Zdecydowanie większej. Czasami porażającej. W oczekiwaniu na celników spróbuję usystematyzować nasze wrażenia. Nie tylko rajdowe. Szok poznawczy nie powinien zwalniać z myślenia. Podsumujmy więc!

  1. Chiny są duże. Przejechaliśmy przez całe od Tien Szan po Morze Żółte. Ale Chiny nie są za duże, bo muszą sporo zmieścić. Populacja przekraczająca 1 300 000 000 obywateli (mam nadzieję, że się w tych zerach nie pogubiłem) każe patrzeć na Chiny z szacunkiem, a nawet z obawą.
  2. W Chinach mieszkają nie tylko Chińczycy. Za mniejszości narodowe i etniczne uznaje się tu ponad 100 milionów ludzi. Nie ze wszystkimi Chińczycy się liczą, ale nad wszystkimi panują żelazną ręką.
  3. Chiński entuzjazm do budowania nowych miast i przebudowywania starych jest bliski obłędu. Z wariatem trudno się spierać. Szczególnie z wariatem skutecznym.
  4. Buduje się zawsze za dużo. Na zapas? Przy pustej autostradzie parking przy pustej benzynowej stacji, a w toalecie na bezludziu jest… 30 pisuarów. 24 ceramiczne stanowiska do innych przyjemności. Oraz12 umywalek. A to tylko w męskiej części! Byliśmy na tym postoju jedynym pojazdem! W środku dnia! W pustej stołówce w tym samym budynku mogą być nawet setki niepotrzebnych stolików. Na stole (na każdym!) czeka kilkadziesiąt par pałeczek. W tym samym miejscu przy autostradzie potrafi być nawet kilkanaście stacji benzynowych! Chciałbym być nie producentem tych pisuarów, ale chociaż pałeczek!
  5. Każda inwestycja lub nowinka wprowadzana jest oczywiście też w gigantycznej skali. Elektrownie fotowoltaniczne powstają nie na dachach domów, nie na dachach fabryk. One są budowane na tysiącach hektarów nieużytków. A może użytków? Czasem ciągną się po horyzont!
  6. Jeżeli Chińczycy stawiają elektrownie wiatrowe to z równym rozmachem. Czasem w zasięgu wzroku są setki białych wiatraków! Kreci się tylko ich część, nad serwisowaniem instalacji muszą jeszcze popracować. Mimo tych starań Chiny są największym konsumentem węgla kamiennego i największym trucicielem świata.
  7. Rozsądnej skali wymyka się w Chinach park maszynowy. Samochody są albo znacznie większe od powszechnych w świecie, albo komicznie małe. Ciężarówkę potrafią zbudować nawet na trzech kołach.
  8. Nie jest prawdą, że Chińczycy nie potrafią obyć się bez roweru. Nie jest prawdą również, że przesiedli się z rowerów na motorowery. Oni, decyzją oczywiście odgórną, jeżdżą elektrycznymi skuterami. Bezdźwięcznie i ekologicznie.
  9. Chińczycy są mistrzami świata w… pakowaniu. Przede wszystkim towarów, ale też ludzi na małej przestrzeni. Sardynki w puszkach mają masę luzu w porównaniu z chińskim metrem, sklepem, szkołą, stołem biesiadnym.
  10. W Chinach nie widać strukturalnego bezrobocia. W Chinach pracują wszyscy. Większość prawdopodobnie niepotrzebnie. To taki relikt zapomnianego przez nas ustroju szczęśliwości społecznej. Na stacji benzynowej pracuje zwykle kilkanaście osób na jednej zmianie. To nic, że stacja jest pięć razy większa niż w Europie, z gigantycznym parkingiem, bo dystrybutory są tylko cztery. Pokój w hotelu sprząta pięć sprzątaczek, a kieruje nimi kierownik. W małej garkuchni na zapleczu uwija się też gromada ludzi, choć mają tylko zalać makaron wodą. W ciągu ostatnich pięciu lat zrezygnowano natomiast z motywacyjnych masówek przed rozpoczęciem pracy i wznoszenia chóralnych okrzyków na cześć.
  11. Chińczycy byli zawsze pionierami i liderami w racjonalnym i nowoczesnym gospodarowaniu wodą. Doszli do takiej perfekcji, że z jednej strony potrafią skierować kontrolowaną falę powodziową przez środek olbrzymiej pustyni, ale z drugiej, zużywają tej wody (ze swych oczywiście gigantycznych rzek) tyle, iż nie starcza jej by dopłynęła do ujścia. Nawet Żółta Rzeka na swym końcu wygląda żałośnie.
  12. Języki obce są w Chinach znane też w skali niebywałej. Języki obce nie sprawiają Chińczykom żadnego problemu. Po prostu nie znają ani słowa. I kłopot z głowy.
  13. Nie przeszkadza to Chińczykom w posługiwaniu się angielszczyzną bez jej zgłębiania. Często kobiety i dzieci mają na sobie koszulki lub sukienki z wulgarnymi napisami, które wstydzę się cytować i najwyraźniej nie zdają sobie z tego sprawy. Byle zagranicznie wyglądało. No, może jeden… na podkoszulku jedenastolatki: „Jeśli myślisz, że jestem dziwką, musisz poznać moją mamę”.
  14. Rozsądnej skali wymyka się też chińskie traktowanie przepisów, zakazów, nakazów… Palą prawie wszyscy. Prawie zawsze w miejscach, w których jest to wyraźnie zabronione. Dlatego zwykle pod tablicą z zakazem palenia stoi… popielniczka.
  15. Nikt na świecie nie osiągnął takiej doskonałości jak Chińczycy w śmieceniu. No… fleje są nie z tej ziemi. Wszystkie miejsca publiczne wyglądają jak śmietniska. W Albanii jest podobnie, ale tam nikt nie sprząta. Natomiast Chińczyk sprząta od rana do późnej nocy. Zamiata i zamiata. Tyle że bez nawet mizernego skutku.
  16. Wszyscy bez wyjątku Chińczycy lubią się fotografować. I mają czym. Nauczyli się prawdopodobnie tego od czynników oficjalnych państwa, ponieważ państwo też z lubością fotografuje wszystkich i wszędzie. Na szosie atakują lampami błyskowymi wszystkich kierowców. I znów bez widocznego efektu. Nam zrobiono milion zdjęć i nie mamy pojęcia po co…
  17. Naturalny pociąg do uniformizacji powoduje, że jest w Chinach równo, tak samo, pod linijkę. Trwa na przykład nieskończenie wielki program zalesiania nieużytków. Niestety dawnych malowniczych tarasów też. I sadzi się jeden rodzaj drzew, tego samego wzrostu, w porządku idealnie prostokątnym. Ten młody las, zagajnik właściwie, już teraz wygląda przerażająco, gdy urośnie będzie jeszcze bardziej absurdalny. Ale może to tendencja starsza niż myślę, bo Terakotowa Armia stoi też w idealnym porządku.
  18. Skala łączenia starego i nowego również nie ma granic. Na tych samych 10 kilometrach kwadratowych pasą się jeszcze kozy, a obok już stoi kilkadziesiąt pustych wysokościowców mieszkalnych i elektrownia atomowa. Jeszcze jadą rowerem, ale już autostradą.
  19. Dopasowanie do tzw. kultury zachodu postępuje też zbyt szybko. Wszystkie kobiety i dziewczęta, które wyglądają zgrabnie i wiotko na płaskim obcasie, oczywiście muszą zakładać wysokie szpilki lub koturny i poruszają się jak dotknięte paraliżem lub rażone prądem. Mężczyźni z kolei lubią przechadzać się z odsłoniętym brzuchem, podwijają koszulę do góry i wypinają pępek.
  20. Osobliwy jest też ich pociąg do militarnych zabaw. Ciuchy z demobilu są cool. Nawet dzieci na karuzeli kręcą się w miniaturkach czołgów.
  21. No i uwielbiają karaoke. W zestawie obowiązkowym nie znalazłem pewnego sławnego polskiego zespołu discopolowego, który miał Chiny podbić. Obawiam się, że prędzej oni podbiją lub pobiją coś lub kogoś u nas.

 

 

25.07. 2015, gdzieś przed Ułan Bator

stan licznika: 16362 km

 

Konwojem naszych ośmiu wszystkomających samochodów skierowaliśmy się na północ, w stronę Mongolii. Oczywiście w sposób nad wyraz umowny, bo północne Chiny to… Mongolia Wewnętrzna. Jej „wewnętrzność” wzięła się prawdopodobnie stąd, że leży po wewnętrznej stronie Muru Chińskiego. Po jego „zewnętrznej” stronie zaczyna się świat kompletnie odmienny.

Gdy zostawia się za plecami największy Mur świata, już po kilku kilometrach porośniętych lasem wzgórz widać początek… niczego. Czyli Mongolii właściwej. Znika pofałdowanie terenu. Znikają drzewa, potem krzewy, a na końcu znika nawet trawa. Znikają też ludzie, których w Chinach jest mrowie, a w Mongolii mizerne promile. Mongolia jest krajem pięć razy większym od Polski, ale ludności ma zaledwie dwa i pół miliona. W dodatku połowa z nich uparła się aby mieszkać w stolicy. Więc jest Mongolia krajem raczej bezludnym. O mikroskopijnym zaludnieniu regionu najlepiej świadczy fakt, że w Polsce znamy tylko jednego reprezentanta potomków Czyngis-chana. Sytuacja to na tyle wyjątkowa, że facet musiał zrobić telewizyjną karierę, Bilguun Ariunbaatar celebrytą więc nad Wisłą jest.

Odmienność i wyjątkowość Mongolii rzuca się w oczy jeszcze przed przekroczeniem mongolskiej granicy. Ostatnie chińskie miasto na naszym szlaku to Erenhot, spory moloch. Handlowy oczywiście. Wprawdzie mieszka tu według oficjalnych danych mniej ludzi niż w Wadowicach, ale w śródmieściu kłębi się ich trzy razy więcej niż statystyki wskazują. Wszyscy, jak to w przygranicznych grajdołach, podnieceni transgraniczną wymianą towarową. Bo miasto przygraniczne z handlu żyje. Kupujący to oczywiście obywatele Mongolii. Odróżniają się nie tylko rysami twarzy, ale również specyficznym zamiłowaniem do starych UAZ-ów postradzieckich. Nie do uwierzenia, ile w taki samochodzik można upchać towaru! I na trzech kołach do ojczyzny powrócić!

Przejście graniczne też nie ma charakteru turystycznego. Handlowo-przemytniczy tłumek urzeka malowniczością i przypomina czasy, gdy na tym samym przejściu bywali Polacy w początkach naszej drogi do kapitalizmu. Już po mongolskiej stronie w Zamiin-Uud widać pierwsze „ślady” kultury poradzieckiej, bo w południe przed kolejowym i autobusowym dworcem co drugi przechodzień obezwładniony jest alkoholem czterdziestoprocentowym. Na następnych kilku kilometrach i UAZ-y i ich zanietrzeźwieni woźnice znikają w stepie, a jedyna szosa wiedzie setkami kilometrów stepowego pustkowia. Jedynym pocieszeniem jest całkiem przyzwoita asfaltowa nawierzchnia, którą zbudowali zapewne Chińczycy.

Jeszcze przed startem I Rajdu Wenecja – Pekin pytałem kilku azjatyckich włóczykijów, co warto zobaczyć w Mongolii. Wszyscy jak na komendę odpowiadali: „wszystko w bok od asfaltu, im dalej od Ułan Bator, tym piękniej”. Nie kłamali.

Półpustynne stepy południowej Mongolii urzekły nas nie tyle rozległością, co kompletną pustką. Czasem na horyzoncie pojawi się pojedyncza jurta, czasem stadko koni lub owiec, czasem kilka baktrianów czyli wielbłądów właściwych, a więc dwugarbnych. Jeszcze rzadziej można spotkać pasterza. A jeżeli już, to częściej poruszają się na motocyklach niż w siodle. Motocykl nie wyklucza jednak kowbojskich atrybutów. Siedzisko motoru zdobione jest niczym świąteczna uprząż konna. Nie może też zabraknąć kowbojskich butów z tłoczonej drobnym wzorem skóry, równie kowbojskiego kapelusza, skórzanego pejcza i ciemnych okularów a’la Strażnik Teksasu.

Oczywiście uciekliśmy szybko z asfaltu. Polnymi dróżkami mknęliśmy od jurty do jurty i wszędzie nas traktowano jak z dawna oczekiwanych gości. Poczęstunek herbatą (z lekka słonawą niestety), suszonym serem owczym, chlebem i mnóstwem uśmiechu zauroczył nas do tego stopnia, że dwie z naszych załóg prędko zmieniły plany i zamiast w stronę Bajkału, pojechały na zachód w poprzek Mongolii.

Reszta uczestników Rajdu szukając ponoć imponującego pomnika największego z Mongołów w wyniku błędu GPS wylądowała w… odkrywkowej kopalni złota. Przekonaliśmy się tym samym, że nie samym piaskiem i stepem Mongolia stoi. Odkrywki eksploatują głównie chińskie firmy, co potwierdza stare chińskie porzekadło, że nie jest ważne, kto krowę za rogi trzyma, ale kto ja doi. Kusiło nas aby trochę piasku na patelni przepłukać, ale nie na tyle by zostać tam na zawsze. A sam pomnik Czyngis-chana okazał się rzeczywiście imponujący i godny największego wojownika i polityka przełomu XI i XII wieku. Facet który podbił prawie całą Azję i zagroził Europie pomnika drobnego mieć przecież nie może. Sanktuarium mu poświęcone jest zapewne największym obiektem całego kraju, a sam pomnik większy od Statuy Wolności. Marco Polo też ma w Ułan Bator swój pomniczek, ale zdecydowanie mniejszy.

 

26.07. 2015, gdzieś za Ułan Bator

stan licznika: 17061 km

 

Pustka półpustynnych stepów Mongolii zachwyca, ale jej stolica przeraża. W centralnej górskiej kotlinie wpierw widać zagrody pasterskie z wysokimi płotami. W końcu własność prywatna to najwyżej ceniona nie tylko w Mongolii rzecz. Płoty nowoczesne, blaszane, mury także solidne. Otaczają plac mizernej trawy i umieszczoną w narożniku tradycyjną jurtę. Ogrodzenie takie musi kosztować więcej niż jurt pięć lub dwa przeciętne samochody. Przeciętność auta jest oczywiście umowna, gdyż większość mongolskich wielbicieli czterech kółek pała atencją do japońskich (z kierownicą po prawej stronie) i poradzieckich zardzewiałych wraków.

Podmiejski pierścień Ułan Bator otacza zatłoczone blokowisko w stylu późnego Chruszczowa. Wątpliwą urodą może rywalizować z najbrzydszymi dzielnicami Bukaresztu i Tirany. Stare, zdewastowane osiedla już w nowszych czasach zostały w sposób bardzo dowolny zabudowane wszelkimi instalacjami mieszkalnymi i handlowymi bez żadnego planu urbanistycznego. Architektura użytkowa najwyraźniej nie jest mongolską domeną. Dzięki temu wszędzie jest cień, gdyż budynki powstają w takim zagęszczeniu, iż w uliczkach miedzy nimi przeciwległych ścian jednocześnie może dotknąć nawet dziecko. Może i dobrze bo upał tu latem niemiłosierny.

Z kolei moloch wyjątkowo nieurodziwego miasta kryje w swym centrum dzielnicę o zupełnie innych ambicjach. Hotele światowych sieci przyćmiewają luksusem nawet to co widzieliśmy w Chinach. Banki i siedziby międzynarodowych korporacji przysłoniły już budownictwo, które kiedyś naśladowało Moskwę Stalina. Tutaj już królują na ulicach zupełnie inne samochody niż na przedmieściach. Marki luksusowe. Ubrania przechodniów także. A ikonografia wielkich banerów jednoznacznie wskazuje, że Ułan Bator przymierza się do wystawy EXPO i Igrzysk Olimpijskich. Czego ani światowemu biznesowi ani sportowi nie życzę.

Ozdobą śródmieścia jest oczywiście plac centralny, a ozdobą placu oczywiście pomnik Czyngis-chana. Oczywiście gigantyczny. Tym razem chan nie prezentuje swego żołnierskiego mitu lecz wielkopańskość mierzoną kilogramami otyłości. W Azji do dzisiaj tusza świadczy o statusie człowieka więc Czyngis ledwo mieści się na królewskim tronie i bardziej przypomina sytego Buddę niż cesarza. Poza tym mają w centrum Ułan Bator sporo luksusowych salonów samochodowych, knajp, których nie powstydziłby się Manhattan oraz lunapark i dobrze zaopatrzony sklep z klockami lego. Dodam też, że do stolicy Mongolii pielgrzymują nie tylko skromni plecakowicze, bo w co drugim budynku jest hotel. A wolnych pokoi brak. Uciekaliśmy z Ułan Bator zniesmaczeni.

Jest jednak w stolicy Mongolii jedno miejsce, które wspominać będę z sympatią – miejski bazar. Setki stoisk, orientalny gwar, sporo tradycyjnych towarów. Jurty w wielkim wyborze, ubrania nawiązujące do folkloru, mnogość oryginalnej kuchni. Nabyliśmy nawet kilka mongolskich kociołków czyli stalowych i miedzianych palenisk otoczonych kołnierzem przypominającym prodiż, w którym przy stole gotuje się w rosole wszelkie przysmaki mięsne i rybne. Jest też trochę staroci buddyjskich i tych całkiem współczesnych. Można nabyć statuetki nie tylko Lenina, Marksa lub Czyngis-chana, ale również Stalina i… Hitlera. W sumie, gdy się nad ich osiągnięciami zastanowić przecież do siebie pod wieloma względami pasują.

Tym szybciej z radością wróciliśmy na mongolski step, do pasterzy i buddyjskich cmentarzyków. Kolejny, trzeci dzień jazdy na północ – szosą już grożącą wybiciem zębów i połamaniem resorów – nagrodził nas widokiem pierwszej brzozy. Nie ma cudów, Syberia jest gdzieś blisko. Za horyzontem.

 

27.07. 2015, Ułan Ude

stan licznika: 17202 km

 

Praktycznie od ponad miesiąca nie widzieliśmy lasu… Chińskie zagajniki czasami tylko w górskich okolicach dawały odrobinę cienia, ale wszechobecne śmietnisko zniechęcało do spacerów lub pikniku. Nowych lasów jeszcze sobie Chińczycy nie posadzili. Ale już zaczęli. Z kolei Mongolskie lasy… wiadomo. Lasów tam raczej nie ma. Znudzeni więc pustką gnaliśmy w stronę Syberii nie bacząc na dziury w asfalcie. Wreszcie przed zmrokiem pojawiły się pierwsze brzozy…

Południowa granica Syberii to w praktyce granica stepów Mongolii i Kazachstanu, jeżeli coś tam płynie w stronę Morza Barentsa to już… Syberia. A jak jest woda, to i las urośnie. Podobnie na Zachodzie, na Uralu o przynależności do Syberii decyduje wododział. Nie inaczej na północy, wszystko co spływa w stronę Oceanu Arktycznego Syberią jest. Daleki Wschód zaczyna się znów na wododziale więc tam gdzie rzeki płyną w stronę Oceanu Spokojnego, to już niby Syberii nie ma. Choć wyobraźnia podpowiada co innego. Mamy więc syberyjskie knieje… W sumie około 20 milionów kilometrów kwadratowych lądu. Dwa razy więcej niż kontynentalna Europa. Dwa razy więcej niż całe USA. Mniej więcej tyle powierzchni ile ma Ameryka Północna. Dużo. Cholernie dużo.

Polakom Syberia kojarzy się fatalnie. Przede wszystkim tym którzy znają świat z lektur. W dodatku tyczących historii. Ci którzy na Syberii byli, wiedzą, iż Syberia ani straszna, ani niegościnna, ani brzydka nie jest. Jej urok w domowym zaciszu doceniali nawet zesłańcy. Publicznie jednak budowali mit Syberii nieszczęsnej. My Syberię znamy już dość dobrze. Więc u jej południowych bram nie posiadamy się ze szczęścia…

Rosja bywa postrzegana jako kraj dziki, gdy spojrzeć w tamtą stronę z Europy. Gdy wjeżdża się do Rosji z Azji, wrażenie są zupełnie inne. Niezależnie od zawsze złych stamtąd wiadomości w TV.

Zagłębiliśmy się więc w Syberię Wschodnią z nieskrywaną przyjemnością. W dodatku świetnym asfaltem, co po pokonaniu kilkunastu tysięcy kilometrów nie jest bez znaczenia. Z asfaltu uciekliśmy oczywiście w sosnowo-brzozowy las. Ognisko pod gwiazdami dało nam więcej satysfakcji niż rosyjska cena benzyny oraz trunków niezbędnych do zachowania dobrego humoru. Komary były litościwe, nie cięły. Jak to w Rosji, rano okazało się, że nocowaliśmy na byłym poligonie wielkich jednostek lotniczych. Odleciały stąd dawno. Latają teraz po innym niebie…

Kręcąc kilometry w stronę Bajkału odwiedziliśmy Ułan Ude. Półmilionowa miejscowość znana jest (prócz tego, że jest stolicą Buriacji) głównie z tego, że zbudowaną tu największą głowę z brązu…

Wysoka na osiem metrów. W czole szeroka na metrów sześć. Waży czterdzieści dwie tony! Czyj to łeb? Nietrudno zgadnąć. Lenin miał (i ma!!!) w Rosji i pobliskich republikach pomników setki, może tysiące. Wersji było kilka. Najczęściej zmierzał odważnie w przyszłość, co postać akcentowała śmiałym wykrokiem. Prawie zawsze wskazywał też prawą dłonią świetlaną przyszłość. Sporo z tych pomników nadal „zdobi” miasta, miasteczka, nawet wsie byłego ZSRR. Rzekomo z szacunku dla przeszłości. Ale łeb wielkości piętrowej willi jest tylko w Ułan Ude. Łeb zamyślony.

Żeby nie było, że się nabijamy, udawaliśmy oficjalną delegację Komunistycznej Partii Kanady, dokładniej rzecz biorąc, udawał Eric, nasz Kanadol, co zostało przyjęte nad wyraz życzliwie przez półmilionową ludność tubylczą. Sama głowa nie zareagowała. Nadal myśli…

 

 

28.07. 2015, Irkuck

stan licznika: 17682 km

 

Pierwszy raz w Irkucku byłem przed ćwierćwieczem. Zawsze wracam tam z przyjemnością, nawet z sentymentem. Ale nie pozbawionym dumania nad polską spuścizną miasta. Stolica wschodniej Syberii była przecież centralnym punktem adresowym pokoleń skazańców i zesłańców. Pamiętam szok, gdy zobaczyłem, że na miejscu pochówku nieszczęśników znad Wisły jest… wesołe miasteczko i plac zabaw dla dzieci. Jest do dzisiaj. Choć odrobinę sprawiedliwości historii oddano i obok kościoła rzymskokatolickiego, zbudowanego ze składek polskich zesłańców, jest wreszcie ulica Polskich Powstańców.

Przed laty szukałem tu śladów biznesowych i kulturowych starań jednego z najsławniejszych polskich patriotów, porucznik Piotr Wysocki spędził tu pół życia. A zaznaczył się w historii Syberii również tym, że założył tu pierwszą fabryczkę mydła. Wtedy mydła wysockiego (nazywało się, o ile pamiętam, Ałtaj) nie znalazłem, dzisiaj przywiozłem ze sobą własne. Na wszelki wypadek. Okazało się, że niepotrzebnie. Bo o ile kiedyś mieli tu dwa hotele przyjmujące obcokrajowców, to dzisiaj są ich dziesiątki. Jest też sporo klimatycznych hosteli dla plecakowiczów. W dodatku język angielski nie sprawia tutejszej młodzieży trudności i nawet gdy w hostelu jest tłoczno, miejsce i gościna dla wędrowca zawsze się znajdzie. A w zeszycie gości adresy z całego świata. Wiadomo – hostel nie rozkwitnie, jeżeli nie zamelduje się w nim pierwszy Australijczyk.

Irkuck zachował wiele z dawnego charakteru. Ocalało sporo drewnianej architektury. Nie tyle z szacunku do historii, co z braku mieszkań. Stu, a nawet dwustuletnie drewniane domy ciągle dominują w zabudowie centrum. Irkuck zbudowano na bagnistym terenie w zakolu Angary więc stare domy osiadły już dość głęboko, parterowe kiedyś okna schowały się już poniżej asfaltowanych chodników. Wyglądają jak amerykańskie „bejsmenty”, nawet bardziej malownicze, bo domy osiadają według własnej logiki i często przekrzywione są bardziej niż Krzywa Wieża w Pizie.

Starych domów nie zburzono, bo nowych nie zdążono zbudować. Za to w centrum zbudowano centrum spacerowe, knajpiane nawiązujące stylem do dawnej architektury. Kiczowate to strasznie, ale turyści i aparat fotograficzny kicz lubią. Poza tym Irkuck jest sympatycznym mimo wszystko molochem bloków, handlowego rozgardiaszu i dyskotek, w których dziewcząt jest trzy razy więcej niż mężczyzn. Ale to wiemy tylko z opowieści, bo w klubach nocnych obowiązuje jak w Nowym Jorku „selekcja”, a nasze polowe ubrania spotkały się ze wzgardą ochroniarzy.

Przywitaliśmy się więc z rosyjskością stosownie do okoliczności. Wódką, kawiorem na blinach. Odwiedziliśmy banię (w piwnicach współczesnego bloku) i wypociliśmy resztki azjatyckiego zmęczenia. Auta też umyliśmy.

W podróży jesteśmy już dość długo. Nie wszyscy uczestnicy I Rajdu Wenecja – Pekin 2015 mają niekończący się urlop. Dokonaliśmy więc przetasowań w kilku załogach. Paru zmęczonych włóczykijów odleciało do domu. Obsady samochodów uzupełniliśmy również lotniczym desantem. Przy okazji towarzystwo nam się odmłodziło. Oby z korzyścią towarzyską. Szkoda że tylko w męskim wydaniu. Najważniejsze jednak, że Syberia naszej młodzieży już niestraszna…

 

30.07. 2015, Bajkał, Olchon

stan licznika: 18 108 km

 

Syberia jest gigantyczna. Ma też stosowne do swej skali jezioro. Bajkał. Oczywiście olbrzymi. Na otoczonym górami jeziorze jest odpowiednio duża wyspa. Olchon. Mekka turystów nie tylko rosyjskich. Taka ich syberyjska… Ibiza.

Żeby dostać się na Olchon w krótkim sezonie letnim (pamiętajcie, że to Syberia, śnieg zaczyna padać we wrześniu, topnieje w czerwcu, a potem jest lato, lato i lato…), trzeba wjechać autem na prom. Promy są dwa. Jeden zabiera osiem samochodów, drugi dziesięć. W kolejce do promu czeka się cały dzień. Nawet łapówka niewiele pomaga. Czekaliśmy pół dnia. Ale warto było…

W połowie Olchonu, tuż obok magicznej Skały Szamana jest dzika plaża. Dwa kilometry szerokiej na 300 metrów łachy drobnego piasku. Dojechaliśmy wieczorową porą. I poddaliśmy się czarowi setek ognisk na plaży. Też przywieźliśmy ze sobą kilka wiązek drewna. Bo, co ciekawe, na Syberii drewno się kupuje i to za cenę wyższą niż posiłek. Starczyło nam na watrę, którą cieszyliśmy się przez dwa dni.

Plaża zazwyczaj przeznaczona jest opalaniu i kąpieli. Na Olchonie również. A w miejscowości Chużyr szczególnie. Chużyr aspiruje do miana tutejszej Nicei. Niestety tylko z nazwy. Wieś jest wprost obrzydliwa. Zabudowana bez planu. Nie tylko boczne uliczki między „pensjonatami”, ale i główna ulica asfaltu nigdy nie widziała. Dobrze że jest szeroka, dzięki temu hałdy śmieci nie przeszkadzają samochodom. Oferta knajpiana też nad wyraz oszczędna. Dominuje omul (endemiczna ryba bajkalska, skądinąd przepyszna) w surowej, smażonej i wędzonej postaci.

Sama plaża o dziwo czysta! I to mimo iż nie ma tu toalet. Ma to zresztą zbawienny wpływ na okoliczne laski, które „nawożone” są przez plażowiczów na obszarze olbrzymim. Jedyne czego tutejszym bywalcom zazdrościć nie należy, to kąpiel w Bajkale. Temperatura wody (krystalicznie czystej) nawet latem nie przekracza 14 stopni. Pływają więc tylko straceńcy. Z naszej bandy tylko Małgosia i Żubr się odważyli w Bajkale zanużyć. Może też dlatego największą atrakcją olchońskich plaż są… rosyjskie banie czyli sauny. Latem! W upale! Na plaży!

Słowem, przyroda genialna. Aktywność człowiecza typowo rosyjska. Gdy w kawiarni spytałem o internet, usłyszałem: „kanieszna, jest, no nie rabotajet!”. Gdy poprosiłem o mrożoną kawę, miła kelnerka powiedziała: „morożenyje toże nie rabotajet, no kafie americano uże chołodnyje… budiet charaszo?”.

Z ręką na sercu przyznaję jednak, że warto tu przyjechać, warto odstać swoje w kolejce do promu, warto przymknąć oko na inne zadziwiające niedociągnięcia. Nawet takie, że kampingowanie na Olchonie jest bezpłatne, a gdyby pobierano choćby minimalne opłaty, na budowę przyzwoitej drogi pieniędzy by starczyło. No… tylko wtedy turystów byłoby dziesięć razy więcej… Więc może niech już będzie, jak jest.

Krajoznawcze wycieczki wokół Olchonu (a jest tu tez choćby pomniczek polskich zesłańców) nam niestety przepadły. Lato w tym roku jest rekordowo suche, w lasach pożary, horyzont zasnuty mgiełką dymów. Więc trzeba będzie tu jeszcze raz się wybrać. Może zimą? Nie trzeba będzie czekać godzinami na miejsce na promie. Przejedziemy po lodzie.

 

31.07. 2015, Wierszyna

stan licznika: 18 366 km

 

Jest na Syberii też kawałek polskiego nieba. Wierszyna, polska wieś. Nie zesłańców, ale dobrowolnych osadników. Przyjechali tu głodni ziemi z Zagłębia Dąbrowskiego w 1910 roku. Osadnikom car fundował bilety Kolei Transsyberyjskiej, dawał zapomogę bezzwrotną 100 rubli i piętnaście wiorst ziemi na familię. Ponad sto rodzin wybrało więc Syberię zamiast podróży w nieznane do USA lub Brazylii.

Na miejscu okazało się, że ziemi jeszcze… nie ma. Trzeba ją dopiero tajdze wyrwać. Dosłownie. Karczowali więc las, mieszkali w ziemiankach. Dobrobyt zależał od ilości rąk do pracy. Ci z małymi dziećmi głodowali, ci z podrostkami szybko urządzili się lepiej niż w biednej Małopolsce. Pierwsza wojna światowa toczyła się daleko, wojna domowa i rewolucja też tu nie dotarły. Nawet gdy ziemię kolektywizowano, zagubienie w syberyjskiej tajdze było plusem. Komunistyczna brutalność dotarła do Wierszyny dopiero w 1938 roku. Zgodnie ze statystyczną logiką NKWD aresztowano 30 mężczyzn i wywiozła w nieznane. Na ich powrót czekano i modlono się przez dekady. Dopiero po upadku ZSRR ujawniono dokumenty, które pokazały przeznaczony im los… Nie wywieziono ich, tylko rozstrzelano. Jeszcze trudniej było w czasie przyszłej wkrótce wojny. Zmobilizowano wszystkich mężczyzn. We wsi został jeden, kaleka bez nogi. Znów był głód i płacz. Polskość jednak była przepustką do życia dla zmobilizowanych. Jako Polacy nie byli godni zaufania wiec służyli w jednostkach tyłowych. Większość wróciła pod koniec lat czterdziestych.

Gdy byłem tu pierwszy raz w 1991 roku, sensacją nie był dla Wierszynian dziennikarz z Polski. Nawet nie ksiądz Ignacy Pawlus, który właśnie organizował największą parafię świata, która obejmowała obszar od Krasnojarska po Władywostok. Sensacją było pojawienie się taksówki, którą z Irkucka przyjechaliśmy. Słuchaliśmy wtedy godzinami opowieści wiedzionych staropolszczyzną przeplataną rusycyzmami. Odzyskaliśmy kilka pamiątek po zniszczonym kościele. Powitaliśmy polskiego nauczyciela, którego przyjazd sfinansowało Stowarzyszenie Polonia.

Dziś szczęśliwie Polska o Wierszynie pamięta. Zaglądają tu zapamiętali turyści. Odzyskane od kołchozu nieruchomości wypiękniały. Samochód nie jest już czymś dziwnym. Droga też lepsza i błoto nie odcina Wierszyny od cywilizacji. Polskość można już pielęgnować bez obaw przed szykanami. Odbudowano też kościół. Proboszczem jest ojciec Karol Lipiński. I choć zapewne to najbiedniejsza polska parafia na świecie, miło było się tu zatrzymać. I ze wstydem przyznać, że zjedliśmy proboszczowi zupę, bo nie sposób było domowemu posiłkowi się nie poddać. Prezes (w końcu budowlany inżynier) odwdzięczył się projektem przebudowy kościelnych fundamentów.

W Wierszynie mieszka dzisiaj ponad pięćset osób. Utrzymują się z rolnictwa. Ciągle nieufnie patrzą w przyszłość. Bo też los ich nigdy nie oszczędzał. Zaledwie jeden gospodarz uwierzył w dziejowe zmiany i nie boi się bycia „obszarnikiem”. Kosi prawie tysiąc hektarów i jest jedynym we wsi pracodawcą tartacznym. A sama Wierszyna została taką, jak była przed stuleciem. Trochę polska, trochę buriacka, trochę rosyjska. Najlepiej widać to na cmentarzu. Zadbanym polskim obyczajem. W sercu Syberii. Całkiem niedawno jeden z parafian ojca Karola ustrzelił w tajdze niedźwiedzia…

 

2.08. 2015, gdzieś na Syberii

stan licznika: 20 320 km

 

Stare syberyjskie porzekadło mówi „litr nie alkohol, 1000 kilometrów nie odległość”. Pierwszą części tego rosyjskiego pewnika sprawdzić nie bardzo mamy jak… Od dwóch dni przyklejeni jesteśmy do kierownicy. Nieustannie. Przerwy robimy na posiłki, na sen. Za to druga fraza przemawia do nas w sposób oczywisty, rzeczywisty, nie pozostawiający wątpliwości. Odległości na Syberii nie da się mierzyć po europejsku, po polsku. Na dobę robimy właśnie około tysiąca kilometrów…

Gdy na starcie z Irkucka zdaliśmy sobie sprawę, iż do Jekaterynburga, a więc jeszcze przed Uralem, mamy trzy i pół tysiąca kilometrów, nie mieliśmy już żadnych złudzeń. Romantyzm tej drogi też już raczej przeszedł do historii. Zbyt ważna to droga dla gospodarki regionu. Opowieści o trudach przeprawy samochodowej przez Syberię można już między bajki włożyć. Szosa jest (jak na rosyjskie standardy) świetna. W większości nowa. Wiele miast omija obwodnicami. Nawierzchnia nie sprawiła by problemu nawet nisko zawieszonym pojazdom sportowym. Zniknęły „gruzawiki” czyli rozklekotane ciężarówki z poprzedniej epoki. Osobowe pojazdy produkowane w ZSRR też są już rzadkością. Wśród ciężarówek królują amerykańskie trucki, osobówki to przede wszystkim „japończyki”. Kultura jazdy też zmieniła się nie do poznania w ciągu ostatnich kilku lat. Zniknęła nawet drogówka, która jeszcze niedawno grabiła podróżnych.

Mijamy na przemian miasta nikomu niepotrzebne i te które prosperują wyśmienicie. Specyfiką poprzedniej Rosji były miasta oparte o pracę jednego giganta przemysłowego. Wiele z nich nadal działa, ale tylko siłą politycznej decyzji i inercji, produkują nikomu niepotrzebne badziewie, bo Putin nie pozwala tych fabryk zamknąć. Dają utrzymanie tysiącom rodzin, ogrzewają blokowiska zimą, a prowadzone na powierzchni rury ciepłownicze szpecą osiedla, które i bez tego wyglądają jak slumsy. Jest fabryka, to jest pensja. Jest praca, to i przedszkola przyzakładowe działają. Prywatny handel rzęzi. Młodzież emigruje do bogatszych miast. Zostają rozgoryczeni starcy. I pozostawione pod opieką dziadków dzieci.

Na drugim biegunie są z kolei miasta dobrej prosperity. Energetyka, niektóre gałęzie przemysłu ciężkiego, głównie związane ze zbrojeniówką, sektor paliwowy, trochę przemysłu chemicznego i wydobywczego dają zupełnie inną szansę. Takie miasta kwitną! Budownictwo mieszkaniowe tworzy od razu nowe dzielnice, które nie mają nic wspólnego z sowiecką brzydotą. Młodzież przesiaduje w macdonaldach i KFC, dorośli w centrach handlowych nie gorszych niż w Niemczech, rowerów nikt nie kradnie, petów na ulicy nie rzuca. Inna Rosja. Ta której nie znamy i której istnienia nie podejrzewamy.

Na wsi gorzej. Wyludnione osady, opuszczone, zapadają się w ziemię. A sama ziemia leży odłogiem. Czasem planowanym (przynajmniej oficjalnie), bo dotarła tu już moda na ekologię, nawozów używa się zdecydowanie mniej. Wiec stosuje się płodozmian, a ziemi pozwala się odpocząć. Jak w średniowieczu…

Mijamy kolejne syberyjskie giganty: Angarę, Jenisej, Ob, Irtysz. Rzeki potęgi. Wschód z zachodem komunikuje się szosą. Południe z północą ciągle wodą. Na rzekach spory ruch statków, barek.

Często zatrzymujemy się na „stajankach”. Wokół stacji benzynowych wyrastają całe ośrodki odpoczynkowe dla kierowców. Restauracje z domową kuchnią (jest smacznie i tanio), sanitarne zaplecze z prysznicem i sauną jest czymś oczywistym. Warsztaty samochodowe, place zabaw dla dzieci, obszerne parkingi dla nocujący w samochodach (to między innymi my), motele, hotele z zapleczem rekreacyjnym… Zdarzają się nawet turyści! Na przykład chińscy cykliści na wypasionym sprzęcie. Mijamy się też z zabytkowymi pojazdami sławnego Rajdu Paryż-Pekin.

Odpoczynek wolimy jednak w plenerze. W końcu wokół nas las, las i las. Posiłki przygotowujemy na leśnych polanach lub nad mijanymi rzekami. Noclegu też szukamy na łonie nieskażonej przyrody. Przy ognisku nam radośniej. Wystarczy odskoczyć kilka kilometrów w bok, by nie słyszeć szumu szosy i jedynymi naszymi wspólnikami w syberyjskim losie są komary. Ale nawet one jakby w tym roku życzliwsze. Na szczęście. Drewna na ognisko nie brakuje. Kurki na kolację też się znajdą…

 

 

4.08. 2015, Jekaterynburg

stan licznika: 22 080 km

 

Posyberyjski popas robimy w dawnym Jekaterynburgu, potem Swierdłowsku, wreszcie znów Jekaterynburgu. Nie jest gorszy, brzydszy od innych milionowych metropolii rosyjskich. Nie jest też lepszy, ani ładniejszy. Ale jest szczególny… Chyba nigdzie tak jak w Jekaterynburgu nie widać rosyjskiego relatywizmu moralnego i historycznego…

Turyści, a jest ich całkiem sporo, przybywają do Jekaterynburgu z dwóch powodów. Jest tu trochę pamiątek związanych z legendarnym, kultowym Włodzimierzem Wysockim i jego żoną Mariną Vlady. Jednak Jekaterynburg nie przypomina Neverlandu Michaela Jacksona ani Gracelandu Elvisa Presleya. W Jekaterynburgu ma Wysocki swój pomnik, ale uwagę przyciąga pomnik innego Włodzimierza. Uljanowa-Lenina.

Lenin dostał swój pomnik jekaterynburski dość późno, w 1957 roku. Stanął na miejscu wysadzonej w powietrze dzwonnicy soboru Objawienia Pańskiego. Stoi sobie Lenin w klasycznej pozie znanej z setek podobnych monumentów i przemawia. Plac wokół pomnika jest zarazem centralnym punktem miasta… Ale nie tam kierują swe kroki przybywający do Jekaterynburga turyści i pielgrzymi…

Trzy minuty spacerkiem od pomnikowego Lenina jest zbudowana 12 lat temu Cerkiew na Krwi. Stanęła na miejscu dawnego domu kupca Ipatiewa. Tu wiosną 1918 roku uwięziono cara Mikołaja II i jego najbliższych. Tu w piwnicy 16 lipca tego samego roku zamordowano cara, jego żonę, syna i cztery córki. Tu skonała carska Rosja. Mordu dokonano na polecenie Włodzimierza Lenina…

Dom Ipatiewa istniał jeszcze 20 lat po odsłonięciu pomnika Włodzimierza Lenina. W jego piwnicach, na tle podziurawionych kulami ścian lubili się fotografować czekiści, enkawudziści, kagiebiści. W 1977 roku gensek Andropow polecił budynek zburzyć, a miejsce zamienić w skwerek. Polecenie wykonał miejscowy pierwszy sekretarz jekaterynburskiego KPZR Borys Jelcyn…

Nie na wiele się to zdało. Jeszcze przed moskiewskim puczem i agonią ZSRR na placu stanął pierwszy drewniany krzyż. Potem było już łatwiej. Dziś cały kwartał ulic zajmuje bizantyjska świątynia i pomnik carskiej rodziny w męczeńskiej alegorii. Tu ludzie się modlą za kanonizowanego Mikołaja II, tu uczą się historii…

A Lenin, jak stał, tak na pomniku stoi… Obok Cerkwi na Krwi jest też ulica Feliksa Dzierżyńskiego…

I jak tę Rosję rozumem objąć?

Czy nie o tym śpiewał Włodzimierz Wysocki?

 

 

5.08. 2015, nad Wołgą

stan licznika: 23 010 km

 

Znów przekraczamy Ural. Wielokilometrowe ostatki I Rajdu Wenecja – Pekin kończą naszą  przygodę azjatycką. Na zachód od Jekaterynburga Ural nie jest szczególnie imponujący. Wznosi się ledwie kilkaset metrów nad poziom morza. Aż dziw, że dopiero Piotr Wielki podjął się misji przekroczenia Uralu i penetrowania Syberii. Opłaciło się. Złoża żelaza, miedzi, złota, kamieni szlachetnych szybko zwróciły inwestycje, a Gubernia Tobolska szybko stała się ważnym okręgiem przemysłowym. A potem już Kolej Transsyberyjska rozciągnęła Rosję po Pacyfik i w wielu dziedzinach przeniosła ciężar gospodarczy na wschód. Czy przeniosła obyczajowość? Niekoniecznie.

Po syberyjskiej stronie Uralu, pomijając niewątpliwy urok przyrody, cywilizacja XXI wieku pojawia się zaskakująco nierównomiernie. Szczególnie widać to na wsi. Duże miasta hołdują tradycji daczy. Na przedmieściach powstają ciągle rekreacyjne osiedla działek. Niedużych. 5-15 arów, jakieś kwiatki, trochę warzyw, skromna chatka. I święty spokój. Emeryci spędzają tu czas od wiosny do jesieni. Na Syberii to nieskończona przestrzeń… 3 miesięcy. Może dlatego działki skromne. W całoroczne domy letniskowe inwestuje się sporadycznie. Wsie więc umierają…

Po zachodniej stronie Uralu jest inaczej. Każda podróż ma w sobie coś przypadkowego. Nasza szczególnie. Gdy tylko zobaczyliśmy, że wioski dorzecza Wołgi wyglądają schludniej niż w ostatnim tygodniu przywykliśmy, zboczyliśmy z głównej szosy. Zatrzymaliśmy się w dwóch małych wsiach, w Maryjnie i Serednikach. Zatrzymaliśmy w osłupieniu. Stara drewniana architektura zadbana, odmalowana. Żadnego eternitu, ani blachy, a jeśli już to malowana w przyjaznych kolorach. Ogrody kwiatowe jak z impresjonistycznych fantazji. Sady obfite. Działki przydomowe duże, półhektarowe i większe. Przed domami przyzwoite auta. Dostatek. To nie dacze, ale wsie wykupione, zmienione przez miejską klasę średnią. Dawne domy rolników dziś są całorocznymi domami podmiejskimi, chociaż to eufemizm, bo do większych miast trzeba jechać ponad setkę kilometrów. Właścicielami tych domów wcale nie są bogacze. W mieście mieszkają w szkaradnych blokach. Ale wolą tu na uboczu odpoczywać od hałasu miasta. Pierwsi „kapitaliści”, którzy trafili do takich wiosek to wnukowie dawnych kołchozowych gospodarzy, po prostu zawrócili z dziejowej wędrówki. Za nimi przyjechali znajomi, sąsiedzi. Wsie takie nie żyją już z rolnictwa, ale właśnie z wakacjuszy. Pojawiły się pierwsze knajpki, sklepiki z wiejskimi delikatesami. Mleko jest „od krowy”, a jajka też własne. Tu urozmaicają sobie czas grzybo i jagodobraniem, tu łowią ryby, tu cały sezon preparują domowe przetwory. Co śmielsi zaczynają już nimi handlować. Przy każdym domu obowiązkowa „bania”. Sądząc po zapasach opału spryzmowanego na podwórzu, wielu z nich spędza tu też czas zimą. Stare studzienne żurawie służą już tylko bukolicznej estetyce, bo wodę mają w kuchennym kranie, a przelewowe oczyszczalnie ścieków nie są wcale zbytecznym luksusem. Tak, rosyjska wieś weszła w XXI wiek szybciej niż osiedlowe blokowiska.

Dojeżdżamy do Wołgi. Szeroka na 2 kilometry. Toczy swój nurt pośród wysokich skarp. Matka rosyjskich rzek zeszpecona jest przemysłowymi instalacjami, ale i tak jawi nam się niczym europejski Eden. Co parę kilometrów dzikie plaże, raj dla wędkarzy. W czystość wody nie dowierzamy, kąpać się nie kąpiemy, ale piknik i jakaś rybka na grillu wieńczy nasze wielokilometrowe dzieło.

Kolejną rzucającą się w oczy cechą „europejskości” tej części Rosji jest widoczna w każdej miejscowości odbudowa kultury cerkiewnej. Złocą się i pysznią kopuły. Przy zachodzącym słońcu widoczne z wielu kilometrów. Na Syberii ta odbudowa idzie wyraźnie wolniej.

Ale dziwi nas co innego. Pokonaliśmy od mongolskiej granicy około 7 tysięcy kilometrów. Jechaliśmy przede wszystkim przez niekończące się lasy. I nie widzieliśmy żadnej dzikiej zwierzyny! Najwyżej kilka bezpańskich psów. W podobnej porze roku przejechaliśmy niedawno od kanadyjskiego Atlantyku do alaskańskiego Pacyfiku. Łosi spotkaliśmy setki, bizonów dziesiątki, niedźwiedź nie był niczym niecodziennym, rosomak i wilk też się zdarzył, lisów, zajęcy nawet nie próbowaliśmy liczyć. Tymczasem rosyjski las zaskakuje pustką. Czy wszystko już wykłusowano? Czy może zwierz ciągle niedowierza w ucywilizowanie rosyjskiego obywatela? Uprzedzając wypadki dodam, że pierwszego bociana zobaczymy dopiero w Estonii, a lisa w… Polsce.

 

 

6.08. 2015, Suzdal

stan licznika: 23 288 km

 

Podróż taka jak nasza jest zwykle starannie planowana. Ostatnie etapy również. Jednak wieloletnie doświadczenie uczy, że powrót do domu jest szybszy niż z domu „ucieczka”. Przez Rosję więc jechaliśmy jak superekspres. Na popasy stawaliśmy krótko. Często żal było fotograficznych braków. Bo w Irkucku deszczem pokropiło, bo nad Bajkałem dymami pożarów horyzont zasłoniło, bo nad Uralem znów lało, bo do Suzdala przed zachodem słońca nie zdążyliśmy… Więc w Suzdalu przy ognisku zaczęliśmy… planować trasę następnego Rajdu do Pekinu. Tak żeby wszystkie rosyjskie „braki” nadrobić. Ale po kolei…

Suzdal jest może najsympatyczniejszą mieścinką całej Rosji. Należy do Zołotego Kolca czyli pierścienia złotych miast i miasteczek, które Moskwę zabytkową architekturą otaczają i złotymi kopułami cerkwi się pysznią. Suzdal jest szczególny. Gdy w połowie XIX wieku wytyczano z Moskwy trasę kolei na wschód zmierzającej, w Suzdalu płakali. Bo kolej Suzdal omijała. Okazało się po latach, że była to najszczęśliwsza decyzja tysiąclecia. Gdyż dzięki pozostaniu na uboczu Suzdal jako jedyny w promieniu setek kilometrów pozostał najpiękniejszą perłą przeszłości.

Za dziewięć lat Suzdal będzie się szczycił formalnym tysiącleciem istnienia. Pełnił w historii rolę stolicy książęcej, a nawet tymczasowo państwowej. Kremlów powstało tu kilka. Przede wszystkim jednak był centrum życia religijnego. Cerkwi, kaplic i klasztorów przetrwało tu kilkadziesiąt. Mimo że miasteczko ledwo dziesięciotysięczne, jest Suzdal jakby zmultiplikowaną Częstochową. Ominęły go wojny (poza roczną okupacją polską wojsk hetmana Żółkiewskiego w 1610 roku), rewolucje, domowe rzeźnie, bezwzględność stalinizmu, niemieckie bomby. Już w latach 60. XX wieku postanowiono Suzdal cerkiewny pieścić i hołubić, co było decyzją zadziwiającą w państwie Breżniewa. Renowacja zabytków była siermiężna, ale przynajmniej rujnację zatrzymała.

Jeszcze przed paroma laty Suzdal ciągle był senną mieścinką, do której docierali tylko ambitniejsi turyści. Dzisiejszy Suzdal zaskakuje tempem rewitalizacji i prawosławnej i rekreacyjnej. Stał się miejscem modnym jak nasz Kazimierz nad Wisłą, a bliskość i obfitość moskiewskich pieniędzy sprawiła, że w ciągu dosłownie kilku ostatnich lat stał się ulubioną „miejscówką” stołecznych dorobkiewiczów. Tu się spędza weekendy, tu się bierze śluby, tu planuje emeryturę. Hoteli, pensjonatów są już dziesiątki. Wycieczkowe autobusy nie mieszczą się na ciągle rozbudowywanych parkingach. O miejsce w licznych restauracjach ciężko. A jeszcze przed dekadą zagraniczny przybysz był dziwolągiem (czego sam doświadczyłem), na przyzwoity obiad jechało się ponad 20 kilometrów w stronę Włodzimierza, a jedyną pamiątką jaką można było od ulicznego sprzedawcy (jedynego w mieście!) wydębić, był czołgowy hełmofon…

Suzdal jest przepiękny i nigdzie jak tutaj nie można poczuć uroku i rozkwitu sielskiej architektury podmiejskich domów i wiejskich monastyrów. Nawet założony za sowietów skansen budownictwa rustykalnego przydał się dzisiejszym suzdalskim czcicielom lepszej, przedrewolucyjnej przeszłości. Tylko pomnik Lenina tradycyjnie nikomu przy głównej ulicy (też Lenina!) nie przeszkadza. I to mimo, że obiekty sakralne oddano prawowitym właścicielom, popom i wiernym. Obozowisko rozłożyliśmy w centrum mieściny, w zakolu rzeczki Kamienki. Rano mogliśmy podziwiać jak słońce skrzy się w dziesiątkach cerkiewnych kopuł.

Tutaj też dogonił nas Marek! Znad Bajkału ruszyliśmy razem, ale motoryzacyjne perypetie ciągle zostawiały Marka sto, czasem dwieście kilometrów za nami. Marek jest żeglarzem, po 30 latach halsowania postanowił spróbować drogowych włóczęg. Kupił używanego mercedesa sprintera i dał sobie dwa lata na przebudowanie busika na kampera. I wtedy znalazł w internecie informację o naszym Rajdzie. Zdecydował się w kilka godzin, ale na „zrobienie” kampera miał ledwie dwa miesiące. Podróż do Chin była więc testem wszystkich Marka „wynalazków”. Teraz w drodze powrotnej mercedes ciągle mu robił jakieś psikusy. Co się Marek rozpędził, coś… odpadało. W dodatku robił te wszystkie tysiące kilometrów bez zmiennika. Ostatnią przygodą Marka było zgubienie koła. Na szczęście tylnego więc na drodze się utrzymał. A dziś wreszcie nas dogonił. W świetnym humorze już o świcie! Żeglarze tak mają… W dodatku miał umyty samochód … Niebywałe!

 

7.08. 2015, Moskwa

stan licznika: 23 468 km

 

Na Plac Czerwony zajechaliśmy z fasonem. Policja nie interweniowała widząc nasze osobliwe pojazdy. Uwieczniliśmy kolejną stolicę na zdjęciu i nie bez trudu znaleźliśmy parking. Już pieszo ruszyliśmy w miasto. Dotarła nas tu piątka. Mężczyzn. Dwudziestolatek, trzydziestolatek, świeży czterdziestolatek, pokonany pięćdziesięciolatek i nic sobie z wieku nierobiący sześćdziesięciolatek. Więc przekrój wieku mamy solidny i reprezentatywny. Jednak bez względu na bagaż lat Moskwa powaliła nas na kolana urodą kobiet. No chyba że już w podróży jesteśmy zbyt długo…

Krótka wizyta w centrum Moskwy nie miała jednak w sobie nic magicznego. Moskwa puszy się jak paw. I nie chodzi tu wcale o również dostrzegalne polityczne konteksty Rosji „przywróconej dumy”. Owszem, sporo jest symboli, nawet wulgarnych, dotyczących roku 1945 oraz obecnego stosunku Rosjan do Kijowa, Waszyngtonu, Brukseli. Moskwiczanie mają inne powody do dumy. Okolice Placu Czerwonego rewaloryzowane są z nowobogackim przepychem. Jest zadziwiająco czysto. Mauzoleum Lenina chwilowo nieczynne, pozbawione też honorowej warty, ale i tak większość turystów właśnie tu kieruje swe kroki. GUM, kiedyś socjalistyczny moloch handlu uspołecznionego, prześcignął bogactwem wystroju i handlowej oferty Piątą Aleję w Nowym Jorku. Kupujących niewielu, za to zwiedzających tłum. W pobliskich kawiarniach również. Przed Łubianką pomnika Feliksa Dzierżyńskiego ciągle nie ma, ale wkrótce ma podobno być. W miejscu, gdzie zamordowano Borysa Niemcowa, kwiatów więcej niż pod bogoojczyźnianymi obeliskami. Zaduma, ale i spokój, pogodzenie się z losem? Na Arbacie też tłumy. Również zagranicznych gości. Nad rzeką Moskwą takoż. Parkowe aleje wokół Kremla pełne spacerowiczów. Jest dostatnio i estetycznie. Zniknęli żebracy. Nawet w metrze. Do późnego wieczora więc plątamy się w tłumie wielbicieli selfie. Pstryknęliśmy jak inni kilka zdjęć, magnesy na lodówkę zakupiliśmy i późną nocą ruszyliśmy w stronę poprzedniej stolicy imperium.

Przed odjazdem wplątaliśmy się jeszcze w gościnny piknik wielbicieli zabytkowych samochodów amerykańskich. Kilkaset osób bawiło się przy muzyce i pomruku kilkudziesięciu starych silników. Co nas zaskoczyło, bawili się bez alkoholu. Twierdzili nawet, że taka teraz moda. Chcą się różnić od poprzednich pokoleń. Walczą ze stereotypami. Sympatycznie.

Z pewnym zdziwieniem stwierdziliśmy, że Moskwa jest w tej chwili całkiem interesującą destynacją wakacyjną. Choć Polakom wytłumaczyć to będzie pewnie trudno. I nie chodzi tylko o wspomnianą na wstępie urodę tutejszych dziewcząt i kobiet.

 

 

8.08. 2015, Sankt Petersburg

stan licznika: 24 121 km

 

Choć to wakacyjny sezon, przez całą Rosję mozolnie przebijamy się przez kawalkady ciężarówek. Tirowcy przeważają wśród naszych nowych znajomków. Na parkingach, na których szukamy posiłku, prysznica, czasem sauny i noclegu są królestwem szoferów, którzy nie łykają kilometrów dla przyjemności jak my, ale dla chleba. Policja drogowa też uwagę skupia na nich, a takich jak my lekceważy. W okolicach Sankt Petersburga jest jednak inaczej.

Sława dawnej stolicy, bliskość morza, lato zachęcają do turystyki skuteczniej niż w innych regionach Rosji. Mijamy sporo autobusów wycieczkowych, które gnają tu aż z Moskwy oraz z pobliskiej „pribałtyki”. Sporo motocyklistów, kamperów. Okolice Sankt Petersburga oferują nawet rzecz w Rosji nieznaną czyli kampingi. Przyjechaliśmy tuż po świcie, uniknąć chcieliśmy korków (to się nam udało) oraz dotrzeć po Ermitaż przed tłumem (bez skutku, kilkusetosobowa kolejka już była sformowana więc obeszliśmy się ze smakiem). Pozostało nam piesze poznawanie miasta, bo z parkowaniem też krucho. Szybko doceniliśmy różnicę miedzy dwoma metropoliami, Sankt Petersburgiem i Moskwą. W Pitrze nikt się nie spieszy, ulicami chodzi się wolniej, nawet policjanci machają swymi „pałeczkami” leniwiej. Kobiety mają tu na sobie mniej makijażu i obcasy niższe, a często nie mają ich wcale. Mimo to są nadal przepiękne, a mniej pretensjonalne. Jak ich miasto. Wielbiciele Krakowa poczują się w Pitrze dobrze. Czcicielom Warszawy raczej Moskwę polecić należy. Zagraniczni turyści też to doceniają więc w Petersburgu tłum, szczególnie Chińczyków. Wycieczka statkiem po centralnych kanałach była i im i nam miłym przerywnikiem.

Już przy poprzedniej tu wizycie przymierzaliśmy się do petersburskiej gastronomi w wersji na bogato. Rosję chciałem pożegnać blinami z kawiorem, ale ostatecznie wybraliśmy bardziej „europejsko”. Przed  dwoma miesiącami zabrakło czasu więc teraz odwiedziliśmy restaurację Jamiego Olivera. Olbrzymia, gustowna, w Nowym Jorku pasowała by jak ulał. Obsługa młoda, kompetentna, sprawna, anglojęzyczna. Karta zdecydowanie włoska. Malkontentów zaskoczę, pizza w restauracji sławnego kucharza i celebryty jest tańsza niż w przeciętnej warszawskiej pizzerii. A espresso podają w ogrzewanych wcześniej filiżankach. Hm… do Petersburga chętnie wrócimy na dłużej.

I… jak zawsze, wsiedliśmy w nasze pojazdy. Ostatnie tankowanie pod korek za dwa złote od litra, jeszcze ostatni talerz barszczu, jeszcze kilka paczek Kentów po dolarze od sztuki i w drogę. Granicę Estońską przekraczaliśmy przed zmrokiem. Bez sensacji. Chyba że za taką uznamy liczne ślady wojskowych odrzutowych myśliwców, które na niebie rysowały białe smugi, przekraczające granice Unii i gwałtownie zawracające. Takie męskie gry i zabawy w wilka i zająca. Wilków było kilkunastu, po estońskiej stronie zające tylko dwa. No to wróciliśmy do rzeczywistości…

 

 

9.08. 2015, jakby… Kraków

stan licznika: 25 555 km

 

Wjazd na terytorium Unii Europejskiej nawet daleko od domu cieszy podróżnego po azjatyckiej eskapadzie niezmiernie. Tak nam się do Krakowa spieszyło, że nagły estoński prysznic musiał nas przywrócić do rzeczywistości. W Rosji przyzwyczailiśmy się do dość swobodnego traktowania ograniczeń prędkości. Nasze samochody po kolei podpadały estońskiej drogówce. Rekordzista zaliczył mandat… 400 euro, co mocno ostudziło nasz zapał. Warto dodać, że był to pierwszy mandat w całej podróży! Wialiśmy więc z Estonii zniesmaczeni.

Nocleg przypadł nam już na Łotwie, tym razem nad Zatoką Ryską, praktycznie na plaży. Więc zamoczyliśmy nogi w kolejnym morzu. Namiotów sporo, rano plażowiczów również. Przekomarzaliśmy się tam miedzy innymi z włoskimi motocyklistami, którzy nie bardzo chcieli uwierzyć, że z Pekinu wracamy. Potem krótka obiadowa wizyta w spokojnej Rydze. Na kolację zdążyliśmy dojechać do zatłoczonego Wilna. I już polska granica… Ostateczne pożegnania z przyjaciółmi były serdeczne, a kurs ostateczny przyjęliśmy w stronę Wawelu.

Ostatnie ognisko zapłonęło na Mazurach. Pod gwiazdami oddaliśmy się marzeniom i całkiem konkretnym planom. Przed świtem były już gotowe. Dym snuł się po tafli jeziora, kawa warzyła się w ekspresie, słońce wyszło zza horyzontu… Oto co ustaliliśmy…

W przyszłym roku II Rajd Wenecja-Pekin 2016 mamy nadzieję „pociągnąć” jeszcze odważniejszym szlakiem. Wersję z Wenecji koło Żnina postaramy się utrzymać, bo piękna i oryginalna dla Marka Polaka, warto też na tym szlaku zrobić więcej przerw turystycznych, szczególnie w Rosji i Mongolii. Ale coraz bardziej nas nęci trasa z Wenecji właściwej, po śladach Marco Polo. Przez Słowenię, Chorwację, Bałkany, Turcję, Iran, może skrawek Afganistanu? Potem Samarkanda i Buchara. Z „wenecjanami żnińskimi” spotkamy się w Tadżykistanie, w Korytarzu Wachańskim  lub w Kirgizji. A potem nieskończone obszary Państwa Środka. Pamir, Karakorum, Takla Makan. Może też więcej uwagi poświecimy Chinom południowym? Będzie to znów wyprawa dwumiesięczna, może weźmiemy pod uwagę możliwość wymiany załóg w trakcie Rajdu. Za tydzień zaczynamy szukać chętnych!

 

Mamy nadzieję, że nasza podróż udowodniła, że nie taki diabeł straszny i że na czterech kółkach można nad Pacyfik się wybrać. Że wiek, rodzina, „wszystkomającość” pojazdu, ani grubość portfela nie są trudnościami rozstrzygającymi. Przejechaliśmy w dobrym nastroju ponad dwadzieścia pięć tysięcy kilometrów. Średnio wypadało 400-500 km dziennie. Asfalt opuściliśmy na odcinkach nie dłuższych niż 10 procent całej trasy. Bezwypadkowo. Raczej bezawaryjnie. Najstarsi wrócili odchudzeni i odmłodzeni. Najmłodsi wydorośleli.

 

Pisząc te słowa, mam świadomość, że bieżące notatki z podróży oddają tylko część naszych przemyśleń, przygód i emocji, ale taka to dola podróżnika. Od setek lat. Gdy Marco Polo wiódł opowieść o swoich chińskich peregrynacjach, skończył ją skromnym stwierdzeniem: „Przyjaciele, nie zapisałem nawet połowy rzeczy, które widziałem!”. W naszym przypadku było bardzo podobnie. Tym bardziej więc mamy apetyt na następne włóczęgi. Bo koniec każdej podróży, to zarazem początek następnej. Do zobaczenia na trasie lub chociaż w internecie za rok!