TIBET 2013 - the center of the world



1 września 2013, Kraków

stan licznika: 20 555 km

Polską granicę przekroczyliśmy przed świtem. I wyszło na to, że do domu, do Krakowa dojedziemy na szóstą rano. Nieprzyzwoita pora ;-) Żeby więc rodzin nie irytować pobudką, stanęliśmy na przydrożnym parkingu pod Jarosławiem. Obok właśnie dogorywało jakieś tym razem polskie wesele… Spożyliśmy ostatnią męską ni to kolację ni to śniadanie. I… położyliśmy się spać!

Ale zasnąć nie potrafiłem.

Pod powiekami ciągle widziałem migawki z minionych 52 dni. Twarze 31 przyjaciół. Jak w każdej grupie przeżyliśmy też chwile trudne, były nawet konflikty, ale teraz zatarły się kwasy i zostały tylko dobre wspomnienia. Nawet ekstremalne trudy wysokogórskiej przeprawy, nudę stepu, dziurawe drogi albo ich brak, chłód i ziąb tybetańskich nocy wydają się miłym wspomnieniem. A tysiące kilometrów zmalały do… ot takiej małej wycieczki.

Co zapamiętam? Po pierwsze, fantastyczną postawę naszych beniaminków. Dzieci mieliśmy pięcioro, od 6 do 14 lat. Uczyniły naszą podróż bardziej rodzinną i pokazały nam „starcom”, że warto być czasem beztroskim. Po drugie, nasze kobiety… Było ich sześć. Podniosły i estetykę wyprawy i złagodziły nasz język i obyczaje. Tuszowały konflikty i bardzo podniosły poziom naszych kulinarnych starań. Po trzecie, nie wartość pieniężna naszych aut była najistotniejsza. Samochód może być stary, byle zadbany. Nie trzeba mieć wcale sześciu litrów pod maską, żeby zdobyć Dach Świata. Wreszcie po czwarte, grupa w podróży radzi sobie, gdy umie się śmiać i gdy może na siebie wzajemnie liczyć. Pomóc można sobie i innym oraz pomocy oczekiwać. W samochodowym warsztacie, przy budowie obozowiska, przy wymianie bedekerowych informacji, przy kuchni i przy stole, przy pokonywaniu barier językowych, a w Chinach obyczajowych. Ważna jest też zapobiegliwość i doświadczenie w pokonywaniu trudności zdrowotnych. Naszym cierpliwym Aniołem Stróżem była Magda!

Z satysfakcją też codziennie większą patrzę na nasze pojazdy i kierowców. Poradziliśmy sobie nie byle gdzie, i z nie byle kim. Przecież mijani kierowcy nie zawsze byli nam przyjaciółmi, a czasami sprawiali wrażenie piratów drogowych! W Chinach jeżdżą samochodami według indywidualnie wyznaczonych zasad. Świateł mijania nie używają. Klakson jest najważniejszym elementem wyposażenia niż hamulec. Rację ma zawsze pojazd większy, czyli ciężarowy. A wszystkie osiołki, wielbłądy, konie i jaki są dodatkową „drogową” atrakcją. Policja w tę wolną amerykankę nie ingeruje, ma inne, bardziej „polityczne” zajęcia. W Kirgizji było jeszcze weselej. Tam nie wyprzedza się na trzeciego, tam robią to na czwartego i na piątego. Używają aut równie beztrosko jak wierzchowców. Czasem z konia spadną, ale nawet wtedy pękają ze śmiechu. Policja też. W Kazachstanie drogi i ich użytkownicy to jeden wielki plac budowy. Nieznośne to. Podobnie jak nieznośna policja skubiąca kierowców z zawartości ich portfeli lub bagażników. Trzeba sporo cierpliwości… W Rosji najnowsze modele aut przemieszane z muzealnymi egzemplarzami z czasów ZSRR. Cud że te staruszki się poruszają! Policja bez poczucia humoru, z ograniczoną do minimum wyrozumiałością. Straciliśmy nawet jedno prawo jazdy, za nieprawidłową zmianę pasa jazdy! Ukraina pod tym względem jest już w centrum a nie na obrzeżach Europy. Policja grzeczna, salutująca, jeżeli nawet czasem drobiazgowa, to mimo wszystko cierpliwa. W całej podróży zatrzymywano nas miedzy Lhasą a Krakowem pewnie z setkę razy. Nie zapłaciliśmy mandatu ani raz! Nie wszyscy nasi towarzysze mogą to o sobie powiedzieć…

 

 

Śniadanie spożyliśmy arcymęskie i arcypolskie. Golonkę! Do Krakowa dojechaliśmy w południe. W deszczu tak rzęsistym, jak wtedy gdy z Krakowa ruszaliśmy. I jakoś nie mogliśmy się z Prezesem rozstać. Zgadnijcie o czym gadaliśmy?

Oczywiście! Koniec każdej podróży, to zarazem początek następnej…

Co powiecie na trasę Marco Polo? WENECJA – PEKIN! Brzmi nieźle?

Od jutra szukamy kompanii!

 

31 sierpnia 2013, gdzieś pod Lwowem…

stan licznika: 20 199 km

Nie umiem przez Podole i Zakarpacie podróżować bez wzruszenia. Każdy drogowskaz, każda tablica przypomina odeszłe czasy i sentymentalne reminiscencje. Humań, Płoskirów, Tulczyn, Winnica, Bar, Berdyczów, Gródek, Tarnopol, Zbaraż… Czasy gdy byliśmy więksi, dumniejsi, choć pewnie tak samo po polsku skłóceni. Sienkiewiczowski szlak…

Piotr jest tu pierwszy raz, posłaliśmy go więc małym objazdem: Kamieniec Podolski, Żwaniec, Chocim, Skała Podolska… A jeszcze Zaleszczyki, Czortków, Buczacz, wreszcie Lwów. Zdębiał Piotr, gdy ujrzał potężne kresowe założenia obronne i miejskie nad Dniestrem i Smotryczem. Gdy zobaczył, że jego Chicago jest niczym wobec dawnej historii Rzeczypospolitej i jej okazałych pozostałości.

A my z Prezesem skoncentrowaliśmy się na… współczesności. Ukraina prowincjonalna, gdy jechać ze wschodu sprawia wrażenie wspaniałe. Z każdym kilometrem asfalt coraz lepszy, prywatny biznes coraz prężniejszy, domy coraz okazalsze, ogrody coraz piękniejsze. Wiele rzeczy, które przed dwoma miesiącami wydawały się mizerne, marne, liche, teraz cieszą oko. Przede wszystkim gościnność i otwartość wobec przejezdnych. Coraz mniej tu turystów sentymentalnych, coraz więcej kosmopolitycznych wakacjuszy. Rozkręcają się więc motele, pola kampingowe, przydrożne knajpiarstwo. Estetyka też z roku na rok coraz chętniej sięga do ukraińskich tradycji. Zamiast więc fotografować zabytki sakralne, szukałem obiektywem właśnie ukraińskich motywów. Z satysfakcją!

Sobotni wieczór… W większości mijanych miejscowościach w każdej knajpie, w każdym zajeździe, w każdym hotelu weselicho! Jakby żeniła się całą Ukraina. Parę razy nadzialiśmy się na toasty i zaproszenia. Nasz niecodzienny (szczególnie nocą) pojazd dziwił i zaskakiwał nawet mocno napitych. A już informacja, że jedziemy z Lhasy wprawiała w osłupienie. Kilka par młodych uwieczniło się więc na tle auta wagabundów.

Krajobrazy też w ciągu ostatnich kilkuset kilometrów drogi na północ zrobiły nam jesiennego psikusa. Coraz więcej złota, miedzi, brązu. Coraz bardziej liściasto, troszkę deszczowo. To już nie apogeum lata, to po prostu początek jesieni z wszystkimi jej zapachami. Więc z każdym kilometrem jechaliśmy wolniej i w większym zamyśleniu.

Do Lwowa dotarliśmy późna nocą. A bliskość domu i świadomość końca naszej włóczęgi kazały nam nie szukać odpoczynku. Więc ostatnie tankowanie, ostatnie zakupy i skierowaliśmy się w stronę polskiej granicy. Piotr został w Chocimiu… Dojedzie do Polski jako ostatni z naszego konwoju.

 

 

30 sierpnia 2013, Odessa

stan licznika: 19 603 km

To że Odessa zachowała tak wiele z dawnych przedrewolucyjnych czasów, że ulice centrum wyłożone są dawnym brukiem, że tutejsza secesja przetrwała, że parkowe założenia alej platanowców, kasztanowców ocalały… zakrawa na cud. Odessa jest warta parodniowych spacerów i paronocnych myszkowań.

Plaże przyzwoite nawet po sezonie. Parterowy kapitalizm trwa dzielnie, na renowację pięter (jak i w wielu polskich miastach) kapitału nie starczyło, ale w starym centrum każda witryna to coraz lepsze sklepy, restauracje, kawiarnie. Biznes hotelowy też rozkręca się nie gorzej niż we Lwowie czy Krakowie. W parkach, na bulwarach czysto, odescy eleganci mogą spacerować w białych półbutach, a elegantki w lekkich sandałkach. Jest radośnie, niespiesznie, wzorzyście, kosmopolitycznie, niebiednie.

W podwórkach, w oficynach już gorzej. Ale przynajmniej podwórkowa bieda przypomina o tradycjach dawnych portowych, knajackich klimatów. Nie ma już odeskich Żydów, nie ma Beni Krzyka, nie ma koloni greckiej, ormiańskiej. Są za to tysiące studentów, sporo turystów (nie tylko z bywszego sojuza), miejscowa bohema kwitnie. Specyficzne poczucie humoru miasta wielu narodów, otwartość i uśmiech zachęcają do pogawędek w kawiarnianych ogródkach, które zajmują całe ciągi chodników Deribasiwskiej. Język ukraiński, a nawet rosyjski pląta się z angielskim, niemieckim, ormiańskim. Barów suszi jest więcej niż kuchni rosyjskiej, a włoskich bistro więcej niż kuchni ukraińskiej. Znaleźć można bez trudu knajpy wszystkich tradycji narodów Morza Czarnego, szisza nie jest niczym nadzwyczajnym, a uliczni grajkowie mają światowy repertuar. Ceny jak na ukraińskie zarobki kosmiczne, ale dla przybyszy choćby z Polski znośne.

Wieczorem i nocą jest jeszcze barwniej. Nie widać już okien przesłoniętych byle szmatką lub gazetą ani zagraconych balkonów. Girlandy lampionów zapraszają do knajp, wyszynków, eleganckich restauracji, nocnych klubów. Nie wiem… może zbyt długo włóczyliśmy się po azjatyckiej prowincji, ale uroda kobiet powala nawet malkontentów estetycznych. My malkontentami chyba nie jesteśmy… Odessa jawi się nam Ibizą tej części świata. A podejrzewam, że nie tylko nam… Bawić się, tańczyć, podrywać przyjeżdżają tu nie tylko utracjusze lub szukające przygód „gęsi” (zresztą płci obojga i preferencji rozmaitych) z Kijowa lub Moskwy. Spotkaliśmy też niezły tłumek tropicieli letnich atrakcji z Warszawy, Dublina, Londynu, Bukaresztu, Sztokholmu, Stambułu, Tel Awiwu, Salonik, Baku. Atmosfera ciut „podkasana”, ale nie wulgarna. Policja wyrozumiała. Emeryt z pieskiem nie czuje się tu zagubiony, jak to czasem w Krakowie bywa.

Tak… Odessa swymi rozrywkowymi klimatami przebija Lwów, a z Krakowem lub Sopotem może śmiało rywalizować. Nie ogranicza się też tylko do oferty barowej, klubowej, nocnej. Umiejętnie przypominają gościom, że to miasto artystów, poetów, malarzy. Jest wystawowo i festiwalowo. Jest baaaaardzo przyjemnie.

Znaleźliśmy więc lokal, który karmi tradycyjnie, po ukraińsku. W „Ukraińskim Łasuchu” nasze spragnione lokalnej strawy brzuchy dopieszczone zostały barszczem w wersji „dużo, bohato”, wędzona i peklowana słoninka towarzyszyła poczęstunkowi samogonnemu, pierogi w kilku wersjach uśmiechały się z talerzy, a bliny z kawiorem były wyjątkowo smaczne. Warzywne sałatki, ryby wędzone… Ot, najlepsza „zakąskowa” kuchnia świata! Kolacja wyszła drożej niż czterogwiazdkowy hotel. Ale nie codziennie człek wraca do cywilizacji. No i nasz Piotr (chicagowski kibic Piasta Gliwice) przestał wreszcie pytać, czemu olaliśmy Jałtę i uparliśmy się na Odessę. Faktem jest, że zaglądamy tu zawsze wracając z włóczęg po Azji Środkowej.

Potiomkinowskie schody swymi 192 stopniami poddały się naszym stopom, Eisensteina, ani Machulskiego nie spotkaliśmy. W hotelu Londyńskim (znów elegancki jak przed stuleciem) spotkaliśmy za to konwój hybrydowych pojazdów terenowych, które z Londynu pod Mt. Everest zdążają. Mogliśmy więc zadać szyku naszymi zakurzonymi, zdrożonymi pojazdami. A że kasztany już zaczęły spadać z drzew – nieomylny znak, że do domu czas – po kilkunastu godzinach sybaryckich odeskich spacerów i toastów, skierowaliśmy nasze auta na północ, w stronę Chocimia i Kamieńca Podolskiego…

 

30 sierpnia 2013, gdzieś na Krymie

stan licznika: 19 258 km

Przed laty – będąc młodą dziennikarką – wybrałem się taksówką z Symferopola do Bakczysaraju. Bedekerem były mi nie tylko wiersze Mickiewicza, ale też jego listy i biografia (niestety nie pamiętam już czyjego autorstwa). Taksówką, asfaltem nie udało mi się powtórzyć jednodniowej wycieczki jaką odbył przed półtorawieczem wieszcz. A on przecież jechał konnym zaprzęgiem! I nie piszę o tym, żeby podkreślić fatalny stan krymskich szos, broń Boże! Szosy są całkiem znośne. Natomiast teraz przypomniałem sobie tamtą zagadkę, a raczej domniemane jej rozwiązanie. Otóż Adam Mickiewicz na Krymie był i stepy pobliskiego Akermanu prawdopodobnie też widział, natomiast wątpię czy dojechał do pałacu Chanów Krymskich. Coś podejrzewam, że Fontanny Łez nie widziały jego oczy, a jedynie czytały stosowny poemat Puszkina.

Tym bardziej że siedziba Chanów wrażenie robi mizerne, rzeczona fontanna marna nad wyraz. W dodatku, gdy już ktoś tu dotrze, ze zdziwieniem na ogół stwierdza, że dużo ciekawsze są pobliskie ruiny kilku osad niekoniecznie tatarskich. Miejsca te bowiem były przed wiekami zamieszkane przez Karaimów, a ich kultura, język, religia mają więcej z judaizmu niż z tatarstwa lub słowiańszczyzny. Ani Mickiewicz, ani Puszkin tej perły Bakczysaraju nie dostrzegli. Więc coś mi tu śmierdzi…

Nasza włóczęga samochodowa w poprzek Krymu też rozczarowuje (a może się w podróży zbyt rozbestwiliśmy turystycznie?). Szukaliśmy krymskiego i akermańskiego stepu, ale nie znaleźliśmy. Melioracja i przemysłowe rolnictwo zamieniły dawny stepowy płaskowyż w rolnicze Eldorado. Ziemia żyzna więc wystarczyło odpowiednio nawodnić glebę, a okolice upstrzyć zbiornikami wodnymi i kanałami, żeby rodziła całą gamę owoców, warzyw, zbóż i przestała być pastwiskiem.

Zamiast więc przełomu stepowego lata i jesieni, mamy rolniczy kombinat. Mieścinki tutejsze też, jeżeli odróżniają się czymś od reszty Ukrainy (a nawet Rosji), to tylko budulcem. Domy tu (identyczne architektoniczną brzydotą z resztą byłego imperium) postawiono z krymskiego tufu, w którym więcej jest muszelek niż innego kruszywa. Poza tym domy i obejścia jak wszędzie „ozdobione” są plątaniną malowanych na żółto rur gazowych. Tak, gazyfikacja była kiedyś sukcesem cywilizacyjnym, ale zbrodnią estetyczną będzie na zawsze.

Jak wszędzie po obu stronach Dniestru, Kubania, Donu, Wołgi tak i na Krymie handel spożywczy wziął w posiadanie pobocza szos. Jednak na Krymie przydrożne bazary świadczą, że ziemia to arbuzem, melonem, papryką i winoroślą płynąca. Takiej obfitości darów ziemi nie widzieliśmy nigdzie na naszej trasie. Czerwona cebula odmiany „Jałta” ucieszyła mnie niezwykle, bo choć raz słowo to może skojarzy się komu nie tylko z fatalnym w skutkach spotkaniem Wielkiej Trójki. Przy cebuli zresztą też zapłakać można. Arbuzy słodsze jadłem tylko w Uzbekistanie. A suszone i wędzone jesiotry i bieługi budzą szacunek i apetyt. I hektolitry miodu! I ciężkie krymskie wina!

A że ciągle mijamy ulice imienia bohaterów rewolucji, że przysiółki ciągle nazywają się jak dawne kołchozy… nic to. Ważniejsze, że znów mieszkają tu Tatarzy, a na bazarach królują Ormianie. Turyści z Moskwy lub Kijowa – podwozimy czasem autostopowiczów - przyjeżdżają tylko wydawać pieniądze.

Po doświadczeniach z Soczi machnęliśmy ręką na Jałtę i pognaliśmy w stronę kosmopolitycznej i artystowskiej Odessy.

 

29 sierpnia 2013, Azowska Kosa

stan licznika: 18 955 km

Gdy się patrzy na mapę, może się wydawać, że dostęp Rosji do Morza Czarnego jest minimalny i symboliczny. Nawet doliczając wybrzeże Abchazji, państwa uznawanego przez… Rosję, Naddniestrze (inny dziwoląg polityczny) i bodaj Wenezuelę. Jednak wydostanie się z Soczi pochłonęło nam cały dzień. Im dalej od Soczi, tym sympatyczniej. Nawet ruch jest już mniejszy (mimo że to jeszcze sierpień), bo w całej Rosji dzieci zaczęły rok szkolny tydzień wcześniej niż zwykle. Ponoć to eksperyment energetyczny – zimowe ferie będą dłuższe o tydzień i przez kilka dni nie trzeba będzie szkół ogrzewać i oświetlać. Hm… w Niemczech jest podobnie, zadziwiająca koincydencja…

Jedziemy wiec wybrzeżem posezonowym. Pogoda o jakiej marzy każdy latem nad Bałtykiem więc trochę tego lata szkoda. Planowaliśmy dojechać do Jałty. Ale już wczesnym popołudniem wiedzieliśmy, że nie zdążymy. Przed zachodem słońca z trudem zdążyliśmy na prom przecinający cieśninę Morza Azowskiego i granicę Ukrainy. Plany więc dostosowaliśmy do zapadającego zmroku. Zamiast do Jałty, skierowaliśmy koła w stronę Azowskiej Kosy.

Kosa odrobinę przypomina Hel. Jest jednak dłuższa (140 kilometrów) i usypana nie z piasku lecz z muszelek! Miliardy drobnych skorupiakowych szkielecików i tryliony ich fragmentów. Roślinności praktycznie żadnej, tylko mierzeja muszelek. Kosa wystaje 2-4 metry ponad poziom morza i jest szeroka na kilkaset metrów. No i w odróżnieniu od Helu jest praktycznie bezludna. Spodziewaliśmy się tu samotnych biwakowiczów, wędkarzy. Nie było nikogo!

Nocna więc porą rozbiliśmy prawdopodobnie ostatnie dwusamochodowe obozowisko. Noc zrobiła się całkiem romantyczna, bo gwiazd bez liku, a jeszcze drobna fala szeleściła wśród muszelek. Bryza dała oddech. Kolacja była męska i raczej płynna. Sen pod gwiazdami jeszcze sympatyczniejszy…

Rankiem już dla celów fotograficznych spróbowaliśmy offroadu muszelkowego. Zdjęcia wyszły całkiem przyzwoicie, ale 5 minut fotografowania opłaciliśmy 2 godzinami machania łopatą. Bo oczywiście zakopaliśmy się po pachy. Przy okazji zepsuliśmy ostatni sprawny element w samochodzie Prezesa, mianowicie wyciągarkę. No cóż, sztuka (fotografii) wymaga poświeceń. ;-)

 

28 sierpnia 2013, Soczi

stan licznika: 18 543 km

Przed wiekami było tutaj Królestwo Abchazji. Kilkanaście wieków. Potem przez ponad 400 lat Otomańska porta. W XIX wieku pozostałości dawnej wielkości trafiły w moskiewskie władanie. Żyli tu nie tylko Abchazi, ale praktycznie wszystkie narody Morza Czarnego i okolic. Jak to żeglarze, jak to ludy spełniające się na bazarach. Ale powstania wywoływali tylko Abchazi. Jeszcze przed październikową rewolucją dostrzeżono też inne zalety okolicy. Klimat! Góry porośnięte prawie tropikalną roślinnością schodzą wprost do ciepłego morza. Urośnie tu niemal wszystko. Nawet herbata i cytrusy. Dąb daje szlachetne drewno i przyjemny cień. Zwierzyny łownej masa. A morska bryza daje żyć w największe upały.

A potem pochodzący stąd Ławrentij Beria przywoził też tu innego Gruzina, Josifa Dżugaszwilego znanego szerzej pod pseudonimem Stalin. I panowie w Krasnej Polanie pielęgnowali cytryny i oddawali się innym przyjemnościom prostego wiejskiego życia. Z czasem na zapotrzebowanie ludu pracującego miast i wsi odpowiedziano rozwinięciem uzdrowiska nadmorskiego długiego na… 147 kilometrów.

Przejechaliśmy całość! Szlag by to trafił… mają tylko jedną wąska szosę. Jak na Helu. Stałych mieszkańców jest tu z pół miliona. Gości… milionów parę. Wszyscy (i kobiety i mężczyźni) są grubi jak beki. Panowie chodzą z obfitością brzuszną na wierzchu, noszą płócienne cyklistówki i małe torebki zwane kiedyś w Polsce pedałówkami. Panie obfitości brzuszne oraz te wyższe i niższe przykrywają odzieżą jaskrawą. Stworzenia płci obojga ciałami swemi z pasją ugniatają kamienie na plaży. Bo piasku tu nie ma, tylko okrągłe kamyki, po których wdzięcznie ćwierkają morskie fale. Moczą też ludzkie wieloryby cielska w wodzie, która słona jest jak diabli więc i wyporność ma sporą. Arbuzów moc! A linia kolejowa wiedzie środkiem plaży… taka tutejsza specyfika… wiec wesoło jest i w dzień i w nocy. Falochrony betonowe. Przebieralnie stalowe.

Gdy przedstawiciele rasy ludzkiej nie ugniatają kamieni i nie rozmiękają w słonej wodzie, promenadują po betonowej promenadzie, przesiadują w betonowych knajpach (głównie w celach alkoholowych) lub śpią w olbrzymich betonowych hotelach i sanatoriach. Turnusy mają krótkie. Jeżeli bowiem masz dwa tygodnie urlopu, to z Moskwy jedziesz dwa dni (z Władywostoku tydzień i od razu trzeba wracać), potem dwa dni stoisz w korku na 147-kilometrowej szosie. Powrót wygląda identycznie. Więc na plażę zostaje raptem 6 dni…

Ale możesz się pochwalić: byłem w Soczi!

I dlatego za pół roku będą tu mieć Igrzyska Olimpijskie. Już mają! Dlatego wszędzie jest plac budowy z wszelkimi dobrodziejstwami hałasu, kurzu i brudu.

Byłem, to wiem.

Uciekaliśmy w podskokach! Oczywiście w korku.

Nie jedźcie do Soczi! Nas już nikt nie namówi!

 

27 sierpnia 2013, nocą w stronę Soczi

stan licznika: 18 420 km

Astrachań był i jest europejską i rosyjską wyspą i rubieżą. Także dla nas ;-)

Kawior z bieługi lub z jesiotra kosztuje tyle co cała nasza do Tybetu pielgrzymka. Więc wieczorem, gdy do Astrachania dotarliśmy nie poszaleliśmy. Poprzestaliśmy na czerwonym, łososiowym. Z blinami świetny! Szczególnie jako zakąska dobrze zmrożonej odpowiedniej substancji płynnej. A zupa z jesiotra (czyli ucha – i nie chodzi o jesiotrowe ucho) wprost poezja. W dodatku gdy specjały takie spożywa się na statku, a dokładniej rzecz biorąc w restauracji ulokowanej na statku wołżańskiej floty, trudno nie być szczęśliwym. Więc przez długi wieczór byliśmy…

W zasadzie powinniśmy sobie doliczyć kolejne metry przewyższenia, bo jesteśmy… jakby pod wodą. Astrachań i cała delta Wołgi leży w depresji, jakieś trzydzieści metrów poniżej poziomu morza. Wyjątkowość astrachańska to także „wyspowość”. W delcie wielu odnóg Wołgi to nic oryginalnego. Geograficznie. Ale politycznie, etnicznie Astrachań też jest wyspą. Na południu Morze Kaspijskie i jego narody. Na wschodzie muzułmański Kazachstan. Na zachodzie Kałmucja. Również islamska. A ciut dalej Tatarzy, Dagestańczycy, Czerkiesi, Czeczeni… Astrachań jest więc jak przed pięciuset laty stanicą strzegącą ujścia matki wszystkich rosyjskich rzek, Wołgi. I w rozmowach z poznanymi tu mieszkańcami czuje się atmosferę trwania na straży tego co Rosjanie rozumieją za rosyjskość i europejskość. Czuje się też niechęć (wcale nie skrywaną) do wszystkiego co nierosyjskie.

Astrachań miał szczęście. Nie niszczyły go wojny. Ma więc charakter, styl, jest wyjątkowy. Kupieckie domy, faktorie, fabryki, miejska infrastruktura przetrwały, urbanistyki nikt na siłę nie zmieniał, odnogi i kanały wołżańskie dzielą śródmieście na logiczne całości. Spaceruje się tu z ciekawością i satysfakcją. Roponośna prosperity jeszcze przed rewolucją panów Lenina i Trockiego dała Astrachaniowi wielkie chwile. Kreml maja tu znaczny, bardziej przypomina kresową fortalicję niż ten moskiewski.

Ale Astrachań ma też pecha. Bo potem już było tylko gorzej. 70 lat przerwy w prawach własności prywatnej doprowadziło tutejsze domy do ruiny. Mieszkańcy, którzy właścicielami nieruchomości się nie czuli, o budynki nie dbali. Stary Astrachań więc jest zniszczony, odrapany, niezdarnie połatany. Zabytkowość stała się przekleństwem. Dla turysty tutejsze podwórka są ciekawsze i „piękniejsze” niż stara Hawana, Lizbona, czy Wenecja. Astrachanie jednak złorzeczą na swój zrujnowany los. Sobory na kremlu jednak pieczołowicie odbudowują, choć nadal nad kremlowskim wejściem stosowna tablica przypomina przybyszom nie o religijnym charakterze miejsca, ale o tym który pułk tu stacjonował i że stąd doszedł do Berlina.

Skoro jednak w Astrachaniu zamieszkać na stałe nie zamierzamy – a szkoda, bo kobiety i kuchnia są tu rozmaite i wspaniałe – podobało nam się niezmiernie i niezmiennie. Dlatego już po raz trzeci właśnie tędy do Europy wracamy.

Dalsza podróż wiodła nami przez Kałmucję, o której powiedzieć cokolwiek jest trudno, gdyż znów toczy się człek po stepie. A na stepie, wiadomo, nic, nic, nic… tylko czasami kilka owiec lub zapomniany cmentarzyk… I garść informacji zdobytych… przy drodze. Szachów na przykład uczą w Kałmucji dzieci w szkołach obowiązkowo. Rachunek prawdopodobieństwa tez nie jest im obcy, bo łucznicy na pomnikach (dość powszechnych) strzelają kilkoma strzałami jednocześnie. Pytałem, to wiem (choć nie do końca wierzę), że chodzi o to, że któraś na pewno trafi. Natomiast bez pudła trafia zawsze drogówka! „Suszarkami” o zasięgu 1000 metrów. W stepie czynność raczej prosta.

Z każdym bowiem kilometrem w stronę Stawropolskiego Kraju i Kaukazu jest coraz więcej coraz srożej uzbrojonej policji. Tradycyjnie więc kilka razy nas zatrzymano, przepytano i pozbawiono kilku drobnych przedmiotów, bo policjant tutejszej drogówki zaczyna rozmowę od: podarki masz? To daj! No więc dawaliśmy… Samochodowe i turystyczne gadżety. Ale lepsze to niż płacić mandaty za domniemane lub rzeczywiste winy.

Pojechaliśmy w stronę czarnomorskiego kurortu Soczi. Nocą, żeby zaoszczędzić czasu. Więc Kubań oglądaliśmy tylko na mapie, na benzynowych stacjach i z perspektywy przydrożnych knajpek.

 

26 sierpnia 2013, Astrachań

stan licznika: 17 600 km

Piętnaście tysięcy kilometrów temu zastanawiałem się, gdzie zaczyna się Azja. I doszedłem wtedy do wniosku ciut paradoksalnego, iż Azja jest zawsze tam, gdzie mężczyźni odpoczywają kucając, a kobiety nie odpoczywają nigdy…

Kręcąc powrotne kilometry odkręcam myślenie. Gdzie zacznie się Europa? Punkt na mapie pewnie jest łatwy do ustalenia, ale świadomość podróżnika potrzebuje innych bodźców. Wrażenia – w końcu indywidualne, osobiste – zsumowałem w jedną stopklatkę przy przeprawie pontonowej na rzece Buzan, odnodze Wołgi już w jej delcie kaspijskiej.

Wpierw przekroczyliśmy granicę kazachsko-rosyjską i… zaczął się normalny asfalt! Prawie gładki. Prawie bez dziur. Nieomylny znak powrotu do Europy. Potem na pierwszej „stajance” czyli przystanku dla długodystansowych podróżnych osobowych i ciężarowych przywitała nas nie tylko w miarę cywilizowana jadłodajnia, motel i supermarket, ale pierwsza od 6 tygodni „europejska” toaleta! Wzruszyłem się jak Krzysztof Kolumb na Karaibach. Koniec z małyszomanią kucania! Ale ciągle było mi mało.

Buzan płynie leniwie, szeroko. Mostu jakoś nikomu budować się nie chciało. Jest zardzewiała pontonowa przeprawa. Niektóre elementy konstrukcji pochodzą chyba jeszcze z drugowojennych reparacji niemieckich. Pojedyncze kesony jednymi dziurami wody Wołgi piją, z innych pompuje je misterne urządzenie powiązane sznurkiem i drutem. Przeprawa więc chybotliwa i jękliwa.

Na horyzoncie złocą się kopuły prawosławnej cerkwi. Wzdłuż brzegu ciągną się liczne pomosty wędkarzy. Z nurtem zmagają się łódki. W nadbrzeżnej zieleni dominują skromne dacze. Na samym moście przeważają zatłoczone „marszrutki”. Ruch pieszy surowo wzbroniony…

I właśnie tutaj poczułem, że przekraczam próg Europy, gdy nie mogłem rozpędzić auta, bo środkiem przeprawy niemrawo i bezradnie kroczył na zachód kompletnie zamroczony Europejczyk. Nogi mu się plątały, język też z trudem mielił piętrowe rosyjskie przekleństwa. Ćmił taniego papierosa. Co chwilę ocierał pot z czoła muzułmańską czapeczką. Szedł w stronę spożywczaka po drugiej stronie Buzanu, by uspokoić drżenie rąk butelką zimnego piwa. Szedł w stronę ulgi w kacowym cierpieniu.

Nie przeszkadzało to ani nie dziwiło nikogo. Ani kierowców, którzy wyrozumiale czekali na moście aż dziadek dodrepta do sklepu. Ani pracujących przy pompie konserwatorów zniszczonego mostu… Przed sklepikiem czekała cierpliwie sprzedawczyni z butelką piwa.

Witaj Europo!

 

25 sierpnia 2013, nad Morzem Kaspijskim

stan licznika: 17 324 km

W Aktobe coś tam w samochodowej elektryce naprawiliśmy i skierowaliśmy się na południe, w stronę Morza Kaspijskiego. Reszta ekipy kieruje się na Moskwę wiec już się pewnie nie zobaczymy. Nam się marzy odrobina astrachańskiego kawioru i dużo słońca.

Z Prezesem pokonujemy tę trasę (Aktobe-Astrachań) po raz trzeci w ciągu 5 lat. I po raz trzeci przysięgamy sobie, że po raz ostatni. Mimo bowiem, że jest to trasa newralgiczna, prawdopodobnie jest też najgorszą drogą świata. Na odcinku ok. 600 kilometrów po asfalcie są tylko zamierzchłe wspomnienia, a utwardzone resztki jezdni bardziej wyglądają na marsjański eksperyment niż trzynasty rok XXI wieku. Drogi… właściwie nie ma!

Jest szlak po każdym deszczu wyznaczany w stepie nowym duktem śladów opon. Drogowskazem (jedynym!) jest tor kolejowy. Samochody (i osobowe i ciężarowe), gdy nie mogą pokonać jakiejś przeszkody, nadrabiają kolejne kilometry stepu i zostawiają ślad następcom. W efekcie kluczymy polnymi ścieżkami na szlaku szerokim na ponad kilometr. Przy okazji 600 km zamienia się w 800. Każdy pojazd wzbija chmury pyłu. W naszym samochodzie izolujemy się i włączamy klimę na zamkniętym wewnętrznym obiegu, ale „panatadkowa” toyota klimatyzacji nie posiada. Więc Piotr wietrzy się otwartym oknem (upał coraz większy), na twarzy ma maskę antypyłową i wygląda jak kosmita. Przy okazji zbiera do wnętrza kilogramy pudru, który dojedzie z nim pewnie do Polski.

Auta mamy dostosowane do podróży w terenie. Ale producent offroadowego sprzętu nie uwzględnił warunków jakie panują w Kazachstanie. Każdą setkę kilometrów okupujemy kolejnymi „stratami”. Epopeje można by spisać o tym co nam się na tej drodze urwało, obtarło, przedziurawiło. Odpadają szpanerskie halogeny, anteny, kaloryfery. Wypaczają drzwi i inne elementy ruchome. Tracimy zbiornik z wodą i nadzieję na prysznic. Elektroniczne czujniki na tablicy rozdzielczej wariują. Filtr powietrza się zapycha. Pękają dwa pióra w resorach. I tak dalej…

Oczywiście łapie nas na trasie zmrok. Prędkość mamy symboliczną. W ciągu godziny popychamy nie więcej niż 30 kilometrów. Po ćmoku jest jeszcze wolniej, bo czasem gubimy ślad i z trudem w pyle odnajdujemy odpowiednia ścieżkę. W myślach tworzymy piętrowe konstrukcje przekleństw. Większość po rosyjsku. Do uwiecznienia na piśmie się nie nadają.

Ciągniemy tak prawie do świtu. Aż dopatrzymy się w przydrożnym mroku kiwonów pompujących ropę naftową, nieomylny znak kaspijskiej prosperity. Zasypiamy przy cmentarzyku muzułmańskim przeklinając Kazachstan i zgrzytając piaskiem w zębach.

 

24 sierpnia 2013, przed Aktobe

stan licznika: 16 452 km

I znów pomarańczowy wschód słońca. I znów rankiem (raczej przedpołudniem) pakujemy graty i żegnamy się łzawo. I znów rozjeżdżamy się, każdy w „swoją stronę”. I znów przez kilkadziesiąt kilometrów mamy odrobinę kontaktu dzięki CB-radiu. I znów bezkres stepu (podśpiewujemy: …w stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz!) rozsypuje nas w kazachskiej przestrzeni. Nie chce się ten Kazachstan skończyć… Kolejne cele są nad wyraz umowne. Zwykle to ledwie punkt na mapie. W tutejszej rzeczywistości trudno przewidzieć czy to miasteczko z wielkomiejskim zadęciem, czy może mała zapyziała wioska. Może to być zapomniany przystanek kolejowy zbudowany przed rewolucją, a może też być bazar, który urodził się kilka lat temu. Może to być zrujnowana budowa jakiejś socjalistycznej aberracji, ale może też być nowoczesny ciąg salonów samochodowych. Może być wielki meczet, albo tylko cmentarzyk świadczący o tym, że kiedyś (z wyboru lub z zesłania) mieszkali tu ludzie, a dziś został tylko… stepowy wiatr.

Na przykład Bajkonur! Brzmi kosmicznie i epicko. Hermaszewskiemu się podobało, może więc spodoba się i nam? Kiedyś duma Kraju Rad i prawie całego socjalistycznego „obozu”. Potem kłopotliwy terytorialnie (lub, jak kto woli, eksterytorialnie) spadek po moskiewskiej ekspansji kontynentalnej i kosmicznej. Wreszcie od paru lat całkiem opłacalna dzierżawa, jakiej Kazachstan udzielił Rosji. Co tam się dzisiaj wzbija w górę, niewielu ma pojęcie. Plotka stugębna – o czym już kiedyś wspominałem – wie lepiej. Gdy tylko na nocnym niebie błyśnie coś gwiezdnego, gdy tylko na dziennym horyzoncie pojawi się grzybek dymu, gdy zepsuje się pogoda, albo kury przestaną nieść jaja… wiadomo, w Bajkonurze cos rypnęło.

Wycieczki dla turystów bajkonurskich istnieją, owszem, ale załatwia się je w Moskwie, dolatują na miejsce samolotem, trwają dwa dni i kosztują więcej niż nasza dwumiesięczna włóczęga. Więc skromnie… nikogo o zgodę nie pytamy, zjeżdżamy z głównej drogi i stepem zbliżamy się do zabudowań administracyjnych (ale architektonicznie kosmicznych) Bajkonuru. Restrykcji i ewentualnej deportacji się nie obawiamy, bo i tak musi przebiegać trasą, którą już sobie do granicy wytyczyliśmy. Dwa kolejne samochody naszego konwoju doganiają nas, nawoływane przez CB-radio. Pstrykamy (z ponad kilometra) kilka pamiątkowych fot i… zwijamy się prędzej od wiatru. Nikt się nami nie zainteresował czyli pewnie niewiele kosmicznego się w tym Bajkonurze dzieje.

Kolejnych pięćset kilometrów i Aralsk. Inny przerażający punkt na mapie. Morze, które wyschło… W zaschniętym błocie resztki aralskiej floty. Atrakcja wątpliwa, ale turystów czasami przyciąga, skoro w miasteczku powstały już agencje turystyczne i sklepy z pamiątkami… Turystyka klęski gospodarczej i ekologicznej.

W minorowym nastroju zostawiamy kolegów (i jedna koleżankę), którym w Aralsku się podoba. Znów ściskamy się w biedrach i w chrapy całujemy i w dwa auta decydujemy się na jazdę nocną. Byle dalej od traum kazachskiej historii i współczesności. Daleko jednak nie ujechaliśmy – awaria świateł w „panatadkowej” toyocie zatrzymuje nas w nocnej pustce. Rozkładamy obóz w stepie i przeklinamy wszystkich samochodowych elektryków świata, gdyż awaria świateł pechowego pojazdu uziemia nas już trzeci raz w ciągu tygodnia.

 

23 sierpnia 2013, Qizilorda

stan licznika: 15 677 km

Wygląda na to, że ostatecznie pożegnaliśmy góry, doliny, płaskowyże i przewyższenia. Że nie będziemy już się mozolnie wspinać autami po niekończących się podjazdach i serpentynach. Że nie będziemy już nonszalancko frunąć w dół. Z górami żegnaliśmy się symbolicznie. Wpierw Himalaje schowały się w chmurach. Potem Karakorum nas zlekceważyły. Następnie w chińskiej mgle (właściwie w pyle znad pustyni Takla Makan) zniknęły Góry Niebiańskie czyli Tien Szan. Pamir też nie był nam życzliwy, mrugnął do nas kpiąco i został na południu. Wróciliśmy więc w zachodni Tien Szan. Dzisiaj pomachaliśmy ostatnim pasmom Niebiańskich. Spadliśmy poniżej 1000m npm i raczej tam już pozostaniemy.

Cały dzień jedziemy przez… wielkie nic. Czyli przez kazachski step, którego nigdy wystarczająco nie nawodni Syr-Daria, w którą zamienił się Naryń. Step jest pojęciem mylącym, w wydaniu kazachskim tylko czasem jest nieskończoną równiną pokrytą rachityczną trawą i ziołowymi krzewinkami. Najczęściej tzw. stepowienie i erozja, duże różnice temperatur w ciągu doby lub w trakcie kolejnych pór roku zamieniają twardą, spękaną powierzchnię w miękką, częściowo lotną warstwę pudru. Deszcze zamieniają ów „puder” w twardy beton, a wiatr wzbija chmury pyłu, które zniechęcą każdego wędrowca. Każdy krok wzbudza kolejne „zasłony dymne”. Każdy obrót koła zostawia za nami obłok, który zniknie długo po umilknięciu silnika. Nasze auta również wewnątrz pokryte są uprzykrzającym życie talkiem. Trudno więc nazwać naszą jazdę komfortową.

Na stepie też nie najlepiej udają się drogi. Grunt jest mało stabilny. Deszcze powodują z miejsca powodzie i podtopienia, a mróz niszczy każdą człowieczą innowację. Porządne drogi w Kazachstanie dopiero zaczęły powstawać, a jeżeli gdzieś się je buduje, to póki co przez plac budowy też jeździ się fatalnie. Może za kilka lat to się zmieni, na razie męczymy się w stepie.

Zresztą nawet gdyby beton i asfalt odniosły zwycięstwo nad stepem, to też głównie po to by zadziwić nas stadkiem wielbłądów lub krów, z którymi „kontakt” po zmroku jest dla każdego kierowcy zmartwieniem i może przynieść sporo szkód. Nam się ciągle udaje, ale czasami oglądamy tragiczne skutki takich nieplanowanych spotkań.

Step ma też taka cechę, że nie chce się skończyć. Nawet jeżeli czasem nawodnienie pozwoli na więcej „świadomego rolnictwa”, albo chociaż efektywniejszego pasterstwa, to nadal pola i pastwiska zabijają podróżnego monotonią. Nawet malownicze cmentarze muzułmańskie z czasem wszystkie wyglądają tak samo.

Nomadów nie widać praktycznie wcale (kazachscy przetrwali w północno-zachodnich Chinach!), radzieckie uproszczenia cywilizacyjne wepchnęły ich do kołchozowych wsi lub betonowych miast. Nowa, już niepodległa kazachska emblematyka (bramy wjazdowe, pomniki bohaterów już nie internacjonalistycznych, budowane od początku meczety) zmienia to minimalnie, albo tylko wzmacnia wrażenie wyobcowania kulturowego w jakim żyją tutejsi.

A my… ponownie, choć jedziemy osobno (każdy swoim tempem i trasą), wieczorem znów się odnajdujemy! I znów gdzieś w stepie posiedzimy  przy ognisku (jakieś badyle są nawet tutaj), znów pogapimy się w gwiazdy i porozpamiętujemy nasze cygańskie z wyboru życie. Tym razem po świt „dokładamy do ognia” w 5 załóg, ale podobno szósta nas goni…

 

 

22 sierpnia 2013, Taraz

stan licznika: 15 122 km

Jak to z tym ogniskiem było? Ano… jak łatwo się domyślić, na większości naszego szlaku drzew jest jak na lekarstwo. Ogniska więc zwykle improwizujemy przy pomocy opału kupowanego od tubylców lub zbieramy jakieś rachityczne badyle. Nad Karakołem oczywiście drzew nie ma wcale, a i tubylców żyje niewielu. Tymczasem spotkało nas szczęście niebywałe – szukając miejsca na górski nadjeziorny biwak wpierw znaleźliśmy w rowie sędziwy słup prawdopodobnie telegraficzny. Ponieważ Bohdan ma w swoim aucie wszystko (i poczynając od żony w pierwszorzędnym gatunku!), miał też spalinową piłę. Starczyło więc drewna do rana, a i na jutro ciut zostało. Na ruszcie dzielnie się sprawowała baranina.

Radość była niezmierna (no i urodziny Prezesa nadal trwały) więc przy wschodzie słońca odbyły się ożywcze kąpiele, a na ognisku warzyło się śniadanie. Woda w górskim jeziorze była zadziwiająco ciepła. Gdy koło południa znów się żegnaliśmy ( bo nie wiadomo czy kiedykolwiek w takim gronie się spotkamy), znalazł nas nad jeziorem właściciel deficytowego drewna, czyli owego telegraficznego słupa. Zawstydzeni zgodziliśmy się, że był to prawdopodobnie najdroższy słup w całej Kirgizji. I pojechaliśmy dalej… Część w stronę Biszkeku, część w stronę Kazachstanu.

Znów przyszło się wspinać na ponad trzytysięczne przełęcze Tien Szanu. Znów wśród wędrownych pasterzy owiec i koni. Znów w przydrożnych jurtach pożywialiśmy się mantami z baraniną i rosołem z tegoż samego baranka. Znów najłatwiej osiągalnym napojem był kumys. Znów było wietrznie i chłodno. Znów asfalt (gdy był) przypominał sito lub częściej (gdy go nie było) popuszczaliśmy wodze naszym offroadowym pojazdom. Znów ku uciesze i zarobkowi mechaników w następnych krajach. Nie ma bowiem rzeczy w samochodzie, której nie wykończy fatalna droga.

Do Taraz w Kazachstanie dotarliśmy „ćmokiem”, gdyż na przejściu granicznym bawiono się z nami długo, samochody nawet prześwietlono przy pomocy promieni alfa, gamma i coś tam jeszcze. Ale nie przeszkodziło to nam się odnaleźć w gronie tym razem 4 samochodów. Tradycyjnie kontynuowaliśmy urodziny Prezesa. Bez ogniska, bo w hotelach palić ognisk nie pozwalają. Nawet w krainie mitycznego Borata.

Sam Taraz zapamiętamy jako kolejne dziwo tworzone przez wiernych urzędników prezydenta Nazarbajewa. Czyli jako nieprzystające do siebie mocno podupadłe blokowiska z komunistycznych czasów oraz neony, fontanny, pomniki i gmachy „użyteczności publicznej”, które nie są ani użyteczne, ani publiczne, gdyż zaspokajają głównie ambicje lokalnych kacyków. Taraz jest jednak przynajmniej solidnie zamiecione. Więc gdy ktoś po ciemku (wśród blokowisk jest zawsze ciemno) wpadnie do rynsztoka, który ma głębokość rowu przeciwczołgowego, łatwo go tam odnaleźć.

 

21 sierpnia 2013, Karakol Lake

stan licznika: 14 702 km

Hm… że podróż zbliża się do finału, poznaję zwykle po ilości zrobionych zdjęć oraz kwocie wydanych pieniędzy. Wydatki są coraz mniejsze, bo i portfel coraz chudszy. A aparatem pstrykam góra kilkanaście razy w ciągu dnia, choć wcześniej bywało, że zdjęć robiłem dziennie setki. Zresztą i tak pogoda niełaskawa… Dobrze że  chociaż rano coś tam się na bazarze w Osz utrwaliło.

Tymczasem już wczoraj zaczął się czas pożegnań. Z Chin wyjechaliśmy 11-pojazdowym konwojem. Zgodnie z przewidywaniami na pierwszych 200 kilometrach „wyparowały” trzy załogi. A w Sari-tash padliśmy sobie w ramiona z rodziną Rufinkiewiczów. Odbijali na południe w stronę Tadżykistanu. A kosmiczna to rodzinka! Nie dość, że w przeciętnych rozmiarach pojazdu potrafią się spakować i zmieścić w… sześć osób, to jeszcze nasze wspólne peregrynacje azjatyckie są zaledwie początkiem ich podróży DOOKOŁA ŚWIATA! Teraz pokręcą się jeszcze po Azji, a zanim spadną śniegi wyprawią samochód statkiem z Japonii do Chile. I pojadą dalej! Będziemy trzymać kciuki. W Polsce spotkamy się za ponad rok.

My tymczasem w 7 pojazdów dotarliśmy do Osz. Trzy tysiące metrów niżej niż ostatnio przywykliśmy. Okoliczność była podniosła, gdyż w takim właśnie gronie rozpoczęliśmy obchody urodzin Prezesa. Nieważne które, nieważne, że niedokładnie dzisiaj wypadają, ważne, że w takim gronie już się pewnie na dalszym szlaku nie zobaczymy. Szaszłykom wiec nie było końca i prawdopodobnie zjedliśmy co najmniej jednego barana. W knajpie, która kiedyś uchodziła w Osz za najlepszy lokal uzbecki w mieście. Karmią nadal świetnie, ale uzbecko jest jakby mniej. Osz – jak cała Kirgizja – nie jest jednolite narodowościowo, mieszka tu sporo różnych nacji. Dzięki temu bazar w Osz uchodzi za najbardziej malowniczy w promieniu kilkuset kilometrów. Ale też co jakiś czas dochodzi tu do poważnych napięć i konfliktów. Trzy lata temu spłonęło w trakcie rozruchów sporo domów i spora część bazaru. Tysiące Uzbeków wyemigrowało lub zostało po prostu wygnanych. Smutna spuścizna po czasach, gdy sekretarze partii dowolnie wyznaczali granice republik, których niepodległego bytu nie brali pod uwagę. A dziś granice te muszą coraz bardziej dzielić, choć bywają bardzo umowne. Szczególnie że tutejsze ludy pasterskie wolność (również przemieszczania się) mają we krwi.

Więc już dzisiaj jechaliśmy w podgrupach malowniczym pograniczem Kirgistanu i Uzbekistanu. Na kilka godzin zrobiło się bardziej zielono niż na całej naszej trasie. Pola (nawadniane kanałami wód z gór Tien Szan i Pamir) zastąpiły pastwiska, melony i arbuzy stały się dwa razy większe niż u sąsiadów. Jechaliśmy w stronę jeziora Karakoł, o którym Ryszard Kapuściński pisał przed pół wiekiem, że „jego piękno jest nie do opisania”. Dziesiątki kilometrów serpentyn wzdłuż sztucznie spiętrzonej rzeki Naryń. Piękno Karakoł było też „nie do sfotografowania”, bo marudziliśmy w Osz tak skutecznie, że do jeziora dotarliśmy praktycznie po ciemku.

I stał się cud! Widać tak przywykliśmy do grupowego działania, że mimo porannych pożegnań, nad Karakołem spotkaliśmy się w 6 załóg. Przy ognisku kontynuowaliśmy zbliżające się milowymi krokami urodziny Prezesa. Przy ognisku specyficznym, ale o tym może jutro, bo muszę dołożyć do ognia…

 

 

20 sierpnia 2013, Osz

stan licznika: 14 242 km

Ponieważ lało cały dzień, nie zrobiłem żadnego sensownego zdjęcia. Wielka szkoda, bo na zachód od Kaszgaru malowniczość gór przekracza wszelkie wyobrażenie. Wszystkie kolory kakao! Z mlekiem, śmietanką, albo bez. Toczone erozją skały i piargi przybierają fantastyczne kształty, których Salwador Dali by się nie powstydził. Ale co z tego? Skoro leje…

Ponieważ jesteśmy w Chinach, niczego nie można być pewnym do końca… Wczoraj umówiliśmy się z przewodnikiem, że startujemy o 10.00, a o 12.00 wspinamy się pod Łuk Shiptona (najwyższy na świecie!). Koło 16.00 przekraczamy granicę Kirgizji. Tymczasem o 9.00 przewodnik nas pogonił do aut, bo odprawa celna możliwa jest do 13.30. Rzekomo… Więc Łuk Shiptona został za naszymi plecami, a my w deszczu i błocie (bo droga oczywiście w przebudowie) potoczyliśmy się w stronę inaczej życzliwej turystom Kirgizji. Zamiast więc opowiadać o wątpliwych przyjemnościach związanych z odprawą na chińskiej granicy (oczywiście owa 13.30 była bujdą na resorach), wolę wrócić do wczorajszej kaczki po pekińsku.

Jest emanacją delikatności i wyrafinowania chińskiej kuchni (w wydaniu stołecznym). A już rozbieranie jej na drobne paseczki przy pomocy tasaka, to maestria godna sybarytów. Na drugim biegunie doświadczeń kulinarnym tej podróży umieszczam piekło kuchni syczuańskiej. Nie ma pojęcia o pikantności, kto „Syczuanu” w wersji oryginalnej nie spróbował. Jednak pod „piekłem” schowana jest istna paleta wszystkich smaków świata. Kuchnia Chińska to sztuka robienia potraw z… niczego. Zdarzało nam się, że z braku wspólnych języków, zamiast dialogować z kelnerką, szliśmy po prostu do kuchni i palcem pokazywaliśmy kucharzowi co chcemy. A bywało, że w kuchni (czasem paskudnej, brudnej kanciapie) miał trochę zieleniny, przypraw i kurze łapki. I potrafił zrobić z tego kilka dań. Świetnych!

Kuchnia tybetańska była bardziej ciekawostką niż kulinarnym przeżyciem. Popróbowaliśmy jaka w kilku postaciach. Smakowało mało skomplikowanie. Do herbaty z jaczym masłem też się nie przekonaliśmy. Również w Ujgurii – choć uwielbiam baraninę w każdej postaci – mimo że „baranieliśmy” uparcie, nadziwić się nie mogłem, że przez tyle setek lat sąsiedztwa z Chinami, nie nauczyli się używać w kuchni przypraw. Praktycznie traktują potrawy wyłącznie solą! Jak na mój gust, szkoda. Jednak szaszłyk i tak był naszym wielkim przyjacielem. O pieczywie tego powiedzieć nie potrafię, bo 3 godziny po wyjęciu z pieca jest twarde jak kamień.

Pożegnaliśmy Chiny i Ujgurię w prostej (żeby nie powiedzieć: brudnej i odstręczającej) garkuchni dla szoferaków. Dwóch facetów kręciło ręcznie makaron, wyglądało to jak skakanie ze skakanką. Dwóch następnych gotowało makaron w kotle i jakąś formę mięsnej i w drugiej wersji bezmięsnej potrawki. Nakładali całość na talerze palcami. Kobiety myły naczynia w kotle z niezmienianą od kilku dni wodą. A było… pysznie! Łapczywie siorbaliśmy z talerza resztki sosu. Ciągniony makaron był aldente. Bomba! Czyli jednak można.

Więc w ostatniej chwili… wcale nie chciało się wyjeżdżać.

 

19 sierpnia 2013, Kaszgar

stan licznika: 13 787 km

Do Kaszgaru mieliśmy całkiem blisko, ale jechaliśmy powoli. Końcówka naszych chińskich peregrynacji…

Niby to nie Chiny tylko Xinjiang. Niby. Ale dominacja chińskiej kultury w każdym wymiarze wręcz paraliżuje. Wyobraźcie sobie ujgurską wioskę, którą w 2-3 lata zmienia się w chińskie na wskroś miasto. Niepotrzebnie szerokie ulice. Dziesiątki niezasiedlonych bloków mieszkaniowych. Megalomańskie budynki administracji i służb już miejskich… A środkiem miejskiej ulicy popycha Ujgur osiołkiem. Aleja z wielkimi lampami ulicznymi. Na każdym słupie flaga państwowa z gwiazdą komunistyczną i czterema gwiazdkami poświęconymi gwiazdom komunistycznej chińskiej historii. I obok bliźniacze plansze z tajemniczym napisem „krzaczkami”. Przetłumaczyłem z pomocą miejscowych wykształconych w mandaryńskim tubylców: „Miejsce na Twoja reklamę”.

I co ma z tego pojąć ujgurski rolnik z osiołkiem?

Poszukiwaliśmy egzotyki, orientu, Azji w najmocniejszym wymiarze. Znaleźliśmy. Ale czy przyszło nam do głowy, że to my sami będziemy egzotyczną atrakcją? A byliśmy! Na każdym kroku to nas i nasze pojazdy fotografowano. Czasem nachalnie. Wykazywaliśmy się poczuciem humoru i pozowaliśmy grzecznie. Widać tacy ładni jesteśmy…

Turystów zagranicznych raczej się w Chinach lekceważy. Napisów w łacińskim alfabecie prawie nie ma. Szczególnie tam gdzie są najbardziej potrzebne. Mimo, że kręcimy się w okolicy dość długo, ciągle nie wiem… jak trafić do męskiej toalety.

Jednak w Kaszgarze, który był przed tysiącem lat i jest dzisiaj bramą do Chin Wschodnich, poczuliśmy się, jak u starych znajomych. Tyle że w hotelu, w restauracji… Turystyczny los.

Chiny żegnają nas kolejną ulewą. My żegnamy się nie kuchnia ujgurską, ale zdecydowanie chińską pod postacią kaczki po pekińsku. Ale o kulinariach (fascynujących!)może jutro. Bo mi wszystko zjedzą!

 

18 sierpnia 2013, Pustynia Takla Makan

stan licznika: 13 556km

Miało być gorąco. Było. Piasek na pustyni był rozgrzany do poziomu przekraczającego tolerancję naszych stóp. Nawet w japonkach trudno było przejść więcej niż kilkadziesiąt metrów.

Miało być piaskowo. Było. Po paru godzinach piasek mieliśmy nie tylko w kieszeniach i za kołnierzem. Chrzęścił też w zębach. Zawiał nam namioty i samochody.

Miał być pustynny offroad… Nie było! Wbiliśmy się w pustynię odważnie, z animuszem godnym lepszej sprawy. Po przejechaniu mniej niż dwóch kilometrów wydm porośniętych gdzieniegdzie resztkami roślinek, po odkopaniu pierwszych dwóch nieszczęśników, którzy w piasku utknęli, po spuszczeniu powietrza z kół do pożądanego na piachu poziomu… zrobiliśmy postój.

Wtedy dogoniła nas policja. Wpierw gonili nas autem. Potem piechotą. Jak nas wykryli, nie mam pojęcia. Przez satelitę?! Ale papiery mieliśmy w porządku wiec skończyło się na grzecznym dialogu. Kto, skąd, po co? I podrałowali przez piach w swoja stronę. Widać w pobliżu nie ma ani kiwonów do ciągnięcia ropy naftowej, ani instalacji wydobywających gaz ziemny. W końcu wiadomo na czym Takla Makan stoi…

Ale zapał w nas osłabł, a kobiety i dzieci już się w „piaskownicy” rozgościły. Męska część konwoju postawiła na piwo. I szczęśliwi jak dzieci… postanowiliśmy nie robić już nic więcej! Przez cały Boży dzień leniuchowaliśmy!

A słońce zrobiło nam jeszcze większą niespodziankę. Wpierw zniknęło w pustynnym pyle, który nad Takla Makanem dominuje. Potem zrobiło się jakby mniej gorąco. Do spania kładłem się na ciepłym piasku. Dobrze że w goreteksowym pokrowcu. Gdyż… w nocy spadł całkiem solidny deszcz. Na pustyni!

Ale relaks w piaskownicy przydał się wszystkim.

 

17 sierpnia 2013, Pustynia Takla Makan

stan licznika: 13 489 km

Kolejny dzień wysokogórskich kilometrów. Tym razem przez Pamir. Znów pokonujemy przełęcze, na których w nocy mróz się sroży. Drogi w Ujgurii są niestety mniej zadbane niż w Tybecie. Serpentyny wśród osypujących się kamienisk i piargów po każdym deszczu nadają się… do budowy od początku. Niby też oswoiliśmy się ze specyfiką tutejszych obyczajów drogowych, ale bywa, że jeden złośliwy kierowca ciężarówki potrafi nas zablokować na dłużej. A nasze klaksony nie zawsze wystarczą, bo ich siła argumentu jest mizerna. Po prostu rację ma większy … W jednym przypadku doszło nawet do próby sił, a wymienialiśmy nie tylko argumenty ustne. Nerwy też już mamy zszargane, a walczymy o to by po prostu przeżyć i w zdrowiu do domu wrócić. Jednak im bliżej Kaszgaru, tym i humory mamy lepsze.

Gór mamy już powyżej uszu. Cieszą nas nie tylko spotykane zwierzątka na pastwiskach i na palenisku grilla. Wreszcie ktoś się do nas uśmiecha! Ujgurzy (a także inne mniejszości Xinjiangu – Tadżycy, Kirgizi, Kazachowie) są wiele bardziej żywiołowi i towarzyscy niż Tybetańczycy. Ci ostatni są wprawdzie ciekawscy, czasem nawet uciążliwie, natomiast Ujgurzy bardziej skłonni nie tylko do wymiany finansowo-towarowej, ale i do żertów, dialogu. Z Chińczykami ich nie porównujemy, bo byłby to temat na zbyt poważne rozważania o relacjach i współzależnościach między zwaśnionymi stronami.

Zjeżdżając z gór w stronę mitycznego Takla Makanu zagłębiamy się w świat bazarowego gwaru i zamieszania. Ludzie i zwierzęta (wielbłądy, owce, konie i osły) blokują drogę, a masa motorowerów i różnych trzykołowców przepycha się tym tłoku. Jak i my. Tyle że my jesteśmy intruzami, jednak nawet kakofonia klaksonów brzmi nam życzliwie. Wszyscy dookoła gdzieś się spieszą, wszyscy czymś handlują. Podnóże gór jest zaopatrywane w wodę systemem kanałów więc wioska styka się z wioską, a bazar z bazarem. Nie ma nieużytków, każdy skrawek pola jest uprawiany, każdy kanalik obsadzony wszechobecna topolą. Wreszcie nie skarżymy się na pustki i bezludzie. Jedziemy wśród pól melonów, kukurydzy oraz kwiatów zwanych u nas babką, a tutaj źródłem dobrobytu, bo kwiat ów służy… masowej produkcji fałszywego szafranu.

Naszym celem jest Pustynia Takla Makan. Chcemy wreszcie się… spocić i pobawić w maleńki offroad pustynny. Ponieważ droga przez zatłoczone wioski nas spowolniła, do pustyni docieramy po zmroku. Liderzy konwoju szukając pustyni wyznaczyli na mapie GPS jako cel… jezioro. I tak dotarliśmy do największej piaskownicy świata, gdzie utknęliśmy po ćmoku nad kanałem. Zamiast więc buksować w piasku, umyliśmy podwozia w błocie. Piaskowe zabawy odkładamy do jutra.

 

16 sierpnia 2013, Mazar

stan licznika: 13 211 km

Drogę przez Ladakh - z powodu perturbacji wysokościowych, które przestraszyły niektórych z nas, gdy jechaliśmy tędy poprzednio – zaplanowaliśmy starannie. Przygotowaliśmy nawet zapas kilku godzin na mozolne kontrole policyjne i wojskowe. Na każdym poście musieliśmy zbierać się w konwój (co nie jest łatwe w gronie zatwardziałych indywidualistów), nasz przewodnik bawił się plikiem papierów i opieczętowanych zezwoleń, a kontrolujący cierpliwie przyglądali się naszym paszportom i wnętrzom naszych pojazdów.

Pomijając kilkudziesięciokilometrowe płaskowyże, cała dzisiejsza trasa polegała na mozolnym wspinaniu się na przełęcze przewyższające 5000m npm, a potem na zjazdach półtora tysiąca w dół. Pokonywanie takich gór, to przyjemność i emocje dla kierowców. Pasażer może tylko… zapierać się nogami o podłogę i rękami o sufit. Wrażliwsi zamykają też oczy. Szosa Xinjiang-Tibet Highway jest wprawdzie utrzymana przyzwoicie jak na wysokogórskie warunki, ale jej „przejezdność” dopasowana jest do wymagań wojskowych pojazdów stacjonujących tu jednostek, a nie turystyki. Dziury, podmycia, osuwiska i niekończące się objazdy wądołami. Mało tego, spotkania z wojskowymi konwojami do przyjemnych też nie należą, bo ogólnie wiadomo, że mundur daje kierowcom przewagę nad cywilami… Chwilami musieliśmy nie tyle ustępować domniemanego pierwszeństwa, co uciekać na pobocze. A gdy nie było pobocza, uciekać gdziekolwiek.

Armia chińska w Ladakhu wyraźnie stara się robić wrażenie ciągłej aktywności. Nikt tu defilad nie robi i piosenek nie śpiewa. Wszystkie spotykane formacje były w trakcie intensywnych manewrów. Na niebotycznych wysokościach demonstracja taka ma jednak charakter wybitnie pozorowany i pewnie ma dawać zajęcie satelitom szpiegowskim indyjskiej strony.

Po co cała ta zabawa? Ano, nic dzieje się bez przyczyny. Ladakh jest jedną wielką Tablica Mendelejewa, a Chińczycy (specjaliści w kolekcjonowaniu pierwiastków rzadkich), choć eksploatacji tu jeszcze nie prowadzą, bo każda próba wywołuje protesty Indii w ONZ, to wolą mieć kontrolę nad zasobami. Indie z oczywistych względów nie są na liście przyjaciół strategicznych Chin w tym gospodarczym hobby.

Przed wieczorem przekroczyliśmy granicę Ujgurii. Już po nocy zjechaliśmy z ostatniej przełęczy na niewiele ponad 3000m npm. Dawno nie byliśmy tak nisko! Uczciliśmy okazję ogniskiem. Tym bardziej, że zniżyliśmy się do poziomu, na którym czasami coś drewnianego istnieje. Kolacja była konserwowa, ale czujemy, że rozstanie z potwornie ostrą kuchnią syczuańską dominującą w Tybecie jest ostateczne. Rozglądamy się za baraniną…

 

15 sierpnia 2013, nad Jeziorem Pang-gong

stan licznika: 12 670 km

Podróżowanie trasą już wcześniej przejechaną skłania do refleksji. Zwykle droga wydaje się krótsza. Ale zaskakuje też obrazami przegapionymi lub „zostawionymi” we wstecznym lusterku. W dodatku nieżyczliwość pogody spowodowała, że koncentrujemy się na bliskich planach – Himalaje, a pod wieczór Karakorum, skryły się w chmurach.

Obudziliśmy się dokładnie na granicy chmur. To co w nocy wydawało nam się deszczykiem, o świcie okazało się tuż nad naszymi głowami… śniegiem. Gdy obłoki podniosły się odrobinę, zobaczyliśmy pokryte świeżym śniegiem wzgórza. Więc nikt się nie lenił, spakowaliśmy się błyskawicznie i pognaliśmy na zachód. Ponieważ w Chinach wszystko odbywa się z nieznaną w Europie dynamiką, bez zdziwienia przyjęliśmy, że tam gdzie przed 2-3 tygodniami tłukliśmy się terenem, teraz jest już wyasfaltowana szosa.

Tybet fascynuje wysokością, rozległością, bezkresem i bezludnością. Jest też jednostajny, powtarzalny. Zmieniają się jednak odcienie. Ta sama góra lub kotlina, piarg, usypisko, wydma, jezioro w zależności od światła, mienią się intensywnością kolorów lub intensywności brakiem. Czasami 15-minutowy postój wystarczy by doświadczyć porażającej odmiany. Piękna nie trzeba szukać – jest wszędzie dookoła. Czuje je nawet kompletny abnegat estetyczny. Więc przerwy fotograficzne burzyły nasz konwój i rozciągnęły na wielu kilometrach.

Pod wieczór dotarliśmy nad jedno z piękniejszych jezior Tybetu Pang-gong, które ciągnie się aż po Indie. Ponieważ Chińczycy jeszcze nie zdążyli stworzyć tu infrastruktury turystycznej (ale za moment i to zbudują, bo drogę już kończą), biwak rozbiliśmy w miejscu bajkowym. Ogrom jeziora otoczony był nie tylko łańcuchami gór, ale też fantastycznymi formacjami obłoków. Przygotowaliśmy ognisko (drzewo nabyliśmy na mijanej budowie za kilka butelek… piwa), podziwialiśmy zachód słońca i wędrówki chmur… Wtedy Tybet pokazał nam na pożegnanie swą skrywaną potęgę i gniew. Rozpętała się taka wichura, że musieliśmy w trymiga zwijać namioty i łapać fruwający sprzęt turystyczny. Wiatr o dziwo był ciepły, musiały się spotkać wykluczające się fronty atmosferyczne. Całą noc w samochodach czuliśmy się jak w żaglówkach rzucanych szkwałem i sztormem. I takim zapamiętam Tybet – spokojny, rozmodlony, ale gotów do gwałtownych zrywów i nieoczekiwanych szturchnięć.

 

14 sierpnia 2013, pod Mount Kailash

stan licznika: 12 228 km

Wczorajsza trzynastka sierpniowa była pechowa. Dyskusje wokół wyboru powrotnej trasy przez Tybet poróżniła nas znacznie. W sumie to dość dla Polaków typowe. Samochodowo podział wygląda 7:4. A ponieważ od demokracji nikt nic lepszego nie wymyślił (poza chińczykami, bo mają inne standarty), większość decyduje, że nie wbijamy się w góry i drogi szutrowe, ale wracamy Xinjiang-Tibet Highway. Chcemy nadrobić trochę czasu i skręcić jeszcze w stronę Pustyni Takla Makan. A’propos demokracji, chińscy „opiekunowie” widząc polską awanturę tyczącą trasy… uprościli sobie zadanie i… zabrali nam paszporty. Dyskusja stała się więc jeszcze gorętsza. Problem w tym, że nasi przewodnicy napatrzyli się już naszych indywidualizmów podróżniczych i boją się, żebyśmy się nie rozproszyli, gdyż na wojskowych i policyjnych postach (zwykle co sto kilometrów) musimy meldować się w jedenastopojazdowym komplecie.

Ponieważ nie jestem ani zwolennikiem demokracji, ani typowego dla Polaków pustego gardłowania, zająłem się fotografowaniem dzieci tybetańskich. Jest to zadanie o tyle przyjemne, że dzieci przed aparatem foto nie kłamią. Są naturalne, nikogo nie udają. Zwykle na widok egzotycznego turysty i fotoaparatu uśmiechają się promiennie. I pozują bardzo chętnie.

Z kolei jak w każdym biednym kraju, dzieci szybko nauczyły się „żerowania” na przejezdnych. Machają do nas zawzięcie. Zatrzymują w swoich wioseczkach. I… okazuje się, że znają już dwa angielskie słowa: halo i many… Zdarzyło się też nam dwa razy, że gdy nie zahamowaliśmy przy pozdrawiających dzieciach, oberwaliśmy od nich kamieniem. Nie wiem, czy rodzice wiedzą, jak ich pociechy spędzają czas przy drodze, ale wiem, że państwo nie ma o tym pojęcia. W każdej mijanej wiosce jest (oczywiście idiotycznie przy samej szosie) nowiutki plac zabaw z solidną instalacją „gimnastyczną”. W skali całych Chin to pewnie setki tysięcy placów zabaw! Niech się Tusk z „orlikami” schowa. Jednak o ile na „orlikach” w piłkę się grywa, o tyle w chińskich solidnych ogródkach ćwiczeń nie widziałem w ciągu ponad dwóch tygodni nikogo…

Dzisiejsza trasa pozbawiona emocji, bo ciągniemy własnym śladem. Biwakujemy pod  Świętą Mt. Kailash. Znów po zmroku w pośpiechu ubieraliśmy się na cebulę, we wszystko co posiadamy. Mimo rozrzedzonego powietrza, udaje się rozpalić grilla i na kolację mamy steki z jaka. Twardawe, ale okoliczności miejsca powodują, że smakują doskonale. Potrzeba życia towarzyskiego kazała z kolei po raz kolejny pobić rekord pojemności trzyosobowego namiotu Pawła – gdy zaczęło padać, zmieściliśmy się w środku w osób dziewięć. Z krzesełkami!

A padało całą noc… Deszcz na przemian ze śniegiem i drobinkami lodu. Gdy wstaniemy rano, okaże się, że biwakowaliśmy na granicy śniegu. Jesteśmy na 4600m npm i dotykamy głowami chmur. Fantastyczne uczucie!

 

13 sierpnia 2013, nad Brahmaputrą

stan licznika: 11 799 km

Więc znów zagłębiamy się w doliny lub wspinamy na przełęcze. Już traktujemy podnóże Dachu Świata jako mniej egzotyczne.  Nawet więc gdy przychodzi nam szukać noclegu nad świętą Brahmaputrą, nie czujemy wyjątkowości miejsca, ot troche trawy i miejsca pod 11 pojazdów polskich włóczęgów. Widać oswoiliśmy się. Czas więc na trochę refleksji ogólniejszych. Tym bardziej że kilometry nawijamy powoli.

Tybet jest bezdrzewny, bezkrzewny, beztrawny, bezludny. Z rzadka trafia się górska kotlina, w której jest odrobina zieleni i można wypasać bydło. Przeważa jak lub hodowla krzyżówki jaka i pospolitej krowy. Wygląda toto jak… jak, który został hipisem. Nie dosyć, że włosie jego sięga do ziemi, to z racji krzyżówki jest owo zwierzę różnobarwne. Przydatne jest nadzwyczajnie. Może być toto siłą pociągową. Dostarczycielem mleka też więc i śmietany i osobliwie pachnącego masła (niesmaczne, szczególnie w herbacie), za to mięso ma smaczne (co z satysfakcją sprawdziłem w postaci własnoręcznie zamarynowanych steków), a w dodatku potrawy z jaka przygotowuje się na piecykach, które opalane są wysuszonymi odchodami jaka. Jakowe masło przydaje się przede wszystkim jako paliwo w modlitewnych lampkach buddystów. A jakowy ogon świetnie służy jako wiecheć do odganiania much. Nawet po śmierci jaka rogi z fragmentem czaszki traktowane są jako obiekt modlitewnych inskrypcji. Pośmiertne kawałki jaka sprzedaje się też w postaci różnych religijnych lub po prostu turystycznych symboli i pamiątek. Do czego przydaje się wełna jaka, można się domyślić, ze skóry też zapewne coś robią. W dodatku jaki są wesołkowate i biegają jak Struś Pędziwiatr. Organizuje się nawet odświętnie wyścigi na jakach. Ostatnim istotnym sposobem wykorzystania jaka, jest jego atrakcyjność fotograficzna. Cwany Tybetańczyk stroi jaka jak na wesele (jakowe lub swoje), a następnie żąda od turysty opłaty za pstryknięcie. Chcesz mieć jaka na focie, płacisz…

Czasami spotykamy również stadka kóz i owiec, ale one chyba aż takiego pożytku jak jaki Tybetańczykom nie niosą. Mają też w Tybecie koniki niewielkie. Wystarczają do zaprzęgu maleńkich wozików na rowerowych kołach. Wygląda to jak zabawka dziecięca, ale o dziwo cała rodzina z dobytkiem się tam mieści. Tybetańskie koniki dobrze się też spisują pod wierzch. Pewnie dlatego bez wyjątku wszyscy Tybetańczycy płci męskiej nakrywają głowę klasycznym kowbojskim kapeluszem.

Osobliwością zwierzęcą Tybetu są też tutejsze owczarki. Wielkie, czarne bydlęta. Kiedyś pasterskie, dziś w zasadzie zbędne. I nie tak piękne i sławne, jak w czasach Indiany Jonesa. Po zajęciu Tybetu przez Chiny w 1950 roku, rasa ta (psów, nie Harrisonów Fordów)– zdaniem Tybetańczyków – mocno podupadła, zbrązowiała i spsiała. Bezpańskich psów błąka się wiec nieprawdopodobne mnóstwo. I z nich akurat  pożytku nie ma kompletnie żadnego. W dzień drzemią, a nocami dają koncerty ujadania niezależnie od fazy księżyca.

O zwierzęta hodowlane się dba, a nawet za nie modli. Często jak lub owieczka mają na grzbiecie przyczepione flagi modlitewne. Za psy i koty nie modli się nikt. A największą zabawę dwunożni mają, gdy psu lub kotu przywiążą do ogona sznurek lub worek foliowy. Taka ludowa krotochwila…

 

12 sierpnia 2013, Shigatse

stan licznika: 11 471 km

Półmetek wyprawy. I przetasowania w załogach. Planowaliśmy, że z Lhasy trzy osoby odjadą pociągiem do Pekinu i samolotem do Polski. Jednak trudy podróży i przebywanie na znacznych wysokościach powiększyły grono „dezerterów”. Ostatecznie opuszcza nas 5 osób. Natalia, Michał, Mirek i dwóch Tadeuszy. Żegnamy się serdecznie. Oni zwiedzą jeszcze Wielki Mur i Zakazane Miasto. Nam zostanie połykanie następnych kilkunastu tysięcy kilometrów w drodze tym razem na zachód.

Zostaje nas zatem 26 osób w 11 samochodach. I w takim konwoju opuszczamy Lhasę. Minione trzy dni, miniony ponad miesiąc minęły tak szybko i intensywnie, że dziwnie się czujemy na… tej samej stacji benzynowej, na tym samym odcinku drogi.

Jedziemy ponownie przez zielona kotlinę Lhasy. Znajduje się niżej o tysiąc metrów niż większość tybetańskich dolin górskich. Więc jedziemy przez okolicę, która już świętuje żniwa. Jęczmień, odrobina pszenicy już zżęte. Stoją w grzecznych rzędach snopków. Lecz już po 70 kilometrach wjeżdżamy w rejon, gdzie do żniw jeszcze daleko.

Wracamy do Shigatse, które już znamy. Chyba rozbestwiliśmy się w tej Lhasie bo znów nocujemy w hotelu, który ma więcej gwiazdek niż przyzwoitość nakazuje. Część grupy zmyka na biwak za miasto. Naszemu opiekunowi chińskiemu bardzo się to nie podoba. Twierdzi, że przez nas postarzał się już o 10 lat. Odrobinę racji ma, zdecydowanie jesteśmy zbieraniną indywidualności. Mimo to w „hotelowym” gronie toczymy długie Polaków rozmowy do późnej nocy. I żegnamy się na jakiś czas z dobrodziejstwami cywilizacji. Choćby z czystą łazienką itp.

 

11 sierpnia 2013, Lhasa

stan licznika: 11 179 km

Nasze auta stoją pod hotelem. Używamy ich tylko do ewentualnych wizyt w serwisie samochodowym, by naprawić co tam się zużyło lub w myjni. Po mieście poruszamy się taksówkami lub rikszami. Choć miasto  spore podstawowy kurs kosztuje 5 złotych. I próbujemy odnaleźć przede wszystkim religijną atmosferę Lhasy. Na pierwszy rzut oka buddyści chińscy szanują swych starszych braci w wierze. I choć ubrani współcześnie mocno się różnią od pielgrzymów tybetańskich, to do pielgrzymiego obrządku podchodzą z szacunkiem.

Do Lhasy i jej świątyń pielgrzymują mnisi i mniszki buddyjskie z całego Tybetu. To oczywiste. Pielgrzymują też mnisi z innych prowincji Chin. Nie ubierają się już tradycyjnie, chodzą w adidasach i nie są ortodoksyjni, korzystają z telefonów komórkowych, iphonów, kart bankomatowych, śpią w pięciogwiazdkowych hotelach.

Pielgrzymują tu przede wszystkim wierni. Zamożni samolotami lub sławną podniebną koleją pekińską. Przeciętni autobusami. Najbiedniejsi wędrują pieszo. Często całymi rodzinami. Na wszystkich patrzyłem z sympatią, a i ja chyba im nie przeszkadzałem. Podobnie, w niektórych obrzędach uczestniczą buddyści z zagranicy, z Europy, z Ameryki. Nieliczni, ale są. Dla nich Lhasa też jest centrum świata. Jego początkiem i końcem. Więc pod ścianami Jokhang biją pokłony, szukają natchnienia i inspiracji. Przed głównym wejściem „padają na twarz” głównie Tybetańczycy. W świątyni Sera widziałem znów wiele rodzin z małymi dziećmi. Nie odstraszają ich tłumy i kolejki. Nie gniewają się też na turystów zagranicznych, których kolejki nie dotyczą. Wokół wszystkich świątyń i miejsc kultu krok po kroku ciągną korowody wiernych, by odpowiednią ilość razy miejsce obejść w modlitewnym zapamiętaniu, by zakręcić wszystkimi młynami modlitewnymi po drodze, by „pracował” cały czas młynek osobisty, by złożyć ofiarę w świątyni, by podzielić się jałmużną z biedniejszymi pielgrzymami.

Widziałem też oczywiście, że umiejętnie można wykorzystać religijny nastrój i dobroduszność pielgrzymów. Jak w Częstochowie, w Medjugorie, na szlaku Świętego Jakuba, w Licheniu tak i w Lhasie mnożą się cwaniacy, dla których religijne rytuały i do nich się podłączenie są sposobem na życie. Też zapamiętale mruczą modlitwy, też wycierają bruk całym ciałem i jałmużny się domagają. I bardzo młodzi i całkiem starzy. Powtarzam, jak wszędzie na świecie.

A ponieważ tybetańska tradycja każe się zdobić wszelką biżuterią i kobietom i mężczyznom, ponad połowa miejscowych sklepów (setki jeśli nie tysiące!) handluje właśnie wszelkimi biżuteryjnymi emanacjami ludzkiej słabości i próżności. Na nas też trochę zarobili.

 

10 sierpnia 2013, Lhasa

stan licznika: 11 152 km

No to konfrontujmy naszą wyobraźnię z rzeczywistością współczesnej Lhasy…

Nasza – polskich turystów - Lhasa to z jednej strony pozostawione miejscowym i przybyszom zabytki oraz koncesjonowana prawda o historii miasta i regionu, eksponowana w muzealnej formie. Z ograniczeniami wynikającymi z aktualnej sytuacji społecznej, politycznej. Więc oczywiście zagłębiamy się w uliczki Barkhor i wyobraźnią „naprawiamy” wszystko co współczesny człowiek potrafił tu zepsuć. Bo centralna dzielnica świątynna była też centrum bazarowym. Tymczasem dzisiaj po bazarze zostały tylko wspomnienia, a cała dzielnica żyje z pamiątkarskiej obsługi turystów i w mniejszym zakresie pielgrzymów. Więc staramy się nie widzieć policyjnych kontroli. Więc staramy się nie naprzykrzać tybetańskiemu przewodnikowi, bo może przez nas stracić licencję. Więc grzecznie wspinamy się po schodach Pałacu Dalajlamy, unikając wymawiania jego imienia.

Ale jednocześnie nie możemy udawać, że nie widzimy cywilizacyjnego skoku jaki dokonuje się wokół. Lhasa rozbudowuje się jak wszystkie metropolie w Państwie Środka. Jednak rozbudowuje się tybetańskim kosztem i chińskim pożytkiem. Po prostu rośnie kolejny chiński  olbrzym urbanistyczny. Już w tej chwili szacuje się, że w całym Tybecie, jak w Lhasie Tybetańczycy są mniejszością. Chińczyków Han jest tu już trzykrotnie więcej.

Oczywiście Lhasa służyć ma nie nam i dopasowywać do naszych gustów. O turystycznym (i w części pielgrzymkowym) rozwoju miasta decydują miliony chińskich turystów. Tybet stał się modnym celem wycieczkowym. Tybet jest też dla Chińczyków ambitnym celem turystyki kwalifikowanej i sportu wyczynowego. Dojechanie do Lhasy na rowerze ze wschodu lub zachodu olbrzymiego kraju to duże wyzwanie. Podejmują je tysiące chińskich cyklistów. Zagraniczni zniknęli od czasu, gdy muszą się poruszać w obstawie koncesjonowanego przewodnika. Krótko mówiąc w Lhasie to właśnie Chińczycy odpoczywają, bawią się, zwiedzają, uprawiają sporty, biorą śluby i cieszą się syczuańską, a nie tybetańską kuchnią. Bo z przeludnionego Syczuanu pochodzi 90 procent „nowych Tybetańczyków”.  Lhasa stała się atrakcyjną ofertą od czasu wybudowania najwyżej na świecie funkcjonującej linii kolejowej Pekin-Lhasa. Linii dla turystyki wewnętrznej. Bo turyści zagraniczni są tylko marginesem. Być może zmieni się  to, gdy Chiny ukończą budowę linii kolejowej Lhasa-Katmandu. Wygląda na to (jak w całych Chinach), że zrobią to w ciągu następnego roku.

A wtedy religijna rola Lhasy znów się zmniejszy. I być może o to właśnie chodzi.

 

9 sierpnia 2013, Lhasa

stan licznika: 11 113 km

No i stało się! Wjechaliśmy do Lhasy. Stolicy Tybetu. Centrum Dachu Świata. Miasta Dalajlamów. Miasta marzeń wszystkich włóczęgów. Spełniając i nasze marzenia. Tak daleko. Tak wysoko. Nie bez powodu Konfucjusz po wejściu na górę Tai powiedział: czuję że świat jest znacznie mniejszy!

Do samej Lhasy wjechaliśmy… autostradą, której kilkudziesięciokilometrowy kawałek zbudowano by połączyć miasto z lotniskiem i aby pokazać odrobinę wielkomiejskiego splendoru. Kontrole policyjne były raczej symboliczne. Przynajmniej wobec nas. A i tak „wygłupiliśmy się”. Otóż Lhasa – jak ogólnie wiadomo – jest szczególnie wyczulona na ”podpalaczy”, tymczasem my, z racji preferowanego stylu podróżowania, mamy często na dachach wyprawowych pojazdów dodatkowe kanistry z paliwem. Zdumieni więc byli policjanci stolicy Tybetu, że starczyło nam bezczelności, aby z takim bagażem tu wjeżdżać. Na szczęście skończyło się tylko na opróżnieniu kanistrów czyli przelaniu ich do baków.

Było już późne popołudnie więc na utrwalenie naszego wjazdu pod Pałacem Potala było zbyt późno. A jeszcze straciliśmy masę czasu na załatwienie formalności meldunkowo-hotelowych. Ponieważ tym razem byliśmy mało wyrozumiali wobec chciejstwa i zobowiązań naszego agenta turystycznego, była nawet interwencja policji! Jednak skończyło się na pyskówce i prawie każdy z naszej grupy prawie spał prawie tam gdzie chciał…

Starczyło też czasu na szybki wypad do dzielnicy Barkhor. Malownicze kamieniczki otaczające świątynie Jokhang. Tysiące turystów (oczywiście chińskich), setki pielgrzymów, którzy okrążali świątynie w rytualnym zapamiętaniu. Zapach palonego w kadzielnicach jałowca. Gwar i tłok sklepów i sklepików z turystycznym asortymentem i pielgrzymim ekwipunkiem pamiątkowym.

Z ulgą potraktowaliśmy też dyskrecję policji (rzecz w gorących prowincjach Xinjiang i Tybet wyjątkowa!), mundurowych prawie nie widać. Tajniacy zręcznie zmieszani z tłumem. A ewentualna dwuznaczność centralnej strefy polega na tym, że każdy odwiedzający okolicę Potali lub Jokhang, musi przejść przez kontrolę podobną lotniskowej. Obcokrajowców traktuje się wyrozumiale, chińskich turystów pobieżnie, miejscowym zabiera się zapalniczki.

Ale to – jak mawiał Kipling – już zupełnie inna historia.

Dotarliśmy na kołach pierwszym polskim konwojem samochodowym do Lhasy, stolicy Tybetu! Zostaniemy tu chwilkę ;-)

 

8 sierpnia 2013, nad Jeziorem Namtso

stan licznika: 10 949 km

Chińczycy są też oczywiście (na swoja chińską miarę) romantykami. Widziałem właśnie w tutejszym czasopiśmie turystycznym (1 300 000 000 turystów! Co za potencjał!) zdjęcie pary młodej (ubranej na europejską modłę) nad jeziorem Namtso. Siedzieli na kamiennej biało-czerwonej barierce odgradzającej auta od przepaści… I tyle tej romantyki. W chińskim wydaniu jest to miejsce kiedyś piękne, z jeziorem lub lodowcem w tle. W praktyce w takim miejscu jest już wysypisko śmieci, a całość zdobi toaleta publiczna, a więc kamienne przepierzenie, które zasłania przed oczami postronnych tylko tych… srających w narożniku. W toalecie takiej nie ma żadnych ścianek wewnętrznych, a kilka otworów w betonowej podłodze zachęca do towarzyskiej konwersacji przy wypróżnianiu. Konwersacji oczywiście o pięknych okolicznościach przyrody.

W jednym z takich miejsc (fotografia oddaje urok tła, ale nie utrwala zapachów) wdałem się nawet w przepychankę z miejscowymi (czytaj: Tybetańskimi) naciągaczami, którzy za prawo do fotografii próbują wydębić jakiś pieniądz. Za fotografię jeziora! Ale Chińskim turystom to najwyraźniej nie przeszkadza. Płacą bez szemrania.

Mimo to, wiedzeni instynktem starych po świecie włóczęgów, znaleźliśmy cypel, który odpowiadał naszym z kolei wymaganiom. Wokół lazur jeziora (potężne!), brąz i zieleń gór, a na południowo-zachodnim horyzoncie Himalaje.  Woda ciepła, choć to prawie cztery i pół kilometra nad poziomem morza. Niestety słonawa wiec do kąpieli nie zachęcająca. Zapach ziół oszołamiający. Nawet nasz chiński przewodnik zdziwiony był, że są tu jeszcze niezaśmiecone miejsca.

To nasz ostatni biwak przed celem włóczęgi, Lhasą. Gdybyśmy wiedzieli, że jest tu tak pięknie, zostalibyśmy na dni kilka. Okoliczność uczciliśmy ogniskiem (drewno zdobyte cudem w mijanych wioskach) i toastami oraz grzechów odpuszczeniem, bo jak w każdej grupie konflikty też się drobne zdarzały. Zasypiamy pod gwiazdami, nie mogąc się nadziwić, gdzie to nas zagnało.

 

7 sierpnia 2013, Gyantse

stan licznika: 10 798 km

I znów drobnych trochę kilometrów. Im bliżej celu podróży – Lhasy – tym wolniej się posuwamy. Niektórych nawet to irytuje. W planie podróży - a po Chinach jeździ się według planu, inaczej nie wolno, policyjne posterunki uważnie sprawdzają nasze permity – założyliśmy, że przy takiej ilości aut o przygodę nietrudno. Los był łaskawy. Jedziemy bez większych przygód i awarii.

Kolejny przystanek w Gyantse. Nad miasteczkiem góruje oczywiście buddyjski klasztor i, co rzadsze, wojskowa forteca. Miejsce (forteca) warte szczególnie uwagi. Przyzwyczailiśmy się widzieć Tybet, jako kraj jednego wroga, najeźdźcy. Niesłusznie. W 1903 roku Brytyjczycy, utwierdzeniu w swej wielkości wojnami burskimi, najechali bezbronny Tybet. Królowa Wiktoria i jej urzędnicy chcieli otwarcia Tybetu dla brytyjskich towarów. Nad Chinami panowali handlowo od wojen opiumowych. Tybet nie był skłonny do uległości. Więc wysłano 1000 żołnierzy. Przeciw sobie mieli Tybetańczyków uzbrojonych w modlitwy i kilka strzelb skałkowych. Zginęło kilku brytyjskich żołnierzy, właśnie pod Gyantse. Zginęły też setki Tybetańczyków. A Tybet zmuszono do handlowego dyktatu wyspiarzy. Dziś w forcie jest muzeum dokumentujące walkę miejscowej ludności o „wolność chińskiej ziemi”, czego owa ludność za diabły pojąć nie może. Bo Chin jako żywo w czasach inwazji brytyjskiej wcale tu nie było.

Fort w Gyantse odnowiono niedawno. Góruje nad kiedyś tybetańskim miastem. Kiedyś… Bo jak wszędzie stare miasto, handlowe uliczki i warsztaty rzemieślnicze zasłaniane są fasadami większych, zamożniejszych biznesów napływowych Chińczyków Han. I pomnikami, które wyglądają tu obco.

Gyantse jest też miejscem pielgrzymkowym. Do tutejszego klasztoru podążają peregrynujący z Shigatse do Lahsy. Tędy jadą turyści, którzy chcą „zaliczyć” Lhasę i Everest. Tędy też pedałują ambitni cykliści (w 99 procentach chińscy), którzy chcą przejechać cały Xinjiang-Tibet Highway z Kaszgaru do Lhasy. Wszyscy chcą zobaczyć XV-wieczny Kumbum, czyli sześciopiętrowy czorten zbudowany na planie mandali. Jest piękny. Oczywiście widziany z dołu. Niestety znów najpiękniejsze widoki roztaczają się z wysokości, która dla piszącego te słowa jest niedostępna… Czasem mam wrażenie, że przeciętny tybetański rikszarz zagoniłby wszystkich zwycięzców Tour de France do kąta.

 

7 sierpnia 2013, po drodze

stan licznika: 10 722 km

W drodze do Gyantse (to już coraz bardziej przez turystów uczęszczany szlak) byliśmy kilka razy nagabywani przez przygodnych handlarzy naiwnym badziewiem mineralogicznym i religijnym. Nic ciekawego, a nachalność sprzedawców jeszcze „atrakcyjność” różnych kamyków, skamielin, bransoletek pomniejszała. Bywało, że stawaliśmy widząc grupkę regionalnie ubranych dzieci, a okazywało się, że to tylko wabik na naiwnych, od których parę groszy można wydębić. I to brutalnie!

Nastrój nam się poprawił, gdy zaproszono nas (no… może trochę wprosiliśmy się my…) do wiejskiego domu tutejszej tzw. przeciętnej rodziny. Obejście ogrodzone wysokim gliniano-kamiennym murem. Na dodatek po słonecznej stronie mur ów oklejony jest plastrami bydlęcego nawozu, na którym widać jeszcze ślady ludzkiej dłoni. Wewnątrz podwórko, które bardziej służy bydlętom i kurom niż ludziom. Gospodarstwo chyba nie biedne bo i traktorek tam był.

Dom piętrowy ( na wsi ekonomiczna norma). Parter to obora i stodoła. Ludzie mieszkają nad zwierzętami. Praktyczne. To samo widziałem w zamożnym Szwarcwaldzie, że o Podhalu nie wspomnę. Na pięterko wchodzi się po czymś co bardziej przypomina drabinę niż schody. Pomieszczenia rozłożone są okrężnie wokół „patio” z ubitej gliny. Główny pokój (również z klepiskiem) duży, podparty drewnianymi filarami. Za całość mebli służy kilka ław (jednocześnie skrzyń) pokrytych kilimami i ozdobne, malowane szafy, które zajmują główną ścianę. Mniejsze pokoiki sypialne (dwa) umeblowane jeszcze skromniej. Okna maleńkie. Zamiast drzwi gruba derka. Pomieszczenia więc ciemne. Kuchnia na świeżym powietrzu. Stara komunistyczna flaga też nie eksponowana, ale że stara, to i jak stara szmata służy do przykrycia czegoś wstydliwego. Bo nowa „zdobi” fronton budynku. I największe zdziwienie… Pokój modlitewny. Cały w pokrytych rzeźbionymi i malowanymi ornamentami meblach. Na środku w przeszklonym ofiarniku płonie wieczny ogień w metalowych pucharkach napełnionych masłem jaka. A w miejscach eksponowanych kilka, może nawet kilkanaście zdjęć Dalajlamy.

Rodzina nie biedna. Dzieci uśmiechnięte. Wokół pole czekające na pokos. Jęczmień przede wszystkim, który jest tu też zieloną karmą dla krów i jaków. Na ziarno przeznacza się tylko część zbioru. Trochę rzepaku. Też pewnie bardziej dla zwierząt niż ludzi.

I święty spokój…

Poczęstowano nas oczywiście tym co tygrysy lubią najbardziej – czarną herbatą z sola i lekko zjełczałym masłem jaka. Tym razem udawaliśmy, że smakuje nam bardzo ;-)

 

6 sierpnia 2013, Shigatse

stan licznika: 10 539 km

Byłem w życiu w kilku buddyjskich klasztorach. W niektórych spędziłem ponad tydzień. W Nepalu, w Tajlandii, w Laosie, w Kambodży. Wszędzie zachwycałem się atmosferą nie tylko modlitewnego skupienia (od świtu do zgaszenia ostatniej świeczki), ale przede wszystkim dojmującą życzliwością i mnichów nauczycieli i mniszych uczniów. Zwykle sami zaczynają z przybyszem rozmowę. Zwykle wypytują co w dalekim świecie słychać. Nigdy nie „nawracają”. Rozmawiają z gościem o jego życiu, uważając, że to my, przybysze poszukujemy porządku w życiu, a życie mniszej wspólnoty na takie gawędzenie nie zasługuje.

W Tybecie jest inaczej. Bardziej chłodno (przepraszam za ten eufemizm) i obojętnie. Nie wiem, może trudna historia Tybetu skłoniła mnichów do takiego dystansu wobec gości? Ale czemu równie zimno traktują gości z dalekiego świata? W Tashilunpo czułem się intruzem.

Najstarsi Mnichowie, pamiętający pewnie jeszcze czasy sprzed chińskiej inwazji w 1950 roku i młodziutkiego Dalajlamę, ignorują gości, wodząc za nimi niewidzącymi oczyma. Średnie pokolenie pilnuje niemal wojskowego drylu wśród młodzieży, a turystów i (co najciekawsze) chińskich pielgrzymów obrzuca karcącym wzrokiem. Po łapach i po obiektywie aparatu też potrafią dać. Młodzi Mnichowie są bardziej skorzy do nawiązywania kontaktu z obcokrajowcem, ale tylko gdy starszyzna nie widzi. Znają podstawy angielskiego i nie są od świata odizolowani, bo główną ich zabawką za klasztornym murem są najnowsze modele telefonii i komputerii.  Najmłodsi natomiast mieszkańcy klasztoru, którzy może kiedyś mnichami zostaną, brykają jak to dzieci. I zapewne piłka jest dla nich jeszcze ważniejsza niż boskie przesłania.

Nawet w trakcie modłów popołudniowych zauważyłem pewnego rodzaju niestaranność i nonszalancję. Modłom towarzyszy też spożywanie herbaty z solą i masłem jaka. Nie dziwcie się mi więc, gdy przystanąłem zadziwiony widokiem młodych mnichów, którym wyraźnie ta herbata nie smakowała! Wyśpiewywane mantry (na około 200 głosów) też bardziej mi w „wykonaniu” młodych mnichów przypominały sztucznie basowy zaśpiew… polskich kiboli stadionowych, niż nastrojowe zawodzenie szukających prawdy.

A może jako człowiek innej kultury, innej wiary, po prostu nie potrafiłem znaleźć równowagi w świecie, który powinien być filozoficznym wyzwaniem, a jest koncesjonowanym przez państwo zgromadzeniem, które musi się codziennie godzić na setki turystów i czerwoną flagę z jedną gwiazdą większą (dla Mao) i czterema małymi (dla ciut mniejszych Mao admiratorów), która nad Tashilunpo musi powiewać…

Czy w innych klasztorach będzie podobnie?

Czas ruszać w ostatni na wschód etap….

 

6 sierpnia 2013, Shigatse

stan licznika: 10 517 km

Na dziś zamieniliśmy się w skrzętnych i poprawnych turystów. Shigatse było tradycyjnie jedną z siedzib Dalajlamy, a ostatnio Panczenlamy. Panczenlama pełnił w teokracji tybetańskiej rolę premiera (Dalajlama prezydenta) więc mieszkać i pracować nie mógł byle gdzie. Klasztor Tashilunpo jest właściwie miastem w mieście. W dodatku na pokaźnym wzgórzu. Zwiedza się go więc głównie po schodach. Przyjemność umiarkowana i dychawiczna, gdyż jesteśmy na czterech i pół tysiąca metrów.

Ponieważ klasztor jest siedzibą obecnego (koncesjonowanego przez Pekin) Panczenlamy XI, na inwestycyjne zaniedbania narzekać nie może. Wszystkie główne obiekty sprawiają wrażenie zadbanych. Szczególnie sławny posąg Buddy Przyszłości, który pyszni się pozłotą z prawie trzystu kilogramów złota. Nawiasem mówiąc klasztor Tashilunpo nie wiadomo czemu przetrwał też praktycznie bez znaczących materialnych szkód Rewolucję Kulturalną. A grobowiec (czortem) Panczenlamy X przy łaskawym wsparciu władz zbudowano w 1989 roku za 8 mln dolarów.

Mnisza organizacja nie wygląda na zacofaną, bo za używanie aparatu fotograficznego płaci się więcej niż za bilet do Kopalni Soli w Wieliczce (ok. 80 złotych), a za filmowanie około 300 dolarów. Nic więc dziwnego, że trwają właśnie w klasztorze duże roboty kanalizacyjne. Chudych mnichów też nie widziałem.

Turystów masa! Oczywiście chińskich. Lubią zwiedzać i lubią rozpychać się łokciami. Niech im będzie… są u siebie. Przypominają też o tym, kto tu rządzi, od 6.30 rano do wieczora raźne chóralne okrzyki, jakie dobiegają z miejskich koszar. Sądząc po dźwiękach gimnastyka i zaprawa żołnierzy trwa w koszarach cały boży dzień.

 

 

5 sierpnia 2013, Shigatse

stan licznika: 10 488 km

Dzień jakich nie lubimy – lizanie ran. Dotychczasowe ponad 10 tysięcy kilometrów oraz ostatnie dwa dni offroadu i fatalnych dróg opłaciliśmy różnymi usterkami. Zgubiliśmy trzy reflektory szperacze. Oberwało się jedno zapasowe koło. Przedziurawił jeden zbiornik z wodą. W dwóch autach mamy problemy z filtrami paliwa. Padł jeden akumulator. Drobniejszych usterek, które „wytrzęśliśmy” na azjatyckich traktach nie liczę. Więc w Shigatse postanowiliśmy spędzić dwa dni. Dla kierowców to czas na kręcenie się po warsztatach i własnoręczne dłubanie pod maską. A czynność to uciążliwa, gdyż wzbudza ciekawość miejscowych. Nie zachowują dystansu, tylko pakują swe łby pod maskę i cmokają. Trudno powiedzieć czy z zachwytu, czy współczucia.

Ci wyprawowicze, którym warsztat samochodowy nie jest przyjacielem, mogli w tym czasie odespać, odmyć się, odeprać, odczesać itd. Oraz zwiedzać miejscowe garkuchnie. Głównie chińskie. Malownicze, przyciągające zapachem, odpychające higieną. W tym samym zlewie wpierw rano myją się wszyscy pracownicy, potem myją i obierają produkty. Następnie gotują dla siebie obfite śniadanie i dopiero otwierają lokal dla gości. A goście myją ręce nad tym samym zlewem, nad którym wkrótce kelnerka będzie myć włosy. Jedzenie jednak wyśmienite – jak to w chińskiej kuchni, z niczego potrafią skomponować kilkanaście dań. Na wyżyny kulinarne kucharz wspina się jednak dopiero wtedy, kiedy wieczorową porą (nie czekając aż ostatni goście wyjdą) znów karmi pracowników. Mlaskają, cmokają i wydają inne pełne radości dźwięki. My się tej sztuki dopiero uczymy.

Wcześniej, zanim dojechaliśmy do Shigatse, w mijanej wiosce odwiedziliśmy klasztorek w trakcie odbudowy. Bieda z nędzą, ale gości przyjęli serdecznie. Nie tylko mnisi (ci zajęci byli modłami), ale również wiejscy społecznicy, którzy przy wtórze śpiewu wykonywali prace budowlane. Wzbudzany kurz (upał był akurat) w śpiewie ani w pracy im nie przeszkadzał.

Również na szosie, albo w trakcie krótkich postojów tubylcy traktują nas entuzjastycznie, bo okolica nie jest jeszcze „zepsuta” turystyką. Bywa ów entuzjazm kłopotliwy, gdyż chińskie alkohole nadają się raczej do politurowania mebli i prania chemicznego niż do picia. W samym Shigatse (odpoczywamy w hotelu) czujemy się bezpieczniej i sprawdzamy jakość chińskich win. Dobre wrażenie robi tylko ich cena, ale nie od razu Pekin zbudowano.

 

4 sierpnia 2013, Shegar New Tingri

stan licznika: 10 296 km

Zrobiliśmy to!!!

Mount Everest - góra gór. Ma wiele nazw. Angielska nie jest skomplikowana, szczyt zwany wcześniej numerem XV ochrzczono na cześć walijskiego kartografa George’a Everesta, gdy 150 lat temu pracował nad mapą kolonialnych Indii. Ale ważniejsze są chyba nazwy tybetańskie i nepalskie oraz ich niejednoznaczne tłumaczenia. Więc: Czomolungma, Sagarmatha, Boska (lub Bogini) Matka Śniegu, Boska (lub Bogini) Matka Ziemia, Czoło Nieba, a dla nas, włóczęgów… Dach Świata. O wysokości Everestu też dyskutuje się od lat. Teoretycznie precyzyjny pomiar jest możliwy od dawna, ale Czomolungma jest pokryta grubą czapą śnieżną i czubek granitu nią okryty trudny jest do pewnego wskazania. Fachowcy więc kłócą się, czy jest tego giganta 8826, 8840, 8844, 8848, czy może 8850. Spory jak zawsze mają podtekst ambicji politycznych więc na przykład naukowcy chińscy i producenci (równie chińscy) pamiątek zaklinają się, iż najwyższy szczyt ziemi ma 8844 metry i coś tam jeszcze po przecinku.

Bzdura! Czomolungma ma 5159m npm. Wiemy, bo do takiej wysokości dojechaliśmy!

Wstaliśmy przed świtem i jeszcze po ciemku wyruszyliśmy naszym konwojem. Nie jest to żadna sztuka, czyni tak wielu, a pod Górę Gór jeżdżą nawet autobusiki z turystami. Jednak własnym samochodem czyni to niewielu. W dodatku z Polski.

Ponieważ chińskie mapy mają charakter strategiczny, tzn. mają tyle przekłamań i błędów, żeby wróg (a ten, jak wiadomo, czyha wszędzie) nie połapał się, gdzie jest, parę razy w górach meandrowaliśmy. W dodatku jakieś nędzne resztki dreszczów monsunowych przedarły się przez Himalaje, i mieliśmy niezłe błocko. Mimo to dzielni jak Hillary i Tenzing w 1953, jak Wanda Rutkiewicz (pierwsza Europejka) w 1978 i jak Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki (pierwsi zimą!) w 1980, porykując silnikami wdarliśmy się tam i my! Był to chwilami pasjonujący offroad, a chwilami męczarnia na tragicznej szutrowej lub gliniastej drodze. Było pochmurno, chwilami kapnęło kapuśniaczkiem.

Baza nr 1 okazała się być niestety oszustwem… Szlaban i liczne grono ni to strażników, ni to urzędników zatrzymała nas w skupisku namiotów handlarzy turystycznym badziewiem. Dalej można było jechać jedynie rozklekotanym busikiem. Nerwy nam puściły, wcześniej bowiem poradziliśmy sobie i z policyjnymi odprawami (strefa nadgraniczna) i opróżniliśmy portfele za ów wjazd na własnych kołach. A tu amen. I chmury! Byłoby przesadą twierdzić, że były nisko, skoro trzymały podstawę na poziomie 7 kilometrów, jednak Czomolungma wyraźnie z nas kpiła pospołu z miejscowymi urzędasami. Skoro już tu byliśmy, wjechaliśmy 3 kilometry dalej busami, żeby popatrzeć sobie z bliska na chmury. We właściwej już Bazie nr 1 oczywiście nie było żadnych himalaistów i to od lat kilku. Był tylko tarasik widokowy.

I stała się rzecz dziwna. Piszący te słowa jest w całej naszej ekipie jedynym palaczem. Na wysokościach oddychać raczej nie ma czym i zapalniczki nie pracują, jednak postanowiłem się skupić i znaleźć elementarną harmonię z naturą i pokonać pecha siłą charakteru. Zapaliłem papierosa zapałką, skoncentrowałem się jak Adam Małysz przed skokiem (ale nie kucałem) i cud się stał! Chmury się rozstąpiły, a Czomolungma puściła do nas oczko.

Na koniec wdaliśmy się w negocjacje ze strażnikami. W brudnym namiocie, na brudnym łóżku, w smrodzie jaki łączy brudnego człowieka z dymem palonego zwierzęcego nawozu, przy pomocy brudnych argumentów (kłamstwa mocniejsze niż pieniądze!), udało się przekonać strażnika strażników, że nie po to przyjechałem własnym pojazdem, żeby na tle busika się fotografować. I pozwolono nam wjechać jednym samochodem kilka metrów wyżej niż turystycznej gawiedzi. I tak właśnie zdobyliśmy wysokość 5159m npm.

Droga powrotna nie była łatwiejsza. W ciągu 4 godzin przejechaliśmy dziurawymi serpentynami około 40 kilometrów. Ponownie z przewyższeniami ponad tysiącmetrowymi. Gdy na kolejnej przełęczy ponownie osiągnęliśmy 5200m npm, Himalaje znów ukazały się w niewielkim okienku w chmurach. I to bez pomocy papierosa!

Na końcu prawdopodobnie najgorszej drogi, jaką zdarzyło nam się w życiu jechać, gościnni gospodarze narodowego parku, regionu i państwa pożegnali nas bramą, która powstała być może z okazji naszego przybycia. Brama była kiczowata i większa niż Mt. Everest, co akurat w Chinach jest typowe.

 

3 sierpnia 2013, Old Tingri

stan licznika: 10 034 km

Kilometry nawijamy coraz wolniej. Dziennie posuwamy się o plus-minus 250-300 kilometrów. Nie tylko dlatego, że ciągle się wspinamy lub zjeżdżamy. Po prostu często robimy postoje. Albo by coś tam do jedzenia uwarzyć. Albo znaleźć stację benzynową (niemal niewykonalne) lub sklep. Albo by powalczyć o wymianę waluty (równie trudne). Albo by wreszcie się na tutejsze odmienności pogapić.

Kiedyś w kotlinach górskich były nieregularnie rozrzucone domy z zagrodami. Współczesna polityka „wyrównywania szans” propagowana przez władze chińskie polega na budowaniu minimalnie nowocześniejszych domków w rzędach ulicówek. Tybetańczykom chyba się to nie do końca podoba, bo wiele nowych zagród jest pustych. Niektóre z kolei zasiedlone będą zimą, gdy pasterze wrócą z wypasu.

Wszystkie stare domy (i parterowe i bogatsze piętrowe) mają starannie rzeźbione i malowane odrzwia, okiennice i krawędzie dachu. Ten ostatni uzupełniony jest na krawędziach „krenelażem” ułożonym z kostek lub plastrów suszonego nawozu bydlęcego (na opał) lub w zamożniejszych domach drewnem i chrustem. W narożnikach dachów stroszą się „wiechy” o religijnym przeznaczeniu, a całość uzupełniona jest flagami modlitewnymi. Często ukoronowaniem domostwa lub wejściowej bramy jest… czerwona chińska flaga z sierpem i młotem. Na podwórkach stoją kopcowe dymniki, w których żarzy się jałowiec, okadzając gospodarstwo i odstraszając złe moce.

Wszystkich nie odstrasza, w miasteczkach główne uliczki przejmowane są przez imigrantów z Chin właściwych. Domy budują większe, w europejskim stylu, a ich przestronne partery przeznaczone na biznesy handlowe lub usługowe nie pozostawiają wątpliwości. Wkrótce „połkną” małe sklepiki i warsztaty Tybetańczyków. Zdarza się też, że Chińczykom Han nie chce się wciskać w uliczki domków i lepianek, ale np. kilometr dalej budują nową dzielnicę lub wręcz miasteczko, które szybko przejmuje rolę centrum. Zostaje tylko stara nazwa, uzupełniona angielskim przedrostkiem „New”. Tybetańczykom przykleja się wzgardliwe „Old”. Czy „Old” nabierze kiedyś wartości zabytkowej, czas pokaże. Ale biorąc pod uwagę dynamikę chińskiej gospodarki, zabytki też zostaną zbudowane od nowa.

Nie tylko my się na „tubylcze” obrazki gapimy, ale i gapią się wszyscy na nas. Fotografują komórkami nas i nasze pojazdy, dotykają… Wygląda na to, że jesteśmy nie lada atrakcją. Bywa to szczególnie uciążliwe dla naszych beniaminków. Dotknięcie blond dziecka przynosi chyba tutejszym kobietom szczęście, albo ma inne magiczne znaczenie.

Aaa… byłbym zapomniał! Dziś przekroczyliśmy Brahmaputrę, świętą rzekę Hindusów, która tutaj bierze swój początek, okrąża Himalaje od wschodu, by skierować się w stronę Gangesu i Oceanu Indyjskiego. Śpimy w hostelu przeznaczonym dla trekingowców himalajskich. Nie ma ani jednego, bo hostel podły, brudny, ale z oryginalną tybetańską kuchnią. Oryginalność polega na tym, że można w kuchni popatrzeć… jak to się robi. No i apetyt automatycznie mija bezpowrotnie…

 

3 sierpnia 2013, u stóp Himalajów

stan licznika: 9680 km

Tym razem zaczęliśmy dzień od zadumy w buddyjskiej świątyni. W trakcie rewolucji kulturalnej (zakończonej w 1976 roku) zniszczono ich większość. Te które są czynne obecnie, objęte są protektoratem państwa. Przed wejściem do dziś odwiedzonej świątyni jest nawet zadziwiająca (prawdopodobnie tylko nas) tablica z sierpem i młotem, na której napis informuje, iż obiekt ów funkcjonuje „w pełnej harmonii z policją i wojskiem”. Tautologia i obłuda. Podobnie jak wystrój wnętrza, który ucieka przed jakimikolwiek skojarzeniami z trudną historią ostatnich 60 lat, z emigracyjnym Dalajlamą i kontrowersjami związanymi z Panczenlamą. Mimo to nastrój wnętrza, półmrok i dosadne kolory począwszy od ciemnowiśniowych szat mnichów po żółć i karmin malowanych ścian, setki pudełek z ręcznie przepisywanymi mantrami, groza królów pilnujących bramy i dostojność siedzącego Buddy, przybysza z daleka zachęcają do refleksji i skupienia.

W niepodległej teokracji tybetańskiej świątynie pełniły rolę podwójną. Miejsce modlitw i teologicznych dyskusji skupiało społeczność wokół wspólnych wartości. Ale świątynie były też urzędami administracyjnymi wsi, gminy, okręgu, powiatu, które rozwiązywały wszystkie sprawy doczesne. Były także siedzibami szkół, sądów rozjemczych, a nawet uroczystości lub fet niekoniecznie religijnych.

Ofiarą komunistycznej inżynierii społecznej padło sześć tysięcy świątyń. Co ciekawe, często nie zrównano ich z ziemią, ale tylko obdarto z godności, okradziono z cennych zbiorów, zdemolowano. Do dzisiaj straszą ruinami. Spłukanymi i zerodowanymi przez deszcze i wiatry ścianami. Wyglądają jak gliniane ostańce i często górują na wioską.

Ostatnio polityka Pekinu względem tybetańskich buddystów zmieniła się o tyle, że część świątyń odbudowuje się. Siłą i nakładem wiernych. W czynie, że tak powiem, społecznym. Nie jest to wyrafinowana konserwacja zabytków. Niestety. A skromność środków jakie wioski mogą na to przeznaczyć każe podejrzewać, iż odtworzenie dawnego rozmachu i architektonicznego wysublimowania potrwa pokolenia, a może nigdy się nie spełni…

 

2 sierpnia 2013, Zhong Ba

stan licznika: 9640 km

Tybetańskie refleksje piątkowe są… rzekłbym szczególne.

Po pierwsze, nie bardzo wiadomo po jaką cholerę co jakiś czas na drodze zatrzymują nas punkty kontrolne. Chyba nie służą eliminacji niepożądanych obcokrajowców, gdyż są wyjątkowo niekompetentne. Z ciekawości na jednym z posterunków wymieniliśmy się z kolegami paszportami i… w niczym to policjantom nie przeszkadzało. Ale czasu przy takiej okazji tracimy zwykle sporo. Ludność miejscowa poddaje się kontroli apatycznie – władza ma swoje prawa. Tak jest w Tybecie, tak jest w Xinjiangu. Pokazują Tybetańczykom i Ujgurom, kto tu rządzi.

Po drugie, administracyjny nacisk powoduje, że pasterskie gospodarstwa tybetańskie, rozrzucone po wzgórzach podług porządku zajmowanych pastwisk znikają. Buduje się wsie ulicówki. Nawet jeżeli w osadzie jest tylko kilkanaście domów. Wyglądają schludnie, mają elektryczność, ale nie mają już „góralskiego” charakteru. A w dodatku wszystkie są na jedno kopyto. Identyczne do tego stopnia, że mieszkańcy po zmroku pewnie się mylą.

Po trzecie, główną rozrywką tybetańskiej prowincji jest… bilard. I to bilard na świeżym powietrzu. Stare, zdezelowane i niekoniecznie poziome stoły stoją wprost na ulicy, w pełnym słońcu i urozmaicają mężczyznom piwną sjestę. Kobiet przy bilardzie nie zauważyłem.

A nie zauważyłem, ponieważ – po czwarte – kobiety w piątki myją włosy. I czynią to również na ulicy! Czasem pod wodociągiem (gdy we wsi jest), czasem pod pompą, czasem pod konewką trzymaną przez siostrę, matkę, córkę itd.

Wreszcie po piąte, mężczyźni, którzy w bilard akurat nie grają lub przy piwie gry nie kontemplują, czeszą sobie włosy! A robota to żmudna, gdyż Tybetańczyk, który swej tradycji się nie wypiera i nie chce wyglądać jak Strażnik z Teksasu, ma tych włosów co niemiara. Zwykle do pasa. Zwykle zaplecione w warkoczyki (no to trzeba potem rozczesywać!) z różnymi ozdóbkami. A żeby wrażeń estetycznych nie brakowało, na włosach wcale się nie kończy. Kolczyki z kamieniami półszlachetnymi w uszach i różne bransolety są mile widziane. Malowanie paznokci również!

Być może to spadek po tradycji wielomęstwa, które w przeszłości polegało na odwrotności wielożeństwa… No to teraz sobie siedzą przed domem, plotą różne wisiorki i plotkują. Trzeba by tego spróbować… W konkursie na długość włosów przegrałem. Ale kolorem przebijam. Tybetańczyk siwieje dopiero gdy ma około 120 lat.

Porażeni piątkowymi wrażeniami nocujemy w hotelu, który wyrósł przed nami niespodzianie na pustkowiu Wyżyny Tybetańskiej w miasteczku Zhong Ba, które też nie wiadomo skąd i po co się tu wzięło.

 

1 sierpnia 2013, pod Mount Kailash

stan licznika: 9360 km

Jazda przez południowy Tybet bywa monotonna. Xinjiang-Tibet Highway wiedzie na naszej dzisiejszej trasie kotlinami na wysokości 4300-4800m npm, co jakiś czas trzeba pokonać przełęcz powyżej 5200m npm. Droga jest przyzwoicie asfaltowa, ale surowa przyroda czasem ją podmywa, zawiewa, obrywa. Wtedy kilometrami jedzie się wertepami omijając problem. Ruch na trasie minimalny. Jedziemy już wzdłuż zachodnich Himalajów. Jednak oddalenie jest zbyt duże by rozpoznawać poszczególne formacje. Gdzieś tam majaczy Annapurna – tyle wiemy.

Dzień zaczynamy od wizyty na buddyjskim cmentarzu. Są może ciekawsze i zabawniejsze w życiu poranki, ale nam przydarzył się akurat taki… Przyciągnął nas widok skomasowanych setek modlitewnych chorągiewek. Powiewały wokół skupiska kamieni oraz stosów kamiennych płyt i płytek. Wiele z grawerunkiem intencyjnym. Pośrodku grobów mała stupa. Całość dopełniają czaszki i poroża jaków. Też z grawerowanymi inskrypcjami.

Przejeżdżamy u stóp Świętej Góry Kailash. Za takową uznają ja nie tylko tybetańscy buddyści. Pielgrzymują tu też tysiące zwolenników innych odmian buddyzmu, taoiści i hinduiści. Ci ostatni zza południowej granicy. Oddanie pełnego szacunku Górze i dopełnienie pielgrzymiego rytuału polega na okrążeniu jej kalwarią liczącą 52 kilometry. A ponieważ Kailash ma też wysokość po himalajsku solidną, „dróżki” wiodą na wysokości 5200m npm. Niestety więc dla niektórych pielgrzymów z nizin (szczególnie z Indii) rytuał ten bywa zabójczy. Dosłownie! Władze pekińskie nawet zapowiedziały, że w razie przekroczenia 10-procentowej śmiertelności wśród peregrynujących, pielgrzymek zakażą. Ponieważ informacja ta pochodzi z państwowej telewizji, należy jednak brać pod rozwagę, że w newsie tym głównym propagandowym przekazem jest samobójczy charakter religijnego rytuału.

Na nas informacja zrobiła wrażenie na tyle duże, że Górę Kailash ominęliśmy szerokim łukiem i poszukaliśmy miejsca na biwak 700 metrów niżej. Niestety i tutaj mieszanie łyżką w menażce, a nawet obcinanie paznokci wywołuje zadyszkę. Aklimatyzacja więc jeszcze trwa.

 

31 lipca 2013, Ali Gar

stan licznika: 8995 km

Rano obudziliśmy się w zdecydowanie lepszych humorach. Co tam rano! Odsypialiśmy stres do południa. Głowy jeszcze ciążą, ale uśmiechamy się, bo wiemy że sprawdziliśmy się jako grupa. Nerwy były, ale bez awantur i wzajemnych pretensji o niefortunne planowanie poprzedniego dnia. Wiemy, że jechaliśmy zbyt leniwie i nie zdążyliśmy przed zmrokiem opuścić regionu, do którego jeszcze się aklimatyzujemy.

Dziś więc spacerowo. Opuściliśmy Ladakh i wjechaliśmy do wymarzonego Tybetu. Krajobraz się wiele nie zmienił, ale oczywiści wydaje nam się, że jest piękniej. Wyobraźnia wyprzedziła rzeczywistość, bo popołudniu docieramy do jeziora Bangong. W kotlinie górskiej na płaskowyżu prawie pięciotysięcznym szmaragdzi się jak w bajce albo na niemieckiej fototapecie woda. Zbiornik (naturalny) duży więc i fala całkiem solidna. Piknikujemy, a najbardziej zaciekli sportsmeni Maciek Duży i Maciek Mały nawet pływają.  A dokładniej rzecz biorąc, próbują jeździć pod wodą na rowerze. Przy okazji pozbywają się z roweru podróżnego miału. Prezes też płucze podwozie toyoty. Sielanka.

Kilka kilometrów czeka nas niespodzianka. Telewizja państwowa, program I czeka na nas z kamerą. Udzielamy łaskawie wywiadu. Polega to na tym, że dziennikarz przed włączeniem kamery mówi:

- Ja Pana spytam, w jakim celu przyjechaliście do Chin, a Pan odpowie wtedy, że zawsze o tym marzyliście i że Chiny mają olbrzymi potencjał turystyczny. I że jesteście zachwyceni…

No cóż, co kraj to obyczaj. Prezes przed kamerą mówi nie tylko o wymarzonej podróży do Chin, ale zaznacza, że jedziemy do stolicy Tybetu. Co z tego przetłumaczą z angielskiego, nie mamy oczywiście pojęcia. Jeszcze kilka przebitek z rodziną Rubinkiewiczów (w sześć osób z drobnymi dziećmi jadą w podróż dookoła świata, ale o tym opowiem osobno wkrótce), parę ujęć na szosie. Oczywiście tutaj jest świetny asfalt! Położyli chyba specjalnie na potrzeby tego wywiadu! I tak staliśmy się prawdopodobnie znani w całych Chinach. ;-)

Po tak miłym dniu zdecydowaliśmy skorzystać z hotelowego noclegu w Ali Gar. Nazwa tybetańska, na mapach widnieje inna. Mieścina wybitnie handlowa, ale na tutejsze warunki to prawdziwa aglomeracja. Hotel też podły, ale po paru dniach w terenie dobrze się umyć nawet pod prysznicem z urwaną „słuchawką”.

Kolacja też stosownie do okoliczności (jesteśmy w Tybecie!) była huczna. Jutro będzie ból głowy nie tylko z powodu wysokości…

 

30 lipca 2013, Ladakh

stan licznika: 8655 km

Krytyczny dzień. Szczególnie wieczorową porą. Ale po kolei.

Jazda przez Ladakh jest pasjonująca z powodu widoków. Ale jazda jako taka jest uciążliwa. Cały dzień oscylujemy miedzy 4500m npm. a 5400m npm. Przewyższenia może przeciętne, mniej niż tysiąc metrów, ale wysoko jak diabli. Tlenu mało. Podjazdy robimy nawet na jedynce. Przy drodze spotykamy tych, którym się nie udało, kilka wywróconych ciężarówek.

Góry we wszystkich odcieniach kawy i kakao. Różny tylko procent dolanego „mleka”. Zieleni wcale. Mieszkańców takoż. 3-4 osady, w których nie mieszka więcej niż sto osób. Zwykle jest to skupisko warsztatów samochodowych przypominających złomowiska. I kilka restauracyjek, małych ciemnych pomieszczeń z kilkoma stolikami. Na zapleczu są też „pokoje hotelowe”, czyli wspólne sale z 10-15 pryczami i grubymi kołdrami. Brudno, przeraźliwie brudno. Wbrew pozorom odpoczywają tu nie tylko kierowcy zdezelowanych ciężarówek, które pokonują ponad 2500 km Xinjiang-Tibet Highway. Spotykamy bowiem na trasie… rowerzystów. W ciągu jednego dnia kilkunastu. Tylko Chińczyków. Widać taka moda na cyklistykę wyczynową. Upał w dzień, mrozik w nocy, brak tlenu i przewyższenia – podziwiam!

Ladakh sprawia wrażenie obszaru bezludnego. Dwa razy przejeżdżamy przez obszary dyslokacji dużych formacji wojska. Uzbrojenie schowane pod maskującymi plandekami w pustynnych barwach. Co tam schowano, trudno dociec, ale wygląda to groźnie.

Pod wieczór na wysokości 5400m npm okazuje się że mamy jeszcze prawie 200 km na takich wysokościach. Wracać, czy brnąć dalej? Po stu kilometrach coraz wolniejszej jazdy (ciemność) mamy kryzys dwóch osób. To nie tylko ból głowy i trudności z oddychaniem. Jagoda kategorycznie zażądała od męża papieru toaletowego w kwiatki, a on jako żywo nie widział nigdy takiego. Meldunki na CB-radio o kłopotach nakręcają atmosferę. Wyjmujemy butle z tlenem i wiezione z Polski tabletki. Po 30 minutach pacjentów jest dziesięciu. Znów decydujemy brnąć do przodu. Za 80 kilometrów spodziewamy się zniżenia o tysiąc metrów.

Niestety jazda w terenie nie może być szybka. Szperaczami szukamy odpowiedniej ścieżki, często zawracamy i mimo ciągle wysokości ponad 5000m, pocieszamy cierpiących, że jesteśmy coraz niżej. Kłamstwo im służy, bo mówią, że czuja się lepiej. Dopiero o drugiej w nocy zjeżdżamy na wysokość 4600m npm. Rozkładamy obozowisko i próbujemy przespać ból głowy i uspokoić skołatane nerwy. Skończyło się dobrze.

 

29 lipca 2013, Mazar

stan licznika: 8290 km

I znów zaczynamy się wspinać. Z wysokości 1600m npm. będziemy przez kilka dni drapać się w stronę Ladakhu i Tybetu. Dziś ostatecznie żegnamy się z Pamirem. Samochody radziły sobie do tej pory dobrze. Nasze żołądki też nie buntowały się przeciw lokalnym potrawom i owocom (melony i arbuzy). Konserwami zabranymi z Polski wspomagaliśmy się rzadko. W górach konwój utrzymać nam coraz trudniej. Każde auto ma swoje narowy i na podjazdach radzi sobie po swojemu.

Wstyd się przyznać, ale na niektórych odcinkach żyłka sportowa zwycięża i koledzy próbują udowodnić wyższość (na tych wysokościach to wyjątkowo właściwe słowo) swych wypieszczonych pojazdów. Pojazd, którym przemieszcza się Oberżyswiat, jest zawsze na pudle. Wyruszamy ostatni, bo wstajemy wolno, a pakujemy się mozolnie (jest nas w samochodzie czworo – Prezes, Oberżyświat, Michał i Piotr), dojeżdżamy do mety lub do szczytu przełęczy przed innymi. Osobiście taką rywalizację przeklinam, bo nie mam szans na fotografowanie.

Może i dobrze, bo bieganie z aparatem fotograficznym na wysokościach do przyjemnych nie należy. Dziś dojechaliśmy do wysokości 4900m npm. Na przełęczy byliśmy przez kilka minut więc organizm nie zdążył zaprotestować. Na nocleg zjechaliśmy tysiąc metrów niżej. Kilometrów na liczniku przybyło niewiele. Powstrzymuje nas fatalny stan drogi i remonty. Odcinki takie mają często po kilkanaście kilometrów i objeżdżać je trzeba terenem. Ponieważ nasza trasa to w tej chwili już Xinjiang-Tibet Highway rywalizować musimy z TIR-ami i licznymi pojazdami wojskowymi. Zdarzył nam się też raz strajk robotników budowlanych – bywają widać i tutaj – szczęśliwie blokowali wszystkich, ale nas puścili.

Teren przygraniczny Ladakhu (sporny obszar do którego roszczą sobie też prawa Indie) każe władzom chińskim na demonstracyjne utrzymywanie tu dużych formacji armijnych. Mijamy je na wszelki wypadek bez zatrzymywania. Punkty kontrolne przechodzimy jednak gładko mimo drobiazgowego sprawdzania dokumentów i wnętrz samochodów. To drugie wynika chyba bardziej z ciekawości. Nam fotografować nie wolno. Nas fotografują uparcie.

Mazar okazał się tylko punktem na mapie. Kilka nędznych sklepików. Kilkunastu mieszkańców.

Nocleg pod gwiazdami. W silnym wietrze. Księżycowi to nie przeszkadza.

 

28 lipca 2013, gdzieś po drodze…

stan licznika: 8014 km

Turysta zagraniczny w Chinach jest osobą oficjalnie mile widzianą. Jednak przekonaliśmy już parę razy, że mentalnie Chińczycy do goszczenia takich jak my jeszcze nie są gotowi. Gdy tylko ktoś ma odrobinę władzy, upomina się o zezwolenia, permity, dokumenty i okazuje swą podejrzliwość. W czasach szpiegostwa satelitarnego nasza podróż jest przecież banałem. Ponieważ dokumenty wszystkie mamy w komplecie z policją i wojskiem radzimy sobie dobrze i przyjaźnie (dopóki nie fotografujemy). O resztę formalności i meldunków w kolejnych miastach itd. dbają nasi najęci licencjonowani przewodnicy.

Przy wjeździe do doliny, którą spływa górska Tashkurgan długo musieliśmy tłumaczyć się administracji tutejszych elektrowni wodnych. Zza swych ciemnych okularów, ze swych japońskich pickupów długo wyrażali dezaprobatę dla naszych planów. Z typową też chińską szczerością twierdzili, że droga jest nieprzejezdna. Byliśmy uparci. I słusznie bo oczywiście przejezdna była.

A teraz jesteśmy szczęśliwi (no może prawie wszyscy). Bo jechaliśmy jednym z piękniejszych górskich przełomów, jakie zdarzyło mi się widzieć. Tam gdzie są lub  budują się zapory i elektrownie jest nawet chwilami asfalt lub solidny szuter, ale potem 150 kilometrów już tylko wąziutkiej dróżki, która zwisa nad górką rzeką lub skalna przepaścią. Chwilami szlak był wręcz wydłubany poziomo w skalnym zboczu. Ubytki wyrwane przez mlecznego koloru nurt naprawiany jest ręcznie. Spotkanie z jakimkolwiek pojazdem z przeciwka traumatyczne, mijanie dramatyczne. Wyprzedzanie oczywiście niemożliwe. Ponieważ jechaliśmy z biegiem rzeki, silniki się nie napracowały. Ponieważ droga służy do lokalnego ruchu na motocyklach lub osiołkach i wybojów nikt nie naprawia, napracowały się zawieszenia naszych aut. Najbardziej jednak napracowała się wyobraźnia tych, którym lęk przestrzeni nie jest obcy. Było stromo. Palcem nie wskażę, ale kilku kierowców miało kłopoty z pasażerkami. W sumie przeżycie wspaniałe i niepowtarzalne.

Drugim wątkiem dnia było obserwowanie zmian cywilizacyjnych jakie dotykają Górali w Xinjiang. Dotyczy to nie tylko Ujgurów. W górskich kotlinach żyją też Tadżycy, Kirgizi i inne grupy etniczne. Turysta chciałby się oczywiście skupiać na folklorze i tradycji. Chciałby oglądać utrwalone „średniowiecze”. Ale świat biegnie do przodu, a Chiny pędzą. Z przyczyn społecznych i oczywiście politycznych prowadzą swój „program wyrównywania szans”, a przy okazji cały czas konsekwentnie osiedlają w Ujgurii „swoich”. Czym to skutkuje w miastach, pisałem na przykładzie Kaszgaru. W górskich wioskach kontrasty są jeszcze większe. Znika tradycyjne budownictwo gliniane. Opuszczane są mini domki i zabudowania gospodarcze klecone z rzecznych kamieni, suszonych na słońcu cegieł, pokrywane glinianą polepą. Powstają jak grzyby po deszczu bungalowy i baraczki, dociera technologia energii słonecznej. Zamiast pisać, wolę opowiadać to zdjęciami.

Żal na utraconym „rajem”, to jedno. Polityczna i kulturowa dominacja Chińczyków Han to drugie. Dostępność cywilizacyjnych dóbr – elektryczności, edukacji, służby zdrowia, nowoczesnej komunikacji – to z kolei prawo, które dla wielu jest też docenianym dobrodziejstwem.

Pełni wrażeń rozkładamy się tym razem nie nad rzeką, ale nad sporym kanałem, który zaopatruje w wodę wioski na płaskowyżu.

 

 

 

27 lipca 2013, Tashkurgan

stan licznika: 7790 km

Droga do Tashkurgan to miejsce kultowe dla każdego wielbiciela podróży samochodem, motorem, rowerem. Karakorum Highway łączy (a czasem dzieli, gdy nawalą politycy lub powódź zerwie serpentynę drogi) Chiny i Pakistan. Tędy – przez jedyną przełęcz Kunjerab – wiodąca do Indii południowa odnoga jedwabnego szlaku pozwalała transportować towary (zwykle luksusowe), a na północ wraz z karawanami przenoszono do Chin nowe idee i religijne prądy. Tedy migrował buddyzm i islam. Dzisiaj Karakorum Highway ma znaczenie nie mniejsze, zamiast jedwabiu, jadą na południe dobra przemysłowe, co jedzie na północ (oprócz tutejszej rudy żelaza), nie zdążyłem stwierdzić. Szosa jest doskonała, a wszystkie ubytki z oczywistych względów natychmiast uzupełniane. Powodzie bywają tu apokaliptyczne. Więc w kilku miejscach stanąłem jak wryty. Tam gdzie kiedyś nad dużym jeziorem fotografowałem najwyższe szczyty Pamiru (Kongur Shan, bagatela 7719 m n.p.m.), nie ma po jeziorze śladu. Za to w innym miejscu powstało olbrzymie zalewisko, które pokryło szmaragdową wodą szosę karakorumską. Nową jezdnię dobudowano kilkadziesiąt metrów wyżej.

Jeszcze bardziej zdziwiłem się w samym Kashkurgan. Dosłownie przed chwilą była to naprawdę podła mieścina. Kilkanaście sklepików, marne jadłodajnie, posterunek wojskowy, rozsypujące się resztki ruin dawnych władców tych ziem. W końcu w przeszłych wiekach Kashkurgan miało spore znaczenie i handlowe i strategiczne. Dopiero wiek XX był stuleciem upadku. Tymczasem w ciągu ostatnich 4 lat wokół Kashkurgan, a i w nim samym… zbudowano nowe miasto. Stylizowane na uzdrowisko i wczasowisko. Z gigantomanią charakterystyczną dla współczesnych Chin. Według europejskich i amerykańskich wzorców. Hotele, osiedla luksusowych domków kampingowych, spacerowiska i szlaki edukacyjne. Przy okazji w śródmieściu mieścinki rozbudowano ciągi handlowe wzorowane na tradycyjnej zabudowie. A na przedmieściach osiedla domków, a nawet jurt dla tych, którzy znaleźli lub znajdą tu pracę. No cóż, Tashkurgan leży w sercu tadżyckiego autonomicznego okręgu. Stosunki z tym akurat sąsiadem i z tą mniejszością maja Chińczycy dużo lepsze niż z Ujgurami. Nie odczuwa się tu więc tak silnie administracyjnej i wojskowej dominacji Chin. Choć potencjał wczasowy i turystyczny okolicy obliczony jest przede wszystkim na potrzeby rynku wewnętrznego, są już nawet napisy po angielsku.

Zaczęto też renowację ruin starożytnego fortu, który kiedys dominował na doliną dzielącą Pamir i Karakorum. Trud dość syzyfowy. Zostało niewiele i trzeba sporo wyobraźni, by dojrzeć założenia architektoniczne dawnych budowniczych. Renowacja też bardziej przypomina zaklejanie dziur niż metodyczną profesjonalną robotę.

Śpimy nad rzeką Kashkurgan. Od jutra koniec z asfaltem!

 

27 lipca 2013, Kaszgar

stan licznika: 7580

Ponieważ nie wiemy kiedy znów będziemy mieli dostęp do internetu, ostatnie godziny w Kaszgarze wykorzystujemy na zaległości „pocztowe”. Podobnie przygotowujemy się do podróży przez świat bez banków, bankomatów, supermarketów i innych niepotrzebnych acz pożytecznych ułatwień.

Na krótki spacer po bazarowych uliczkach też znajdujemy czas. 739 lat temu Marco Polo był na tutejszym bazarze i nazwał Kaszgar miastem bazarów. W zasadzie pod tym względem wiele się nie zmieniło. Szczególnie w niedzielę. Niestety jest sobota więc się nie łapiemy. Ale i bez „handlowej niedzieli” uliczki zamieszkane przez Ujgurów wyglądają jak jeden wielki bazar. Gwarny, ruchliwy, intensywnie pachnący egzotycznymi przyprawami.

Trudno jednak nie patrzeć ze smutkiem na zredukowanie Ujgurów do pozycji drobnych wyrobników. Trudno bez niesmaku mijać konwoje ciężkozbrojnej policji. Trudno spacerować ulicami pod okiem setek kamer monitorujących nawet zaułki. Nasze pojmowanie demokracji jest oczywiście inne niż władz w Pekinie, też mieszkamy w kraju dalekim od doskonałości. Ale obserwowanie Kaszgaru z jego dwoistością chińsko-ujgurską jest pełnym wątpliwości pasjansem drobnych zachwytów egzotycznym kolorytem oraz wątpliwościami typowymi dla Europejczyka.

Już lepiej jedźmy. Ruszamy konwojem spod pomnika Mao…

 

26 lipca 2013, Kaszgar

stan licznika: 7550 km

Kaszgar, jak cały Xinjiang, jak całe Chiny, jak cała Azja budzi przybysza szelestem setek mioteł, którymi ze świtaniem zamiata się ulice. I to jedyna rzecz jaka w Kaszgarze się nie zmieniła ani od wieków, ani od 3 lat gdy tego szelestu ostatni raz słuchałem.

Nie ma już starego Kaszgaru. Przetrwał setki lat jako newralgiczny punkt Jedwabnego Szlaku. Przetrwał dziesiątki lat nieoficjalnego naporu i „wślizgiwania” się przełęczami do Ujgurii Chińczyków, Brytyjczyków, Rosjan. Pokonany został dopiero teraz przez gospodarczy sukces współczesnych Chin. Kaszgar nie jest już azjatyckim, bazarowym, orientalnym pępkiem świata. Jest jedną z kilkudziesięciu milionowych metropolii państwa bumu gospodarczego. Stare miasto Kaszgaru przestało istnieć w ciągu kilku lat. Gliniane domki z płaskimi dachami, piętrowe domy z amfiladowymi balkonami i kruzgankami, nawet małe, nastrojowe meczety zostały zastąpione ceglanymi i pustakowymi budynkami, które imitują przeszły czas. To co powinno być przedmiotem dumy, było zawadą.

Kwartały szerokich, przebitych na przestrzał ulic okolone są wianuszkiem nowoczesnych wieżowców i czasami budynków, które nieudolnie naśladują kaszgarski orient. Resztki staroci ukryte są za nowymi budynkami. Znikną w ciągu roku, dwóch. Wprawdzie nadal uliczki i zaułki zachowały swój dawny jednorodny zawodowo charakter i nadal grupują krawców, sprzedawców przypraw, dentystów, fryzjerów, piekarzy, rzeźników, czyścicieli butów i szewców, płatnerzy i snycerzy, to nie jest to już dawny nastrój.

Nikt się tu nie bawił w konserwacje zabytków. Zburzono co stare, zmurszałe i zastąpiono tanią imitacją… Obiektywnie trzeba jednak przyznać, że nie był to tylko atak wandalów. W nowych domach, na nowych podwórkach będzie mniej kurzu, będzie elektryczność i kanalizacja, może kilka innych udogodnień. Ale czy w nowych czasach powszechnej tandety przetrwa ulica stolarzy, którzy specjalizują się w ręcznym obrabianiu nóg do łóżek? Albo ostrzycieli noży? Medyków? Wróżbitów? Czy zostaną już tylko tanią atrakcja turystyczną?

Więc i w centralnym meczecie nastrój jakby przygaszony. A może to zasługa ramadanu? Nie! Główne ulice się bawią, a plac przed meczetem przypomina wesołe miasteczko. W ramadanie!

Smutno, ponuro, bezradnie wyglądają więc starsi mężczyźni, którzy w przerwach miedzy modłami prowadzą teologiczne dysputy. Jak dawniej, jak zawsze, jeden coś klaruje, a reszta słucha. Nikt się nie spiera. Czy słuchacz jest jeden, czy jest ich kilkunastu, mówi jeden. Przedstawia swoje zdanie na temat interpretacji jakiegoś koranowego wersetu, a gdy ktoś jest innego zdania, głosu nawet nie zabiera, tylko wstaje i odchodzi. Godna podziwu, rozsądna praktyka.

Nie zmieniła się w Kaszgarze jeszcze jedna rzecz. Na ulicach masa policji i wojska. Czekających na… no właśnie, na co? W gotowości bojowej, z rozmaitym sprzętem do tłumienia ewentualnych protestów lub zamieszek. W głąb ujgurskich uliczek policjanci, ani tym bardziej wojskowi się nie zapuszczają. Czekają na głównych traktach…

Na spacer po mieście pozwolić mogli sobie tylko pasażerowie, bo kierowcy naszych pojazdów stracili pół dnia na nudne formalności związane z rejestracją aut na tymczasowych chińskich numerach i niemniej chińskich praw jazdy. Załatwili. Więc możemy się pakować do dalszej drogi. W stronę Karakorum.

 

25 lipca 2013, Kaszgar

stan licznika: 7451 km

I o czym tu pisać? Praktycznie cały dzień spędziliśmy na granicy. A właściwie na granicach kilku.

Pierwsi byli pogranicznicy kirgiscy. Poszło jak po maśle. Szybko, sprawnie, profesjonalnie.

Druga już poważniejsza kontrola była na posterunku chińskim. Czeka się bez końca na pustkowiu, ale pod okiem czujnych (ruchomych) kamer. Kontrola drobiazgowa. Bez języków obcych! To znaczy jeden, jedyny w użyciu… język chiński. Nawet jakieś papierki po chińsku „krzaczkami” coś od nas chciały. Gdyby nie pomoc Wang Lunga (nasz przewodnik), który wyjechał nam naprzeciw, chyba nie dalibyśmy rady. Kilka godzin…

Potem 120 kilometrów szosą zniszczoną przez powodzie w kotlinie Tourgat (nie wolno stawać, nie wolno fotografować). I… trzecia kontrola. Ze względu na ewentualne śniegi (padające lub topniejące) właściwe przejście graniczne znajduje się daleko od granicy. Zajmowało się nami kilkadziesiąt osób. Niektóre „urządzenia” usprawniające pracę pogranicznikom i celnikom przypominały sprzęt lotniskowy. Ale tylko przypominały. Bo działały, a po chwili nie. Trzy godziny powolnego przybijania pieczątek i stania w kolejce. Choć poza nami nikt granicy nie przekraczał.

Gdy w końcu nas przepuszczono, wpierw gwałtowny (jak to w górach) deszcz zmył z nas podróżny pył, a z aut kirgiskie błoto. A po chwili zobaczyliśmy przepiękną tęczę. Bardzo sprawnie nam chińskie służby ten deszcz i tęczę zorganizowały.

Wjazd do Kaszgaru przypominał wjazd do mrowiska. Konwój 11 samochodów przebijający się przez mrowisko elektrycznych skuterów to poważna konkurencja sportowa. Nie używa się kierunkowskazów, ważniejszy jest klakson. Ponieważ skutery jeżdżą po wszystkich pasach jezdni i pobocza, w dodatku nie zawsze w tym samym kierunku, jest całkiem wesoło. I nikt się nie zderza!

Do hotelu przyjechaliśmy pod wieczór. Mieści się tuż przed ogromniastym pomnikiem Przewodniczącego Mao. Ponieważ w Chinach mieszka zaledwie miliard trzysta tysięcy ludzi, a z tego ze 4 miliony w Kaszgarze, oczywiście natychmiast spotkaliśmy chińskich (właściwie ujgurskich) kumpli z wyprawy sprzed trzech lat. Abdul wyprawił nas z opresji i znalazł restaurację, która zgodziła się karmić wędrowców o północy. Wieczór co prawda nie wydawał się aż tak późny, ale w Kaszgarze obowiązuje czas pekiński. Co jedliśmy, nie do końca jestem pewien, ale było świetne i pikantne. Spać poszliśmy nie objedzeni lecz obżarci.

 

24 lipca 2013, Tash Rabat

stan licznika: 7322 km

Dzisiejszy przejazd w stronę chińskiej granicy nie był długi, ale za to wyjątkowo malowniczy. Szutrowe drogi wiodły nas przez przełęcze i kotliny rzek na tyle piękne, że już teraz ostrzymy sobie zęby na penetrowanie Kirgistanu w drodze powrotnej z Tybetu. Z ponad trzech tysięcy metrów zjechaliśmy na niewiele ponad tysiąc, by potem znów się wspinać na 3500m npm. Mijane formacje skalne miały na przemian kolory szare, brunatne, czekoladowe, pomarańczowe. Serpentyny górskie zapierające dech w piersiach nie tylko kierowcom. Nasi wspaniali mężczyźni na swych wspaniałych maszynach parli naprzód nie zwracając uwagi na kopcenie z rur wydechowych. Brak tlenu w powietrzu plus stromizny zmuszają do redukowania biegów i bywa, że wspinamy się na „jedynce”.

Ostatnie zakupy poczyniliśmy w Naryniu, jedynej większej miejscowości na szlaku. Ostatnie porządki przed chińską granicą robiliśmy już wieczorem nad jeziorem przed przełęczą Tourgat. Zapaliliśmy też prawdopodobnie ostatnie ognisko (drewno przytaszczyliśmy na dachowych bagażnikach z nizin) przed powrotem do Kirgistanu. Dalej na szlaku drzew się raczej nie spodziewamy, a zapach tlącego się suszonego nawozu do przyjemnych nie należy.

Adaptacja na wysokościach przebiegła pomyślnie i nikt się na dolegliwości nie skarżył, co nas cieszy, bo przed nami już tylko podnóże Tienszanu, Karakorum i Himalajów. Zaopatrzyliśmy się w sporo lekarstw i instrukcji medycznych, mamy też ze sobą butle z tlenem dla niedomagających, ale mamy nadzieję nigdy ich nie rozpakowywać.

Ostatnim punktem etapowym na kirgiskiej trasie była wizyta w karawanseraju z IX wieku w Tash Rabat. Tędy musiał jechać na wschód Marco Polo! Podróżnikiem był śmiałym i wytrwałym, geografem gorszym, dlatego trudno jego trasę dokładnie odtworzyć. Jednak jest bardzo prawdopodobne, że właśnie tędy wjeżdżał do Państwa Środka. Pozostało nam obejrzeć średniowieczny hotel z parkingiem dla wielbłądów. „Hotel” był nad wyraz skromny i bardziej przypomina kopulasty kamienny bunkier. Tutaj kupcy chronili siebie, zwierzęta i towary przed rabusiami i niepogodą. My zamiast rabusiów spotkaliśmy Kirgizów, którzy swój barani piknik robili właśnie tutaj. Obwity jak na trwający właśnie ramadan. Poczęstunkom mięsnym i płynnym nie było końca, a odmawiać byłoby nietaktem.

Offroadowi zdobywcy próbowali nawet ostatnią przełęcz kirgiską Jedwabnego Szlaku pokonać, ale musieli przegrać z historią, gdyż ostatnie kilometry można przebyć tylko konno lub sportowym jednośladem. Do granicy Chin pojedziemy więc zawstydzającym nasze auta asfaltem.

 

23 lipca 2013, Song Kul

stan licznika: 7121 km

Zanim się rozpłynę w zachwytach nad urokiem tego cudnego jeziora na wysokości 3000m npm, spieszę wyjaśnić tym, którzy nas drobiazgowo sprawdzają z mapą w ręce, że kilometraż podaję według zapisu GPS, a droga z Issyk nad Song to dystans ok. 200 kilometrów, jednak wyskok Prezesa do Biszkeku „nakręcił” nam dodatkowych kilka setek. Stąd mamy na koncie ich trochę więcej.

Nad Song Kul pierwsi dotarli już przedwczoraj Ania i Jarek Kowalczykowie, potem dojechał Prezes z „samolotowiczami”. A reszta zlatywała się jak pszczoły do miodu z różnych stron, lub jak ćmy nocą. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w komplecie – 11 pojazdów, 31 osób. Do wspólnej fotografii nie udało mi się wszystkich zagonić, ale i tak wyglądamy malowniczo. Szczególnie gdy piknikujemy i rozkładamy się na nocleg.

Song Kul jest obszarem chronionym i ciągle przez turystów niezadeptanym. Służy przede wszystkim pasterzom, a turyści są tylko dodatkiem. Pasterze przybywają redykiem nad jezioro pod koniec maja i zostają do września. Prowadzą ze sobą stada owiec, koni, cieląt i niestety coraz rzadziej jaków. Na zimę schodzą 1500 metrów niżej. Na górskich halach rozkładają tradycyjne jurty, ale bywa że i nowocześniejsze wynalazki mieszkalne. Strawę gotują na piecykach opalanych suszonym bydlęcym nawozem (kizjakiem), ale coraz częściej można przy jurtach zobaczyć choćby panele przetwarzające energię słoneczną. Górale Tien Szan bronią swej tradycji (np. jurt i konnego transportu) nie tylko z biedy. Wbrew pozorom zarówno wojłokowa jurta, jak i wierzchowiec mają umowną bardzo wysoką cenę (nawet kilkanaście tysięcy dolarów) i decydują o statusie społecznym. A gdy jeszcze pojawili się zagraniczni turyści, nad jeziorem niektórzy pasterze rozbili też większe jurty służące i przynależne wioskowym bogaczom. Podejrzewam, że niektórzy nawet zamienili swe stada na kilka jurt, gdy zorientowali się, że na turystycznych usługach zarobek jest większy niż na wełnie, mleku, kumysie i serze.

Więc niektórzy z nas za drobną opłatą pojeździli konno. Tylko załoga z Puszczykowa (Cezary i Marcin) nieczuła na miejscowy folklor grała na górskich pastwiskach w golfa. Prawdopodobnie zainaugurowali w ten sposób najwyższe pole golfowe świata… Spacer za mocno bitą piłeczką to dość duży wysiłek, bo tlenu w powietrzu zdecydowanie mniej niż mamy w domu.

Odwiedza nas sporo pasterzy. Najczęściej są zainteresowani naszymi papierosami i piwem. Ale nienachlani i zawsze uśmiechnięci. Zachęceni przez górali zdecydowaliśmy się na proszoną kolację. Za już niekoniecznie drobną opłatą gospodarze zakończyli żywot jednego z baranów i zjedliśmy w jurcie to co z niego uczyniono. Rąbanka i spore kawałki łoju zostały uduszone w sporym kotle tylko z dodatkiem soli. Nie był to może posiłek wyszukany, ale tzw. miłe okoliczności przyrody sprawiły, że dla wielu z nas był to najsmaczniejszy baranek w życiu. Ponieważ gospodarze nie kazali nam spożywać głowy baranka, jak to we zwyczaju mają, uczciliśmy to stosownymi toastami.

Był to nasz pierwszy od opuszczenia domu dzień, w którym nie trzeba było jechać autem! Oby nie ostatni. Odpoczynek nam się należał.

Pełnia księżyca i rozgwieżdżone niebo długo nie pozwalały usnąć. Temperatura zero stopni Pana Celsjusza również. Gdy więc zgaszę komputer, wsunę śpiwór do goreteksowego pokrowca, rozłożę karimatę na łące i powącham tutejsze zioła. A dominuje zapach podobny do lawendy zmieszany z tym co zwierzęta zostawiają po sobie, a górale nie zdążyli zebrać na opał.

 

22 lipca 2013, w drodze nad Song Kul

stan licznika: 6379 km

Ktoś spyta, czemu wybraliśmy tak męczącą formę odpoczynku. O tym że jest to frajda dla całej rodziny opowiem przy innej okazji. Teraz tylko krótki wpis dotyczący tego co niektórych z nas bawi.

Pierwszą priorytetem jest chęć docierania własnym samochodem do miejsc, w które inne auta nie dojadą. Zamiast więc wygodnych limuzyn mamy auta terenowe. Takie „wszystkomające”. Szkoda miejsca by opisywać co mamy pod maską i jak się zbroimy do jazdy w teren. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi.

Drugim etapem jest budowanie wnętrza tak aby sprostało oczekiwaniom bytowym. Zwykle jeździmy w składach dwuosobowych (o całkiem licznych wyjątkach w naszym konwoju opowiem też przy innej okazji) i każda załoga na miarę swoich potrzeb i możliwości finansowych buduje „domowe przytulisko”. W autach przecież nie tylko nawijamy kilometry, ale śpimy, gotujemy itd. Niektóre wnętrza naszych pojazdów przypominają klasyczny kempingowy bałagan. Czasem namioty umieszczone są na dachach. Ale niektórzy budują sobie mini kajuty na wzór jachtów, a bywa że kontener mieszkalny ma też podnoszony dach, parę innych bajerów i jest połączeniem kampera z terenówką.

Trzecią cechą rozpoznawczą naszej wakacyjnej zabawy jest… grzebanie w autach w zależności od tego, jak się zachowuje na drodze i poza nią. Awarie zdarzają się nawet niedzielnym kierowcom, natomiast intensywne używanie aut w terenie podnosi ryzyko. Tysiące pokonywanych kilometrów też dają o sobie znać. Więc większość z nas ciągle coś tam dziobie pod maską lub pod podwoziem. Każda taka okazja oczywiście mobilizuje i angażuje całą grupę pomocników (pożytecznych) i doradców (a szlag by ich trafił). Moim zdaniem wygląda to zabawnie, co widać czasem na zdjęciach. Ja do większości „mechaników” nie należę, dlatego mam czas na uprawianie sztuki epistolarnej, gdy inni zmieniają olej.

 

22 lipca 2013, Issyk Kul

stan licznika: 6280 km

Turysta (również zagraniczny) nie jest na Issykiem niczym niecodziennym. Wiec po raz pierwszy w tej podróży skorzystaliśmy z oferty „wypoczynkowej”. Spaliśmy w ośrodku jakby wczasowym w całkiem wygodnych domkach. Za 80 dolców dostaliśmy czteropokojowy apartament z kuchnią. Odrobina luksusu (prysznic, łóżko) nam nie zaszkodziła. Z satysfakcją też odnotowuję, że w Kirgizji się w turystykę intensywnie inwestuje.

Prezes pojechał na lotnisko w Biszkeku po trzech leniwców, którym nie chciało się robić sześciotysięcznej „dojazdówki”. Więc „ślad” na mapie przez kilkanaście godzin nie będzie się zgadzał z relacją pisemną. Przesiadłem się do innego pojazdu, a ponieważ rano dogoniło nas 5 załóg, w sześć samochodów daliśmy sobie pierwszą porcję offroadu.

Nowicjuszami nie jesteśmy więc od razu wyznaczyliśmy sobie dwustukilometrową przeprawę przez dwie przełęcze sięgające niemal 4000m npm. Kto był w Kirgizji, wie że mapy mają tu marne, bardzo ogólne i nie zawsze zgodne z rzeczywistością, a drogowskazów poza głównymi szosami nie prowadzą wcale. Pytać o drogę w górach raczej nie ma kogo, często więc trzeba zawracać i szukać właściwych skrętów lub brodów. Pogoda też zdarzyła nam się niefortunna – deszcz, a powyżej 3500 trochę śnieżyło. Jednak mimo zachmurzenia widoki zapierające dech w piersiach. Jak to w Tien-Szan.

Jazda w górach była pełna emocji, ale po to się ma takie pojazdy, żeby je czasem zmęczyć. W ciągu pierwszych 3 godzin zrobiliśmy… 35 kilometrów. Mało. Ponieważ za pierwszą przełęczą Tosor (3890m npm) pogoda była jeszcze gorsza, a moje wspomnienia z poprzedniej tutaj przeprawy w 2008 roku były delikatnie mówiąc niezbyt optymistyczne, w trzy samochody zawróciliśmy i po kolejnych 2 godzinach wróciliśmy nad Issyk czyli na wysokość 1600m npm. Natomiast pozostała trójka ambitnie pojechała dalej. Przeprawę skończyli późno w noc.

A my po pańsku asfaltem pojechaliśmy w stronę Song Kul.

 

21 lipca 2013, Issyk Kul

stan licznika: 6199 km

Już pierwsze kilometry po drugiej stronie masywu Tien-Szan wywołują w nas i zachwyt i uśmiech. Jest zielono, czysto, bukolicznie. Na górskich (ponad 2000 m) pastwiskach stada baranów, koni. Koń jest też podstawowym środkiem komunikacji. Pewnie się na wyczyny kirgiskich kowbojów jeszcze napatrzymy.

Póki co sprawdzamy pracowitość… pszczół. W mijanych górskich kotlinach, nad strumykami, wśród łąkowego kwiecia rozłożone są dziesiątki mobilnych pasiek. Na podwoziach ciężarówek zgrupowane są ule. Przybywają tu ze swymi właścicielami zaledwie na 5-6 tygodni. Od początku lipca do połowy sierpnia.

Zatrzymaliśmy się przy jednej z pasiek. Gościnność, jak zwykle w Kirgizstanie, przysłowiowa. Próbujemy miodu. Oganiamy się od pszczół, albo one odganiają nas. Duże wrażenie robi na nas miód sycony. Myśleliśmy, że to tylko polska specjalność. Tutejszy specjał, zwany z rosyjska miedowuchą, jest nieklarowany, pływają w nim zapomniane pszczółki, nie jest męcząco słodki. Nabywamy stosowny zapas za symbolicznego dolara. Pszczelarz uparł się, że więcej nie weźmie!

Zjeżdżamy w stronę jeziora. Przed Przewalskiem w Karakol jest nawet agencja turystyczna! I są turyści. Głównie (poza miejscowymi) z Rosji. Ożywienie (biznesowe) na ulicach olbrzymie. Wszak jest niedziela, dzień targowy. Kolorowo, hałaśliwie, orientalnie.

Jedziemy wzdłuż jeziora szukać rozproszonych polskich załóg tybetańskiego konwoju. Przed nocą sprawdzimy temperaturę jeziora. Góry za nim rzeczywiście Niebiańskie.

 

21 lipca 2013, granica kazachsko-kirgiska

stan licznika: 5956 km

Opuszczamy Kazachstan bez zachwytów. Bezkresy stepów. Bardzo biedne wsie. Pełne kontrastów miasta. Kapitalizm w stanie szczątkowym. Życie „dzieje się” tylko przy głównych drogach (a wiele ich nie ma). Mijane miejscowości sprawiają wrażenie nędznych bazarków, na których czeka się (z pomidorami i arbuzami) na przejezdnych. Mimo dwóch dekad niepodległości i czegoś zbliżonego do kapitalizmu państwowego wszędzie widać zdruzgotane przez ludzi i czas betonowe pamiątki po komunizmie. Resztki betonowych fabryk. Resztki betonowych kołchozów. Resztki betonowych przystanków autobusowych. Poza Astaną i Ałmaty wszędzie jedno wielkie śmietnisko. W parku narodowym też. I tak jak w Rosji zaskakiwały schludnością cerkwie, tak tutaj czysto jest tylko wokół meczetów. Nowych meczetów.

Spotykani ludzie wykazują wiele sceptycyzmu. Ale wyłącznie wobec władzy. Tego że sami nie dbają o swe otoczenie i przyszłość jakoś nie dostrzegają. Żyją jak za cara i jak za pierwszego sekretarza… Czekają aż coś się stanie. A dzieje się faktycznie niewiele. Gdy pytamy, czemu tu czegoś nie ma, albo na odwrót, pytamy czemu jest coś co nas niezmiernie dziwi, wszyscy odpowiadają: „eta Kazakhstan!”. Mimo więc szumnych zapowiedzi, deklaracji,  i mimo gigantycznych zasobów naturalnych Kazachstan nie jawi się krajem przyszłości. Przynajmniej takim podróżnikom, jak my.

Do Kirgizji wjeżdżamy o dziwo bez perturbacji granicznych. Na przełęczy zimno i wietrznie.

 

20 lipca 2013, Czaryń

stan licznika: 5797 km

Pierwszy dzień, który przyniósł wrażenia estetyczne i atrakcje turystyczne, a nie tylko obserwacje socjologiczne i… drogowe. W dodatku prawdopodobnie jesteśmy teraz w Kazachstanie sławni. Ale po kolei…

Spaliśmy na łączce wśród hektarów trzcin. Niedaleko od Ałmaty. Odespaliśmy zaległości. I wyruszyliśmy wczesnym popołudniem przez rolnicze wioski w stronę gór Tien-Szan. Naszym celem był Kanion Czaryński. Wkrótce okazało się, że nie tylko naszym.

Kanion jest miniaturą Wielkiego Kanionu w USA. Miniaturą pod każdym względem. Dojazd słabo oznaczony, droga gruntowa, zero infrastruktury turystycznej. Nie ma pamiątek, nie ma lodów, nie ma pocztówek, nie ma toalet. Ale atrakcja nazwana narodowym parkiem jest zabiletowana (około 4 dolarów). Nad kanionem jest kilka szutrowych ścieżek, po których plątają się samochody. W dół kanionu można schodzić tylko pieszo. Krajobrazy bliskie tym, które znamy z Arizony i Newady. Osypujące się ostańce w kawowych i pomarańczowych barwach.

Na miejscu nietypowy wygląd naszych dwóch samochodów przyciągnął operatorów państwowej telewizji, którzy właśnie coś tam próbowali rzeźbić na temat przybywających do Kazachstanu Turystów. Przedstawili się jako Telewizja Prezydencka – nie wiemy czy chodzi o to, że nadaje do ludu prezydent, czy może jest to telewizja, którą tylko prezydent ogląda. Spytali, czy mogą nas sfilmować. Wyraziliśmy uprzejmą zgodę – prezydentom się wszak nie odmawia. I mając sprytny plan przez godzinę jeździliśmy po wzgórzach na komendę „akcja” i udawaliśmy, że z aut wysiadamy i fotografujemy przepiękne okoliczności przyrody. Na koniec spytaliśmy, czy prezydencka TV może zechciałaby sfilmować jak jedziemy dnem kanionu… Tak! Załatwili! Za dodatkową opłatą manipulacyjną. Wtedy jak muchy zaczęli zlatywać się inni członkowie naszego konwoju, których od Polski nie widzieliśmy. Taka jest siłą prezydenckiej Telewizji. Szybko zamieniliśmy się w konwój 7 malowniczych pojazdów.

I spuściliśmy się offroadem na dno. Było bajecznie, kręto, stromo. Przez wąski tunel przecisnęły się tylko dwa pojazdy, ale dobre i to. Nagrodą dla wytrwałych był piknik nad rzeką Czaryń, który zauroczył nas na tyle, że postanowiliśmy nad Czaryniem nocować. Reszta spotkanych załóg się rozpierzchła po Górach. Spotkać się mamy pojutrze.

Fajną rzekę, fajny kanion i fajną telewizję ma prezydent Nazarbajew.

 

19 lipca 2013, Ałmaty

stan licznika: 5577 km

Noc rozrzuciła nasze cztery załogi po stepie. Reszta tybetańskiej ekipy już po kirgiskiej stronie Tien-Szanu. Dwie załogi zdecydowały się na nocleg zaraz po opuszczeniu Astany, dwie na nocną jazdę. Ponieważ nie jedziemy tędy pierwszy raz, wiemy że 1200 kilometrów stepu jest przede wszystkim nudna. Prezydent Nazarbajew prawdopodobnie do Ałmaty nie jeździ drogą, bo jest podła. Na południe ciągnie nią kawalkada tirów z importowanymi towarami z Rosji i Europy. Na północ jedzie tyle samo (bardzo dużo!) ciężarówek, które wiozą tylko arbuzy. Można odnieść wrażenie, że arbuz jest w tutejszej wymianie towarowej produktem podstawowym i niezastąpionym. Na drodze więc tłocznie i ryzykownie, bo duzi tak mają, że małych (czyli naszych aut) nie szanują. Bywa nieprzyjemnie, czasem wręcz niebezpiecznie. Z prezesem zmieniamy się za kółkiem co godzinę. Odpoczynek zmiennika jest czysto umowny, gdyż na nierównym asfalcie rzuca autem jak w wesołym miasteczku i obaj mamy już siniaki. Druga załoga (Tadeusz z Piotrem) dzielnie trzymają się naszego ogona.

W Karagandzie, którą pamiętamy sprzed lat pięciu i sprzed lat trzech jako jedno z najsmutniejszych miejsc na ziemi, przeżyliśmy szok. Blokowisk co prawda nikt nie wyremontował, ale za to wyposażono bloki w… neony. Motywy ptaków, kwiatów, szczęścia i radości zmieniły paskudztwa w choinki. Najmocniej oświetlony był główny meczet (całkiem nowy), w którym trwały modły (a było po północy). Coś jakby ramadan. Modlących jednak niewielu. Większy tłok w restauracji z japońskim suszi. Neony i świetlne girlandy świeciły się nawet na budynkach, które dopiero powstają.

Świt na stepie był całkiem słoneczny (w nocy trochę popadało). Spotykane wielbłądy miały nas w nosie i spacerowały majestatycznie po szosie. W przydrożnych jurtach zaopatrzyliśmy się w kumys (kwaśne kobyle mleko o właściwościach lekko oszałamiających) oraz w szubat (kwaśne mleko wielbłądzicy o właściwościach wyłącznie orzeźwiających).

Dzienne światło pokazało też nam, że nawet półpustynny step można zamienić w śmietnisko, a ognisko rozpalić z samochodowych opon. Cóż, co kraj to obyczaj.

Do Ałmaty wpadliśmy więc z ulgą i na krótko. Internet znaleźliśmy przy… lodowisku (taką tu latem mają największą atrakcję). Auta umyliśmy z pustynnego kurzu. Zapchane filtry paliwowe (diesel tani, ale daleki od doskonałości) wymienione. Więc można by jechać dalej. Mamy nad innymi załogami przewagę jednego dnia więc chcemy zmodyfikować trasę nadłożyć kilkaset kilometrów i pojechać na wschód w stronę Kanionu Czaryńskiego.

 

18 lipca 2013, ciągle Astana

stan licznika: 4180 km

Auta stoją grzecznie pod hotelem (chwilowy powrót do cywilizacji przykrości nam nie sprawia) więc kilometraż bez zmian. Po mieście z powodu korków wolimy poruszać się taksówką czyli tzw. łebkiem. Wystarczy wyjść na jezdnie i wystawić rękę, coś stanie w ciągu 10 sekund. A jak nie stanie, to pieszego rozjedzie. Nie tylko z powodu „wojny” na jezdni oglądamy nową stolicę nowego Kazachstanu z mieszanymi uczuciami.

Po pierwsze, bo pada deszcz. W lipcu rzecz rzadka. Kazachowie ze swym poczuciem humoru zwalają winę na kolejną rosyjską rakietę, która spadła w Bajkonurze i uniosła się ponoć w górę wielka chmura niewiadomo czego. W każdym razie z fotografii nici.

Po drugie, bo pełna rozmachu stolica i jej więcej niż okazałe budynki zaskakują swym sąsiedztwem… Parę kroków w bok i znów cofamy się do epoki Breżniewa i zniszczonych blokowisk z wielkiej płyty i bieda-domków. Ohydnych. Na takim tle wcale nie trzeba budować ze złota i kryształu by podkreślić skalę zmian. Nieco dalej od centrum powstają też nowe, kosztowne budynki mieszkalne i wyraźnie widać, że stoją puste. Nikogo nie stać na takie mieszkania?

Po trzecie, gdyż żaden z poznanych Astańczyków nie wykazuje entuzjazmu z którego znany jest prezydent. Narzekają (jak Polacy), że zbudowano dużo, bo widać „oni” wszystkiego nie ukradli. „Oni” to prezydent Nazarbajew i jego rodzina. Widać, że przeskok z średniowiecza i kultury pasterskiej do XXI wieku wcale wszystkich nie ucieszył. Beneficjenci gospodarczych zmian są nieliczni, a ich część przyjechała do Kazachstanu z bardzo daleka.

Po czwarte, bo wszystko (co zbudowano nowego) dosłownie tonie w kwiatach i kwietnych klombach, a mnie najbardziej dziwi, że kwiaciarnie są otwarte całą noc. Prawdopodobnie (dawnym sowieckim obyczajem) aby spóźniony mąż nie wracał do domu z pustymi rękami. Nie jest to niestety jedyny zwyczaj utrwalony w dawnej republice związkowej.

Po piąte, bo wyśniony wczoraj i powtórzony dziś barani szaszłyk okazał się przy głębszym sprawdzeniu wyrobem kaukaskim, a nie kazachskim. I może dlatego tak smakował?

I wreszcie po szóste, bo w całym mieście nie ma drogowskazów i wyjazd po niedokończonych (budujemy, budujemy!) ślimakach i rozjazdach jest cokolwiek zabawny, przypomina lot muchy nad....

Uciekamy wraz z nadchodzącymi ciemnościami w stronę Karagandy i Ałmaty (dawniej Ałma-Aty)

 

17 lipca 2013, Astana

stan licznika: 4180 km

Prawie dobę jechaliśmy wśród brzóz. O świcie mgiełki dopełniły liryczny pejzaż. Gdy skręciliśmy na południe w stronę Kazachstanu las chwilami rzednął. Brzozy formowały odosobnione gaje wśród pastwisk i pól uprawnych. Potem (100 km w głąb Kazachstanu) brzozy się skończyły, o czym przy szosie przypomnieli nam handlarze brzozowymi witkami, bez których ruska bania nie miałaby sensu. Zaczął się step, pastuszkowie zaczęli pilnować krów nie na piechotę lecz z siodła.

Oprócz witek brzozowych przy drodze roi się też od sprzedawców poziomek i malin. Podobno leśnych… Dziwne, bo w zasięgu wzroku lasu nie widać. O życzliwości natury świadczą też nieprawdopodobne ilości proponowanego przejezdnym miodu. Jawi się więc Kazachstan krajem miodem płynącym. Mijane pola uprawne też zaskakują. Przeważa złoto-żółty rzepak i jasnobłękitne roślinki chyba pastewne. Wychodzi na to, że w domniemanej krainie Borata uprawy rolne mają kolor narodowej flagi!

Paliwo ponownie tańsze! W okolicach dwóch złotych za litr. Jeździć, nie umierać! A jeszcze 250 km przed Astaną zaczyna się sześciopasmowa autostrada. Samochodów na niej co kot napłakał, zdarza się też jadący pod prąd kazachski kowboj na koniu. System płatności na autostradzie (250 km za 5 złotych!) jest elektroniczny i wprawia w osłupienie nawet miejscowych kierowców. Samochód i jego tablica rejestracyjna są (prawdopodobnie) fotografowane i jakiś mądry komputer przy zjeździe przetwarza dane i podaje żądana kwotę.

Do Astany wjeżdżamy pod wieczór więc opowiadać nie ma o czym. Chyba tylko o genialnym smaku pierwszych w tej podróży jagnięcych szaszłyków i całkiem przyzwoitym koniaku Kazakstan i Żenis (czyli po kazachsku Pobieda). Zwiedzanie miasta budowanego przez dożywotniego prezydenta Nazarbajewa zostawiamy na jutro.

 

16 lipca 2013, Czelabińsk

stan licznika: 3090 km

O ile przed Uralem sosna górowała nad brzozą, a pola słoneczników ciągnęły się po horyzont, o tyle po przekroczeniu gór jest już tylko brzoza, brzoza i brzoza. Lato nie jest w tym roku łaskawe. Często pada, jest chłodno. Komary urosły na naszej krzywdzie do rozmiarów much, a muchy są wielkości trzmieli. Szlag by to trafił, nici ze spania pod chmurką i gwiazdami ;-)

Nasz samochodziarzy zwykły dzień jest niecierpiącą zmian powtarzalnością. Rutyna wyrzuca nas z „pościeli”, gdy tylko się rozjaśni. Szybkie śniadanie na trawie i w drogę. Jazda w kolumnie kilku aut nas spowalnia. W dodatku poruszamy się główna arterią komunikacji kontynentalnej (Moskwa – Władywostok) więc toczymy się w długim ciągu tirów. I w ich tempie. Wyprzedzanie jest trudne i ryzykowne. Policji drogowej jest nie mniej niż komarów. Więc gdy osiągamy średnią 60 km/h jesteśmy zadowoleni. Obiadów nie gotujemy, nie ma takiej potrzeby. Wzdłuż drogi ciągną się knajpy i knajpki z nieśmiertelnymi szaszłykami, pielemieniami, czyburykami. Smacznymi!

Najwięcej postojów mamy oczywiście na stacjach benzynowych. Jeszcze 5 lat temu można było obawiać się, że do następnej będzie zbyt daleko, a paliwo chrzczone. Dziś konkurencja firm rozbudowała sieć do gigantycznych i kuriozalnych rozmiarów. Gazprom konkuruje z Łukoilem, z nimi rywalizują firmy z Baszkirii i Tatarstanu. Na tym samym kilometrze! Tam gdzie jeszcze niedawno tankowaliśmy z zaparkowanej na poboczu brudnej cysterny, teraz są eleganckie stacje z Subwayem i innymi atrakcjami. Sauna i restauracja nie jest już żadnym zbytkiem. Przy drodze można też kupić wszystko co potrzebne i niepotrzebne, na przykład aparaturę do pędzenia bimbru.

Na zwiedzanie czasu nie mamy, zwykle musi wystarczyć krótki spacer i zakupy. A piszący te słowa nie ma nawet na to czasu, bo loguje się do sieci by napisać i wysłać kolejny odcinek bloga. Nocujemy na leśnych polankach, które przy świetle dziennym okazują się wysypiskami śmieci lub na parkingach ciężarówkowych. Chcieliśmy, to mamy…

Do Czelabińska dotarliśmy o północy więc nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy posprzątali po niedawnych „opadach” meteorytów. Nie ma ten Czelabińsk szczęścia. Nie dość że wychowała się tu Nelli Rokita, to co jakiś czas mści się na ludziach i przyrodzie tutejszy przemysł. Jak w 1957 roku (tym samym co urodziny Nelli), gdy w powietrze wyleciało 80 ton materiałów radioaktywnych, a następstwa były ponoć groźniejsze niż po katastrofie w Czarnobylu. Zmykamy więc w podskokach. Bez postoju, bez pikniku. Do Astany mamy ponad 1000 kilometrów, pojedziemy całą noc.

 

16 lipca 2013, Ural

stan licznika: 2661 km

Gdzie zaczyna się Azja? Pozornie i geograficznie na Uralu. Markiz de Custine jednak w swoich „Listach z Rosji” w 1839 roku twierdził, że Syberia zaczyna się na… Wiśle. I pewnie jest w tym sporo prawdy. Bo Syberia to pojęcie również odwołujące się do wyobraźni. Syberia dla idiotów to daleka i mroźna pustota oraz białe niedźwiedzie. Syberia dla Polaków ma dodatkowo srogie konotacje polityczne, choć zwykle nie pamięta się, że Józef Piłsudski powtarzał w zaufanym gronie, iż nigdy nic piękniejszego niż Syberia nie widział. Może Syberia i Azja zaczyna się tam gdzie mężczyźni odpoczywają kucając, a kobiety nie odpoczywają nigdy? A może tam, gdzie w przyrodzie zaczynają dominować brzozy i komary? Może tam gdzie herbatę parzy się w samowarze, a pija się ją ze szklanki zamiast filiżanki i słodzi konfiturami, a nie cukrem? Nawet geografowie nie są pewni, czy Europa kończy się na wschodzie czy zachodzie Uralu i którą rzeką dzielić Euro-Azję na południe od Uralu.

Nasze wrażenia są również ambiwalentne. „Azjatyckość” obyczajów razi już tysiące kilometrów przed Uralem. Gdy policjanci próbują wymusić łapówkę. Gdy mijani kierowcy idą na czołówkę. Gdy miejski park jest wysypiskiem śmieci. Gdy rzeki przypominają ścieki. Gdy nad mijanymi miejscowościami dominują złocone kopuły cerkwi. Cerkwi niebieskich na Ukrainie i białych w Rosji. Gdy diesel jest z każdym kilometrem tańszy.

Azjatycką „miejscówkę” podbijamy rzeczywiście na Uralu, gdy GPS melduje pozycję N 55°01’05,46’’ i E 59°44’03,73’’, a światu szoferów na wszelki wypadek przypomina o tym przydrożny pomniczek. Żegnamy tym samym Rosję kontynentalnych dysproporcji cywilizacyjnych i zaczynamy syberyjski bezkres. Żegnamy się bez żalu.

Są w Rosji miasta takie jak Samara, gdzie skupiony nad Wołgą przemysł, fabryki, elektrownie, zakłady petrochemiczne dają szanse lepszego życia. Gdzie nawet odziedziczone po komunizmie blokowiska odmalowano i wysprzątano. I nie pije się już kwasu u ulicznego sprzedawcy, ale idzie z dziećmi do MacDonalda. W mieście Syzrań, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem (zakłady petrochemiczne), na ulicach nie ma nawet niedopałków, a po trawnikach nikt nie depcze. Rowery przed sklepem stoją bez zabezpieczających łańcuchów, a kantory są nikomu niepotrzebne (więc ich po prostu nie ma), bo w banku jest dobry kurs i nie pobiera się prowizji. Państwowy kapitalizm w wersji putinowskiej może nie podoba się polskim i brukselskim demokratom, ale Rosji przywraca poczucie godności, a Rosjanom względny dobrobyt. Potęga surowcowa i coraz sprawniejsze egzekwowanie podatków pozwala naprawiać kraj po długich latach smuty.

Ciągle jednak pozytywy zmian dotyczą nielicznych aglomeracji, które jak Ufa dostały prezent od losu w postaci ropy naftowej (podstawa gospodarki republiki baszkirskiej). Na prowincji jest wiele gorzej, a w małych wioskach wręcz odstręczająco. Resztki drewnianej architektury zapadają się pod ciężarem eternitu. Sieć gazowa absurdalnie oplata fronty domów i uliczki pomalowaną na żółto pajęczyną. Sieć ciepłownicza w miasteczkach też prowadzona jest dumnie na powierzchni co estetyki nie podnosi. Itd., itp. Niemal każda miejscowość otoczona jest wianuszkiem nielegalnych wysypisk śmieci. I niemal zawsze jedynym miejscem zadbanym jest cerkiew i jej otoczenie.

Czy po drugiej stronie Uralu będzie inaczej?

 

15 lipca 2013, nad Wołgą

stan licznika: 2011 km

W zasadzie Rosja zasługuje na osobną powolną podróż. Mawia się (właściwie mawia rosyjski entuzjasta Eustachy Ścibor-Rylski), że Rosji nie pozna się w nawet długiej podróży, cała prawda o Rosji jest w literaturze (klasycznej, przedrewolucyjnej). Nie zgadzam się z tym uproszczeniem, bo wzruszają mnie wszystkie pasiołki, chutory, których nazwy brzmią jak zdrobniałe żeńskie imiona i kończą się na –ewka, -owka, -awka. Więc omijamy traumatycznie zaniedbany Kursk, dynamiczny Woroneż, zatłoczony Saratów. O tych miastach nic dobrego powiedzieć nie potrafię więc wolę milczeć. Wybieramy prowincję między Donem i Wołgą. Nieskończoną przestrzeń, która mogłaby wykarmić pół świata, a żywi może jego jeden procent. Krainę czarnoziemu, który rzeczywiście czarny jest jak węgiel.  Wokół zresztą już po żniwach, a jak nie to w nocy mijamy pracujące kombajny.

Bo zamiast spać, całą noc jedziemy, by wschód słońca zobaczyć nad Wołgą. W małej wiosce Aleksiejewka. To granica Rosji niezniszczonej  przez wojnę drugą światową. Tutaj zachowała się drewniana wiejska architektura. Urocza, choć coraz mocniej nachylona nad własną biedą. Jednoizbowe chatki oszpecone instalacjami gazowymi, chuda krowina, pojedyńcza jabłoń rodząca kwaśne jabłka. Skromne sklepiki, a przed nimi jeszcze babcie z kartoszką, rybacy z rybą. Wszystko co do zepsucia było, zepsuto we własnym, sowieckim towarzystwie. Degradacja infrastruktury straszliwa. Jedyna dobrze utrzymana posesja to oczywiście odnowiona cerkiew. Sennie, pusto, cicho.

Po to gnaliśmy nocą, by w dzień nad Wołgą popiknikować. Zdarzył nam się trzykilogramowy szczupak (mniejsza o to jak i za ile) więc grill się ucieszył jak cholera. Smacznie było i obficie. A w zasięgu wzroku na nadwołżańskich skarpach nikogo. No prawie… była jedna nudystka. Świat prowincjonalny jest piękny! I dobrze zbudowany. Ma wszystkiego ciut więcej niż potrzeba, niebieskie oczy, blond włos i najchętniej by stąd (z Aleksiejewki) uciekła. Może i dobrze, że na starość wzrok już nie ten… Więc skromnie uciekamy my.

I tak pomykamy dalej wzdłuż Wołgi, przez wioski i miasteczka, w których nikt się nie wstydzi pomnika Lenina (w końcu nie chodzi o to co nam się podoba, ale co nie przeszkadza im!), ani ulicy Marksa i Czapajewa.

Dzień był wypoczynkowy więc noc pewnie będzie znów szofersko pracowita.

 

14 lipca 2013, Sumy

stan licznika: 1166 km

Dzień jakich nie lubimy. Skoro prezydenta nam w Łucku jajami obrzucili, wynosimy się z Ukrainy ekspresowo. Każda załoga marnuje jednak po kilka godzin na przejściu granicznym z Rosją. Cóż z tego, że dokumenty w porządku. Cywilizacja ukraińskich służb celnych rozwinięta na granicy z Polską wschodu nie dotyczy. Ukraińcy grzebią nam w samochodach jak w swoich. I co chwilę się im coś do rąk „przykleja”. Grabią turystów bez żenady. Tracimy wędkarskie przynęty, nóż myśliwski, samochodowe gadżety, nawet baterie do latarek. Z kolei Rosjanie zaskakują nas uprzejmą i profesjonalną odprawą. I bądź tu mądry! Spodziewaliśmy się czegoś odwrotnego.

Przed granicą jeszcze zaglądamy na zakupy do samych Sum. Niedziela handlowa, największy ruch w sklepach monopolowych. Ciekawostką może być to, że tylko nieliczni kupują wodę życia w butelkach – większość klientów zamawia (powtarzam, w sklepie!) po prostu sto gram i konsumuje przy kasie. Z kolei w restauracji, w której pizza jest droższa niż w Nowym Jorku i Neapolu, na kelnerkę doczekać się nie możemy, bo (my, prowincjusze) nie wiemy, że trzeba nacisnąć guziczek gadżetu elektronicznego na stoliku. Tak… podróże kształcą.

Jedyną osłodą dnia są ciągnące się po horyzont tysiące hektarów słoneczników. Wszystkie skierowane buziami na wschód. Tam gdzie coraz bliżej Ukraińcom, tam gdzie zmierzamy my.

Rosję więc witamy z radością i po rosyjsku, kieliszkiem dobrze schłodzonej substancji o wdzięcznej nazwie Żurawli.

 

13 lipca 2013, Kijów

stan licznika: 833 km

Z wesela wyszliśmy po pierwszych toastach. Kijów planowaliśmy trawersować późną nocą, żeby nie utknąć w korkach. Sobotnia noc okazała się jednak całkiem ruchliwą. Centrum stolicy opanowane przez młodzież. Aura i obyczaje buntowniczego Kijowa sprzęgły się solidarnie. Przechodnie „guliajet” po głównych ulicach i placach. Dosłownie, a nie w przenośni! O północy zobaczyliśmy jak polewaczki w asyście policji przeganiają tłum spacerowiczów z jezdni na chodniki. Ale przynajmniej jadąc za polewaczkami przemknęliśmy przez Chreszczatyk i Majdan Niezależności jak pociąg ekspresowy…

I takie są te nasze wakacje. Testujemy jakość asfaltu i wytrzymałość naszych zawieszeń. Mimo zeszłorocznej mobilizacji na Euro-2012 jakość dróg marniutka. O ile z Kijowa na zachód jedzie się w miarę komfortowo, to już na wschód dramatycznie. Nawet gdy się zdarzy, że szosa przez chwilę jest przyzwoita, to kierowcy niekoniecznie. Pradawny, sowiecki obyczaj podróżowania nocą bez choćby świateł mijania co jakiś czas wzbudza w nas panikę. Policja w mijanych miasteczkach patrzy na nas leniwie. Nawet jeżeli zatrzymują nas za przekroczenie obowiązującej prędkości, to kończy się na łagodnym i wyrozumiałym ostrzeżeniu. Ot, pogawędzić trzeba o trudzie pracy drogówki tu i w Polsce. Filmu „Drogówka” jeszcze na Ukrainie nie znają więc zmyślamy bohatersko opowieści o ciężkiej pracy i marnej płacy naszych policjantów.

Inna sprawa, że ich na Ukrainie służba i tak jest do niczego niepotrzebna, przecież drogi w mijanych miasteczkach uniemożliwiają rozwiniecie niebezpiecznej prędkości. Nad tymi dziurami i wądołami tylko gołębie i jaskółki fruwają swobodnie.

Późną nocą rozkładamy obozowisko w lasku przy szosie wiodącej w stronę Moskwy. I śpimy jak zabici. Pod gwiazdami, bo pogoda się zlitowała.

 

13 lipca 2013, Lwów

stan licznika: 355 km

Przejazd z Krakowa do granicy na opis nie zasługuje, tym bardziej że kropiło deszczem i jechaliśmy po ciemku. Na granicy kolejki nie było wiec o 2 w nocy mogliśmy się położyć na… pierwszym ukraińskim parkingu. ;-)

Przed snem mały rachunek sumienia i przegląd wojsk. Otóż z Krakowa ruszyliśmy czterema załogami. Dwie wyjechały na wschód przed nami samodzielnie i pojedynczo. Zgarniemy ich po drodze w Rosji, gdyż jadą prawdopodobnie niespiesznie. Natomiast 5 załóg wyruszyło już przed tygodniem, bo chcą po drodze troszkę pozwiedzać. Więc dogonimy ich zapewne w Kazachstanie.

A od rana znów nawijamy kilometry. Czyli 3 załogi pojechały zwiedzać Żółkiew, a my z Prezesem pędzimy do Lwowa. Turystyka sentymentalna? Ależ skąd! Po prostu na tablicy rozdzielczej naszej toyoty zaświeciła się jakaś żółta lampka więc nie czekamy na czerwoną, tylko rżniemy do serwisu. Serwis toyoty na Kulparkowskiej większy, bardziej wypasiony i na pewno bardziej gościnny – co było do przewidzenia – niż wszystkie serwisy polskie razem wzięte. Więc w towarzystwie pięknych hostess, przy kawce z przyjemnością przełknęliśmy informację, że ma się świecić i nic się zrobić nie da… I po zmartwieniu.

Krótki spacer po centrum Lwowa byłby milszy, gdyby nie padało. Ale i tak uśmiechnięci jesteśmy od ucha do ucha, bo paliwo tu tańsze (tytoń i napoje wyskokowe takoż), dziewczęta jakby milsze, a drogi (poza ścisłym centrum Lwowa) przyzwoite. Zresztą bruków lwowskich nie wypada już chyba naprawiać ani obsmarowywać, bo wpisane są na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO, a my mamy wysokie zawieszenie i olbrzymie koła.

Popołudniem kierujemy się na Kijów. Drogowskazy miłe wszystkim Polakom, którzy nie mają sklerozy. Gródek (Jagielloński), Brody, Beresteczko, Krzemieniec, Dubno, Równe, Żytomierz, Berdyczów. No to piszcie do nas na Berdyczów!

Więc co tam deszcz…

Tym bardziej, że sobota nie tylko w Polsce jest dniem ślubów, a pod Żytomierzem w restauracji Stara Gubernia akurat na wesele trafiliśmy. Więc może wyjechać nam nie pozwolą, a skończy się dla nas to lepiej niż dla Zagłoby. Tyle mamy na nim do roboty co na psim, ale poczęstunku odmówić nie wypada.

 

12 lipca 2013, Kraków

stan licznika: 0 km

No to w drogę!

Startujemy spod Wawelu. Leje! Oberwanie chmury. Gdy ostatnio tak lało i grzmiało urodził mi się syn więc chyba wróżba dobra. Na początek naszej eskapady. Po miesiącach, a może i po latach przygotowań ruszamy!

Zanim włączę zapłon, zanim odwrócę się tyłem do Wawelskiego Wzgórza i Wisły, zastanawiam się, kiedy tak właściwie ta podróż, ta włóczęga się zaczęła?

Może przed chwilą, gdy kończyliśmy pakować stos pinkli do auta?

Może wczoraj, gdy odebrałem ostatni paszport z rosyjską wizą?

Może cztery dni temu, gdy dostaliśmy potwierdzenie, że wszystkie dokumenty w Chinach są gotowe?

A może przed tygodniem, gdy nasz chiński operator alarmował, że przejazd przez prowincję Xinjiang może być niemożliwy?

Może początek był, gdy zamknęliśmy listę 12 załóg w konwoju tybetańskim? Też nie, bo przedwczoraj dwunasta załoga musiała się z powodów losowych wycofać i zostało nas…31 osób.

Może przed dwoma miesiącami, gdy zaczęliśmy kołowrót wizowy (trudniejszy niż kiedykolwiek)?

Może w grudniu 2012, gdy w Krakowie organizowaliśmy spotkanie potencjalnych chętnych? I zaskoczeni byliśmy, że jest ich aż tylu?

Lub na początku 2012 gdy odpaliliśmy stronę www.discover4x4.com i zapowiedzieliśmy, że następna wyprawa powiedzie z Krakowa do Lhasy? Gdy zaczęliśmy z Prezesem ślęczeć nad mapami i zastanawiać się, którędy…

A może prawdziwy start miał miejsce w sierpniu 2010 (chiński rok Tygrysa), gdy restartowaliśmy nasze umysły wyjeżdżając z Chin, jako pierwsza załoga samochodowa z Polski, która kiedykolwiek tam peregrynowała?

Możliwe też, że mentalny początek tybetańskich marzeń i planów objawił się mi w Katmandu, w Nepalu, gdy założyłem na rękę buddyjski pierścień i bransoletkę, a patrząc na niebotyczne szczyty Himalajów zastanawiałem się, co jest po ich północnej stronie? To był rok 2001 więc… dość dawno.

Jak więc uwierzyć, że już dzisiaj gonimy po Krakowie jak ochotnicy straży pożarnej, bo jeszcze tyle drobiazgów do załatwienia!?

Rok 2013 jest w Chinach rokiem Węża, pora w takim razie uformować nasz samochodowy wąż.

Z kim jedziemy, dokąd, którędy i dlaczego opowiem po drodze. A drogi będzie sporo, oj sporo.

Więc jeszcze pożegnalne zdjęcie i w drogę!